Czytaj nasze recenzje z Ery Nowe Horyzonty 2009
Dziewiąta edycja festiwalu filmowego Era Nowe Horyzonty to już historia. Przyjdzie jeszcze czas na publikację obszerniejszych relacji i podsumowań, chciałbym jednak w niewielu słowach z subiektywnego punktu widzenia rozliczyć się z ENH 2009.
Dla mnie była to czwarta odsłona festiwalu. Moja przygoda z imprezą Romana Gutka zaczęła się wraz z jej przenosinami do Wrocławia, nigdy zatem nie miałem porównania z cieszyńskimi „starymi, dobrymi czasami”. W pewnym sensie niezmiennie tego żałuję, bo nieodwracalnie umknęła mi pewna część historii ENH, z drugiej jednak strony podczas każdej edycji obserwuję stopniowy rozwój festiwalu bez rewolucyjnych zmian. Na czym postęp ten polegał zatem w tym roku? Większa niż dotąd liczba retrospektyw (aż sześć) i przeglądów narodowych (trzy), większy nacisk na towarzyszące festiwalowi wydarzenia muzyczne, nowy konkurs (Filmy o Sztuce), cykl dość interesujących pokazów edukacyjnych Nowe Horyzonty Sztuki Filmowej, w tym roku poświęcony montażowi, rozszerzenie formuły konkursu Nowych Filmów Polskich (nagroda główna oraz nagroda za debiut), a przede wszystkim konkursu głównego – po raz pierwszy zwycięski film wybrało jury, a nie widzowie, którzy zdecydowali za to o nagrodzie publiczności; przyznano również nagrodę krytyków. Przy okazji nie obyło się też bez organizacyjnych kontrowersji: pomysł głosowania przez SMS (1,22 zł za każdą wiadomość) spotkał się chyba z powszechną krytyką. Chcąc oddać głosy na wszystkie filmy w każdym konkursie trzeba by wydać grubo ponad sto złotych. Można zrozumieć, że taka forma jest wygodniejsza dla organizatorów (głosy „zliczają się same”), ale zdecydowanie nie zachęca widzów do aktywności. Z pewnością nie dowiemy się, ile SMS-ów wysłali festiwalowicze, wątpię jednak, by można mówić o powszechności głosowania w porównaniu z latami ubiegłymi, gdy obowiązywały tradycyjne metody papierowe, a przede wszystkim darmowe.
Również dla nas samych, dwuosobowej delegacji Ofilmie – mnie oraz Krzyśka Bogumilskiego, czyli Tylera Durdena– tegoroczna edycja ENH była w pewnym sensie wyjątkowa, ponieważ po raz pierwszy w historii naszego klubu i strony postanowiliśmy „nadawać na żywo”. W trakcie trwania imprezy napisaliśmy szereg recenzji najważniejszych bądź też najbardziej interesujących filmów. Rzeczywistość i tak zwane „ograniczone moce przerobowe” – a także pragnienie, by nasze komentarze pozostały treściwe i nie zmieniły się w suche notki, bo nie do tego staramy się przyzwyczajać naszych czytelników – nie pozwoliły nam opisać dużej liczby wyświetlonych dzieł, ale chyba w imieniu nas obu mogę stwierdzić, że jesteśmy z siebie dość zadowoleni. Jednocześnie ja sam starałem się zamieszczać na naszym blipie ultrakrótkie opinie na temat wszystkich widzianych filmów, a także od czasu do czasu donosić o festiwalowych detalach. Mam nadzieję, że dla zainteresowanych osób to również zdało egzamin.
Najważniejsze jednak pozostawały filmy. Jak wypadła dziewiąta edycja Ery Nowe Horyzonty na tle lat ubiegłych? Pamiętajmy, że nikt z uczestników festiwalu tak naprawdę nie przeżywa tej samej imprezy. Wobec tak dużej liczby wyświetlanych pozycji istnieje potencjalna możliwość, by lista filmów obejrzanych przez dwóch uczestników w ogóle się nie pokrywała. Jak zwykle bardzo przydatna okazała się umiejętność czytania opisów – pomimo że bywały lakoniczne, a nieraz kompletnie chybione („Ricky” François Ozona jako satyra na marksizm?!). Uważny festiwalowicz potrafi zderzyć teksty w programie oraz katalogu z własnym gustem i stwierdzić, których pozycji powinien unikać, a które zobaczyć z całą pewnością. I powiem Wam, że (w połączeniu z rekomendacjami i antyrekomendacjami znajomych) to naprawdę działa! Na czterdzieści pięć seansów, w których wziąłem udział, przypadło kilka filmów świetnych, więcej dobrych lub po prostu „naprawdę niezłych”, ale te autentycznie kiepskie (bądź wręcz fatalne) mogę policzyć na palcach jednej ręki. Zresztą również tych seansów nie uważam za stratę czasu. Nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić, czy to większa zasługa Romana Gutka i innych osób dobierających repertuar, czy mojego wyczucia. Bez znaczenia. Erę Nowe Horyzonty 2009 uważam za udaną imprezę.
W niniejszym tekście celowo nie chcę wymieniać konkretnych tytułów, gdyż jest to materiał na oddzielne artykuły, które na stronie Ofilmie ukażą się już wkrótce. Warto jednak zaznaczyć, że w tym roku w konkursie głównym zatryumfowały dwa naprawdę dobre filmy – być może (oczywiście w moim odczuciu) najlepsze na całym festiwalu. Przyznam, że obawiałem się, jak zmiana formuły wpłynie na wyniki. Okazało się jednak, że wprowadzenie dodatkowych nagród pozwoliło w wymierny sposób docenić więcej niż jedną wartościową produkcję. Cieszy mnie to, gdyż jeśli wygrałby „Głód”, byłoby mi żal „Tlenu”, i vice versa. Pozytywne wrażenie zrobił na mnie przegląd filmów z Kanady, czyli kraju zwykle zdominowanego przez kinematografię USA. Obejrzeliśmy szereg różnorodnych produkcji dowodzących, że Kanadyjczycy szukają swego filmowego języka na różnych płaszczyznach. Muszę przyznać, że także tegoroczne Nocne Szaleństwo przypadło mi do gustu dużo bardziej niż pokazywane w zeszłym roku filmy zdecydowanie przereklamowanego Dario Argento. Australijskie produkcje spod znaku exploitation, głupie i tandetne jak przystało na Nocne Szaleństwo, okazały się na tyle bezpretensjonalne, by na pewnej płaszczyźnie wciąż mogły bawić.
Jak zwykle nie udało się obejrzeć wszystkiego – to wręcz oczywista oczywistość. Mimo wcześniejszych planów niemalże całkowicie ominęło mnie kino szwedzkie, o klasycznych filmach węgierskich nie wspominając. Nie poznałem również twórczości Tsai Ming-Lianga. Jednakże tym razem wracam do domu w nastroju nieco innym niż dotychczas. Drzemie we mnie poczucie, że jedenaście dni we Wrocławiu było dopiero punktem wyjścia. Zamiast na „odtrutkę” w postaci przystępniejszych, hollywoodzkich produkcji, mam ochotę na kolejne „nowohoryzontowe” seanse. Usłyszałem o tylu ponoć bardzo dobrych filmach, na które nie starczyło czasu, że festiwalowy katalog zamierzam traktować zgodnie z jego nazwą: jako listę ofert, z których w miarę możliwości można wybierać również poza lipcowo-sierpniową imprezą. I takie nastawienie polecam Wam wszystkim – zarówno tym, którzy także spędzili wiele godzin w kinach Helios, Warszawa czy w Teatrze Lalek, jak i tym, którzy w tym czasie przebywali zupełnie gdzie indziej. Zajrzyjcie do festiwalowego programu, a potem zorientujcie się, czy którejś z pozycji z Panoramy Kina Światowego nie emituje aby Ale Kino, a jednego z klasyków – TVP Kultura. Niejeden film trafi też do kin i na DVD. Może te najwartościowsze już teraz da się tanio zdobyć z zagranicy. Nowe Horyzonty mogą przecież trwać przez cały rok.
Czytaj nasze recenzje z Ery Nowe Horyzonty 2009
Zdjęcia: cze67, MK i moudmargolcia.





Oceń ten film na Filmaster.pl!
Ano, mam tak samo. Właśnie dodaję sobie do listy w wypożyczalni LoveFilm nieoglądnięte dzieła Maddina, Ming-Lianga oraz Troella. A Almodovar i kilka innych filmów festiwalowych wkrótce obejrzę w kinach. Ja dla odmiany obejrzałem na festiwalu mniej nowości, za to przerobiłem dość gruntownie kino węgierskie i muszę powiedzieć, że był to dla mnie najjaśniejszy punkt ENH, poza retrospektywami.
michuk
PS. Moja (wideo)relacja z ENH oczywiście na Filmasterze: http://michuk.filmaster.pl/notka/era-nowe-horyzonty-9-podsumowanie-wideo/ michukCytuj
Ech ta burżujska Brytania i wypożyczalnie, które wszystko mają… Nie lubię was! ;) Rafał Lisowski – NegrinCytuj
Hehe, no to jest plus LoveFilmu. Właśnie zarezerwowałem sobie:
- Głód (który w kinach był tu podobno w październiku zeszłego roku),
- Dwa Maddiny: Moje Winnipeg, The Saddest Music in the World,
- Twa Tsaje: Kapryśną chmurę, Nie chcę spać sam,
- Desperatów i jeszcze coś Jancso.
- i Pozwól mi wejść.
A w tygodniu może w końcu obejrzę Antychrysta oraz „Moon”, który przegapiłem na festiwalu w Edynburgu (zapowiada się świetnie).
A „Przerwane objęcia” już 28 sierpnia.
Festiwal trwa w najlepsze :) michukCytuj
Za możliwość obejrzenia „Moon” to w ogóle masz u mnie krechę… ;) Co prawda kiedyś na Twitterze pytałem Duncana Jonesa o dystrybucję w Polsce i powiedział, że „będzie”, ale choroba wie, kiedy i czy rzeczywiście… Rafał Lisowski – NegrinCytuj