Gdynianie nie zdążyli jeszcze odetchnąć po wielkiej fali letnich turystów, która co sezon zalewa ulice ich miasta, a już zmierzyć się musieli z kolejną. Ten drugi przypływ jest jednak co roku przyjmowany ze znacznie większym zainteresowaniem, gdyż obejmuje dość specyficznych gości, tych w rozmaity sposób związanych z filmami – ich twórców, fanów i krytyków. Pierwszych przyciąga tu kusząca wizja sukcesu, drugich wierna miłość do polskiego kina, a trzecich niegasnąca nadzieja na poprawę jego kondycji. Nie wszyscy wyjadą stąd zadowoleni – to fizycznie niemożliwe. Ale przecież i tak wrócą tu za rok. W jeszcze szerszym składzie.
NOWA FUNKCJA
Od kilku lat na jeden wrześniowy tydzień Gdynia staje się filmową stolicą Polski. W ciągu jednej nocy na chodnikach pojawiają się cytaty filmowe, bryza porusza porozwieszanymi w centrum flagami, ulice miasta niestrudzenie przemierzają festiwalowe lexusy, a Teatr Muzyczny i pobliskie Multikino stają się zatłoczonym królestwem Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Sale osiągają stuprocentowe wypełnienie, a przed oczami migają bilety, karnety, zaproszenia i identyfikatory akredytowanych, których w tym roku było niemal półtora tysiąca. Co sprytniejsi łowcy autografów skupiają się na wypatrywaniu tych czerwonych, którymi oznaczeni są twórcy. Nie da się ukryć, że aura festiwalowa na swój sposób czyni jego uczestników częścią jakiegoś wyjątkowego wydarzenia. A przynajmniej pozwala im tak się poczuć.
Czas postawić pytanie o znaczenie miasta w kreowaniu tej atmosfery. Na tegorocznym, 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych kino polskie obchodziło setne urodziny. Sama Gdynia jest jednak o prawie 20 lat młodsza od tego jubilata. Można więc powiedzieć, że nie pamięta czasów, których nie dałoby się uwiecznić kamerą. Absurdem byłoby jednak stwierdzenie, że od początku było to miasto o funkcji filmowej. Ale z upływem czasu zaczęło niewątpliwie takiej funkcji nabierać i dzisiaj nowe kino polskie kojarzy się z Gdynią już niemal nierozerwalnie.
JEJ FILMOWY POTENCJAŁ
Hasło, którym promowany był 34. FPFF – Gdynia kocha film, film kocha Gdynię, nabiera teraz realnego znaczenia. O miłości Gdyni do filmu świadczy wiele. Sam festiwal filmowy, przeniesiony tu z Gdańska, od roku 1986 jest wizytówką miasta. Ponadto w 2004 roku powstała tu Pomorska Fundacja Filmowa, która prężnie działa nie tylko w zakresie organizacji FPFF, ale także warsztatów filmowych dla przyszłych twórców. Ich etiudy pokazywane są na Festiwalu w ramach serii Filmy z Gdyni. Warto również wiedzieć, że w Gdyni ma także miejsce Przegląd Amatorskich Filmów Uczniowskich – Albatrosy, organizowany przez III Liceum Ogólnokształcące im. Marynarki Wojennej. Jego druga edycja otrzymała w 2008 roku patronat Filmoteki Szkolnej i wspomnianej Pomorskiej Fundacji Filmowej oraz zyskała rangę konkursu ogólnopolskiego. Gdynia zaszczepia więc miłość do filmu już na poziomie edukacji filmowej młodzieży.
![]() |
![]() |
| „Rapsodia Bałtyku” L. Buczkowskiego, jeden z pierwszych filmów wykorzystujących uroki Gdyni | |
Wydaje się, że istotnie jest to miłość odwzajemniona, gdyż miasto niejednokrotnie pełniło funkcję filmowej muzy. Przykładowo już w 1935 roku plaża miejska w Gdyni wystąpiła w romantycznym filmie Leonarda Buczkowskiego „Rapsodia Bałtyku”. W 1963 z kamerą zawitał tu Jan Batory, kręcący „Ostatni kurs”, a w 1974 Janusz Morgenstern ze swoim „SOS”. Coś zaczyna się dziać także w kinie współczesnym. W całości nakręconym w Gdyni filmem był „0_1_0″ – ostatnie dzieło Piotra Łazarkiewicza, pokazywane w konkursie głównym zeszłorocznego Festiwalu. Dodatkową atrakcję stanowiły tu małe epizody osób charakterystycznych dla Gdyni – na przykład postać lodziarza, w którą wcielił się ówczesny dyrektor gdyńskiego Teatru Miejskiego, Jacek Bunsch. Z Gdyni wypływa wiele filmowych statków, tu też jeżdżą na wczasy filmowi bohaterowie. Twórcy muszą jednak uważać z pewnymi fabularnymi eksperymentami i doceniać świadomość filmową gdyńskiej publiczności. Tylko tutejsi widzowie są w stanie salwą śmiechu zdemaskować działania Sławomira Kryńskiego w jego komedii romantycznej „To nie tak jak myślisz, kotku”, który uczynił romantyczną nadbrzeżną ulicę z Bulwaru Nadmorskiego w Gdyni – najsłynniejszej trasy spacerowej, wyłączonej całkowicie z ruchu pojazdów.
NOWA MORSKA FALA
Lecz dopiero w tym roku miasto doczekało się filmu o sobie. „Miasto z morza” w reżyserii Andrzeja Kotkowskiego otworzyło 34. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jest to obyczajowa opowieść o historycznych początkach budującego się miasta, o losach jego mieszkańców i pierwszych bohaterów. I choć film wcale nie zbierał pochwalnych recenzji, na każdym kolejnym pokazie sale pękały w szwach, a bilety sprzedawały się w zniewalającym tempie. Nie ulega wątpliwości, że wybrane zostało najlepsze miejsce i najlepszy czas na pierwszą odsłonę filmu, co przesądziło o sukcesie popularności. Ale jest jeszcze jedna kwestia godna refleksji, którą poruszyli na konferencji prasowej twórcy „Miasta z morza”. Otóż Wybrzeże, w przeciwieństwie na przykład do Śląska, nie ma jeszcze swoich filmowych piewców. Być może zaczyna się właśnie jego czas, którego początków jesteśmy świadkami.
![]() |
![]() |
| „Miasto z morza” A. Kotkowskiego – opowieść o narodzinach miasta |
|
Pierwsze przesłanki odnośnie do tej nowej idei mogliśmy obserwować już na Festiwalu. Aż jedna trzecia tegorocznych filmów konkursu głównego wyraźnie eksponowała Pomorze jako tło swoich wydarzeń. Trójmiasto, atakże Półwysep Helski pojawiały się zarówno w filmach o współczesności, jak i naturalnie w tych sięgających czasów PRL-u. Tymczasem Śląsk (tak licznie występujący na FPFF choćby w zeszłym roku) nie pojawiał się praktycznie w ogóle. Być może to nic nie znaczy. Ale że nie lubimy upatrywać przypadków w domniemanych tendencjach – zostańmy przy twierdzeniu o ponownej transgresji polskiego morza na polskie kino.
POROZUMIENIA I POWTÓRZENIA
Trudno powiedzieć, czy wspomniana nowość cokolwiek zmieni w kształcie naszej najnowszej kinematografii. Gdyński Festiwal wielokrotnie krytykowany był za rozgłos nielicujący z poziomem prezentowanych filmów. Jednak zwykle najbardziej bolał nie brak godnych uwagi produkcji, bo w istocie w każdej edycji Festiwalu pojawiały się filmy co najmniej bardzo dobre. Niechęć wywoływała raczej rozbieżność gustów jurorów, krytyków i publiczności. A że ci pierwsi mają najwięcej do powiedzenia, reszta musiała być zawiedziona. Ten rok dał jednak pewną nadzieję na porozumienie. „Rewers” – debiut fabularny Borysa Lankosza otrzymał jednocześnie nagrodę publiczności, dziennikarzy oraz Grand Prix. Taka zgodność pojawiła się od czasu przeniesienia Festiwalu do Gdyni tylko 4 razy – w 1987, 1990, 1992 i 2001 roku. Docenione został również kolejne świetne filmy – „Dom zły” Wojciecha Smarzowskiego, a także wywołująca skrajne emocje „Wojna polsko-ruska”.
Niewiele było w tym roku filmów, które uparcie eksploatowały wytarte już dawno szlaki. Należy zauważyć, że twórcy dosyć mocno starali się nas czymś zaskoczyć. Zauważalnym jest, że każdy pielęgnował odmienność swego dzieła. Ten rok udowodnił jednak istnienie pewnych paradoksów w tym zakresie. Istotnie, ogólnej tendencji na płaszczyźnie tematycznej brak, jednak filmy można łączyć co najmniej w pary. I tak (oprócz czterech powrotów do stanu wojennego) zarówno „Galerianki”, jak i „Świnki” przedstawiają pomysły młodzieży na autosprzedaż, „Generał Nil” i „Popiełuszko” stanowią kolejne części martyrologii polskiej historii, „Hel” i „Handlarz cudów” mówią o uzależnionych od wiecznej walki z własnym nałogiem, a „Moja krew” i „Jestem twój” traktują o panach starających się o dzieci bardziej niż ich partnerki.
Przekonaliśmy się, że sam chwytliwy temat nie jest gwarantem oryginalności, ani tym bardziej sukcesu. Szukaliśmy czegoś nowego, co zaskoczy nas niekoniecznie samymi mrożącymi krew w żyłach w okolicznościami, ale raczej unikalną formą czy brawurowym wykonaniem. Królem tego ostatniego stał się w tym roku Borys Szyc. Można było odnieść wrażenie, że jest wszędzie. Różnorodność jego świetnych ról uczyniła z tej wszechobecności duży atut. Kariera przychodzi falami – całkiem niedawno na topie byli jeszcze Andrzej Chyra, Magdalena Cielecka, Kinga Preis. To nic złego, że w polskich filmach wykorzystuje się talenty w momencie ich szczytowej formy – nawet jeśli ma to miejsce niezwykle często. Gorzej jednak, gdy okazuje się, że drugie miejsce po Borysie Szycu w konkursie na twarz tegorocznego Festiwalu zajmuje generał Wojciech Jaruzelski, który w ubiegłym tygodniu trzykrotnie ogłaszał wprowadzenie stanu wojennego.
JEST DOBRZE, BĘDZIE LEPIEJ
Czego byśmy nie mówili o Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, i tak pozostanie on naszą największą imprezą filmową w całości poświęconą rodzimej kinematografii. Tegoroczna jej edycja oceniana jest nieźle, a to już znacznie lepiej niż w latach poprzednich. Możliwe zatem, że jesteśmy na fali wznoszącej i już całkiem niedługo będzie niemal idealnie. Przyszłoroczny, 35. Festiwal pokaże się nam już w nowej odsłonie – tym razem majowej. Skoro zatem widzimy postępy, najwyższy czas, abyśmy uwierzyli w kolejne.
Tymczasem do zobaczenia za rok – w mieście, które ma możliwości, mnóstwo zapału i wielki potencjał do tego, by wkrótce w pełni zaspokoić nasze pragnienia.















