Niedawno w krótkim artykule pobieżnie streściłem moje wrażenia z dziewiątej odsłony Ery Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Zapowiedziałem wówczas bardziej szczegółowy tekst podsumowujący repertuar tegorocznego festiwalu. Oto on. Nie znajdziecie tu jednak tradycyjnej relacji – choć ona również nieco później ukaże się na naszych łamach. Zamiast niej tymczasem proponuję subiektywną listę festiwalowych „naj”. Nie traktujcie jej również jako mój osobisty festiwalowy TOP, choć większość filmów znalazła się na liście „w uznaniu zasług”. Jednakże brakuje na niej innych wartościowych obrazów, które nie „załapały się” na żadną etykietkę. Zapraszam do lektury.
![]()
Najbardziej przydatny cytat festiwalu:
„That was the most pretentious crap I have ever heard” – „Timecode”
(wyróżnienie: „Proszę pana, albo się ma gust, albo się go nie ma” – Krzysztof Zanussi)
Na ENH oprócz autentycznych klejnotów, dzieł naznaczonych ogromną wrażliwością i błyskotliwością twórców, zawsze trafiają się filmy nadęte, pretensjonalne, pseudoartystyczne. Dlatego też komentarz z „Timecode” Mike’a Figgisa (producent filmowy grany przez Stellana Skarsgaarda podsumowuje w ten sposób wynurzenia artystki-reżyserki, która przy użyciu niezwykle pretensjonalnego języka objaśnia… ideę filmu takiego jak sam „Timecode”) stał się swoistym hasłem, którym posiłkowaliśmy się po niejednym pokazie. Niemal równie często powracały urywki z wywiadu udzielonego przez Krzysztofa Zanussiego dla festiwalowej gazety „Na horyzoncie” (tekst dostępny w Internecie w 9. numerze gazety). To koronny przykład niezdrowego elityzmu cechującego starych twórców polskiego kina autorskiego, przekonanych o absolutnej bezwartościowości kultury popularnej i kina rozrywkowego. W zasadzie taką postawę spokojnie można by podsumować… powtarzając cytat z „Timecode”. Wątpię, żeby w ten sposób Zanussi zjednywał sobie sympatię nowohoryzontowej publiczności – młodej i ceniącej różnorodność.
![]()
Największe reżyserskie odkrycie:
Bruce McDonald
W tym roku to nie bohater jeden z siedmiu retrospektyw najbardziej zwrócił moją uwagę, lecz nieznany mi dotąd kanadyjski twórca, którego dwa filmy („Przypadki Tracey” i „Pontypool”) pokazano na festiwalu. Oba obrazy, choć pozornie skrajnie odmienne, są pomysłowe, niebanalne, świadczą o dużej inteligencji i twórczej odwadze McDonalda. Warto śledzić jego twórczość.
![]()
Największy banał:
„Spotkanie w Palermo” (czytaj recenzję)
(wyróżnienie: „Hel”)
Grafomania i tandeta intelektualna zawsze boli, ale jest tym dotkliwsza, kiedy jej autorem nie jest egzaltowany debiutant, a uznany twórca, uważany za mistrza kina. Dlatego, pomimo że „Spotkanie w Palermo” zasługuje na uznanie za sferę wizualną i ścieżkę dźwiękową, na Wimie Wendersie nie należy zostawić suchej nitki za obrażanie inteligencji widzów płycizną przemyśleń. Skoro mowa o debiutantach, muszę wspomnieć o „Helu” polskiej reżyserki Kingi Dębskiej. To poprawnie sfilmowany i zagrany film o niezwykle banalnym scenariuszu. Przykro, gdy tematyka narkomanii w polskim kinie sprowadza się do bezrefleksyjnych historyjek, w których schemat goni schemat.
![]()
Największe nadęcie:
„Szczurze ziele”
Nagroda imienia Stellana Skarsgaarda (patrz wyżej). Júlio Bressane, reżyser pokazywanego we Wrocławiu w zeszłym roku „Filmu miłosnego” – którego sam nie widziałem, ale dotarły do mnie opinie jednoznacznie niepochlebne – stworzył dzieło, które w dosłownie wzorcowy sposób ilustruje niemalże wszystko, co tzw. „kinie festiwalowym” warte śmiechu. Śmiertelna powaga, nieprzekonujące „napięcie erotyczne”, seria kuriozalnych scen (tak licznych, że aż trudno wybrać jedną), a przede wszystkim mętna symbolika – w zamierzeniu z pewnością głęboka, w rzeczywistości niezamierzenie śmieszna. O „Szczurzym zielu” ciężko mówić inaczej niż z rozbawieniem streszczając kolejne sekwencje. Powstrzymam się, by nie psuć zabawy tym czytelników, którzy mogliby mieć ochotę zapoznać się z dziełem Bressane. Dość powiedzieć, że to chyba najgorszy film, który widziałem w tym roku na ENH – podobnie jak „Spotkanie w Palermo” pozbawiony wszelkiej wartości, jeśli nie liczyć pięknych zdjęć, jednak z filmem Wendersa „wygrywa” bonusem w postaci pseudoartystycznego zadęcia. Czytelnikom zastanawiającym się, czemu wybrałem się na dzieło reżysera „Filmu miłosnego”, wyjaśniam: zorientowałem się po fakcie. Ale dzięki temu zostały mi barwne wspomnienia.
![]()
Największy aplauz:
„$9.99”
Jeśli nie liczyć seansów Nocnego Szaleństwa, które rządzą się całkiem innymi prawami i co roku spotykają się z entuzjastycznymi reakcjami widowni – wszak im gorszy film, tym lepszy – nie przypominam sobie drugiego filmu równie ciepło przyjętego przez publiczność. Nie oznaczało to bynajmniej owacji na stojąco ani wielominutowych oklasków, jednak brawa po pokazie poklatkowej animacji Tatii Rosenthal były znacznie dłuższe i bardziej intensywne niż zazwyczaj. I słusznie, bo ta kilkuwątkowa opowieść o mieszkańcach pewnej kamienicy i ich perypetiach to bardzo sympatyczna komedia dla dorosłych, nieniosąca zbyt głębokiej treści, ale stanowiąca fajną, inteligentną, nieco refleksyjną rozrywkę, której motywem przewodnim jest poszukiwanie sensu życia… i wbrew pozorom wcale nie jest to banalne.
![]()
Najbardziej epickie ujęcie kury:
„Pułapka”
Noc. Asfalt. W kadr wchodzi biała kura. Ujęcie, notabene, z żabiej perspektywy. Z oddali nadjeżdża policyjny radiowóz. Widzimy górującą nad kamerą kratę chłodnicy. Wóz jest tuż za kurą. Czy w nią uderzy? Czy ją zmiażdży? Nie! Nieustraszony przedstawiciel ptactwa udomowionego trafia pomiędzy koła. Auto przejeżdża bardzo powoli. Kurda gdacze! Wreszcie wóz opuszcza kadr. Pióra ptaka lekko falują na wietrze. Cięcie. Zaznaczmy, że kura nie ma żadnego związku z fabułą filmu – nie pojawia się wcześniej ani później. To jedynie przejaw nieskrępowanej tandety kina klasy B rodem z lat osiemdziesiątych. Australijska „Pułapka” to przerażająco kiczowate „cudeńko” późnego ozploitation i zamknięta w półtorej godziny kwintesencja głupoty w stylu eighties. Tegoroczne Nocne Szaleństwo, w całości poświęcone australijskiej odmianie kina exploitation, niemal w stu procentach przypadło mi do gustu – z wyjątkiem raczej nieśmiesznej komedii „Przygody Barry’ego McKenzie”, gdyż w tym przypadku zdecydowanie lepsze jest to, co śmieszne wbrew intencjom twórców. Filmy takie jak „Długi weekend”, „Niebezpieczna gra” czy „Patrick”, pomimo że przeraźliwie głupie, na pewnym abstrakcyjnym poziomie potrafią się obronić, a nawet (jak w przypadku tego ostatniego) przestraszyć.
![]()
Największe stężenie absurdu:
„$e11.ou7! – Sell Out!”
Malezyjska produkcja to satyra na wszystko, co z kulturą popularną (a zwłaszcza telewizyjną) związane, choć zaczyna się od żartów z azjatyckiego artystycznego kina „niedzianiasię”, które naturalnie na Nowych Horyzontach zabrzmiały wyjątkowo trafnie. Potem jest praktycznie wszystko, od od reality show z ludźmi na łożu śmierci aż do numeru musicalowego w wersji karaoke (tak jest, bez śpiewających aktorów, za to z tekstem na ekranie i skaczącą piłeczką). Całkiem to wszystko trafne, a poza tym nigdzie poza wschodnią Azją nie robi się równie nieprzewidywalnych, absurdalnych produkcji.
![]()
Najgorętszy seans:
„Życie bez śmierci”
To bardzo niezwykły film dokumentalny Kanadyjczyka Franka Cole’a, swoista rejestracja jego samotnej podróży przez Saharę. Swoista medytacja na temat śmierci i walki o życie – z przyrodą, otoczeniem i własnym organizmem. Film złożony z ujęć kręconych przez samego bohatera oraz komentarza z offu i dogranych dźwięków na długo zapada w pamięci. Tym dłużej, że seans przypadł na dzień, gdy w kinie Helios w ogóle nie działała klimatyzacja. Półtorej godziny hipnotyzującej podróży Cole’a w małej, dusznej, pełnej ludzi sali… to niełatwe przeżycie, ale z perspektywy czasu nie mam wątpliwości, że w przypadku komfortowego seansu w wychłodzonym kinie straciłbym coś ważnego.
![]()
Najbardziej pozytywny film:
„Stella”
Częściowo autobiograficzny film Sylvie Verheyde jest nostalgiczną opowieścią o jedenastoletniej dziewczynce dorastającej w barze na robotniczych przedmieściach Paryża, która trafia do elitarnej szkoły. Choć to nie komedia sensu stricto, z twarzy widza przez niemal cały seans nie schodzi uśmiech. To nieoczywiste, jeśli weźmie się pod uwagę, że rzeczywistość nie szczędzi Stelli gorzkich przeżyć: poczynając od niepowodzeń w szkole i braku akceptacji, poprzez rozpad małżeństwa rodziców, kończąc na bywalcu baru, który za bardzo lubi dziewczynkę z całkiem nieładnych powodów. A jednak ogromnie dużo w tym ciepła oraz wnikliwego obrazu zarówno dojrzewania, jak i epoki końca lat siedemdziesiątych.
![]()
Najmocniejsze uderzenie:
„Głód” (czytaj recenzję)
(wyróżnienie: „Zwykli ludzie”)
W tej kategorii nie ma się co silić na oryginalność. Film Steve’a McQueena o proteście więźniów-członków IRA w 1981 roku to mocny, poruszający obraz, który słusznie zdobył dwie nagrody w konkursie Nowe Horyzonty. Naturalizm, brutalność, bezkompromisowość i bezstronność reżysera – to największe atuty. Z kolei serbski film o masakrze w Srebrenicy również nie pozwolił mi o sobie zapomnieć, choć dużo trudniej go przyswoić.
![]()
Najlepsze wykorzystanie nowohoryzontowej stylistyki:
„Zwykli ludzie” (czytaj recenzję)
Pośród wszystkich wyświetlanych na ENH filmów z długimi ujęciami, powolną akcją i szczątkowymi dialogami, musi być przynajmniej jeden, który przemówi szczególnie mocno i nie będzie się wydawał sztuką dla sztuki. Dla mnie w tym roku była to wyżej wspomniana serbska produkcja. Choć spotkałem się z opiniami skrajnie odmiennymi, uważam, że wykorzystanie tej stylistyki, by poruszyć tak trudny temat i w nieoczywisty sposób zagrać na emocjach widza, było świetną decyzją.
![]()
Najbardziej niezrozumiałe intencje:
„Ricky”
Podobałby mi się nowy film François Ozona, gdyby nie to, że do dziś kompletnie nie wiem, co chciał nim powiedzieć. Choć nie sposób nie docenić przewrotności połączenia społecznego dramatu z surrealistyczną komedią, której nie da się streścić tak, by nie psuć zabawy innym, to konia z rzędem temu, kto wyjaśni, o co w tym wszystkim chodzi i jaki komentarz pragnie zawrzeć w swym filmie francuski reżyser. Bo że coś chce powiedzieć, to nie ulega wątpliwości.
![]()
Najczęstsza innowacja:
Found footage
Tegoroczne ENH upłynęło pod znakiem dzieł zmontowanych z fragmentów znalezionego materiału – filmów, programów telewizyjnych itp. Widzowie zobaczyli ich, jeśli dobrze liczę, aż cztery. Niestety okazuje się, że sama innowacja i ogrom pracy to za mało – i poza „Dublem” Johana Grimonpreza w zasadzie nie ma o czym mówić.
![]()
![]()
Najsensowniejsza innowacja:
„Przypadki Tracey” (czytaj recenzję)
Wspomniany wcześniej Bruce McDonald w inteligentny, umiejętny, a przede wszystkim uzasadniony sposób wykorzystał technikę poliwizji, czyli multiplikacji obrazów na jednym ekranie. Tytułowa Tracey to neurotyczna nastolatka. Niespokojny, rozedrgany, fragmentaryczny obraz świetnie odpowiada jej stanowi ducha.
![]()
![]()
Najdłuższa kolejka:
wykład Petera Greenawaya „Wizualna poczytalność – malarstwo i kino”
Zwykle na ponad godzinę przed otwarciem sali można się choćby łudzić, że uda się wejść do środka. Tym razem wystarczyło raz rzucić okiem i udać się w innym kierunku. Mam nadzieję, że warto było stać tak długo i zrujnować plany biednego redaktora Ofilmie, który po festiwalu chciał przygotować opracowanie „Greenaway a sztuka”!
![]()
![]()
Najbardziej elektryzujący film:
„Tlen” (czytaj recenzję)
Bez dwóch zdań. Film-sztuka Iwana Wyrypajewa – który z pewnością nie na każdym zrobi równie duże wrażenie – oglądałem niemalże na jednym tchu. Klubowy kolega Tyler Durden powiedział, że to chyba jedyny seans, podczas którego nie zerkał na zegarek, co zdarzało mu się nawet na najlepszych filmach. Zgadzam się. Imponująca mieszanka świetnych obrazów i galopującego, angażującego emocjonalnie tekstu.
![]()
Najcięższy do oceny:
„Wojna polsko-ruska”
Fajny, atrakcyjny, inteligentny, niebanalny, zabawny, zdrowo pokręcony… ale dlaczego się podobał? O czym był? Jak to ubrać w słowa? Dlaczego wracam do niego myślami? Ciężko osądzić. Tak czy owak, słowa uznania dla Xawerego Żuławskiego.
![]()
![]()
Najlepsze spotkanie:
Iwan Wyrypajew
Wygląda na to, że na ENH najfajniejsze okazują się sesje Q&A ze słowiańskimi twórcami. Rok temu w najprzyjemniejszej, luźnej atmosferze upłynęło spotkanie z Petrem Zelenką, teraz zaś niemal godzinę trwała sesja pytań do autora „Tlenu”. Okazał się natchnionym, wrażliwym i wygadanym twórcą, któremu bardzo zależy na tym, by emocje zawarte w filmie dotarły do widza.
![]()
Najbardziej żałuję, że nie obejrzałem:
„Głosy robaków – zapiski mumii”
(wyróżnienie: „Wściekła senność”)
Na ponoć doskonały (para?)dokument o człowieku, który zagłodził się w lesie, nie dotarłem i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie – szczególnie że w tym czasie wybrałem się na „Spotkanie w Palermo”, a skutek tego spotkania opisałem powyżej. Wszystko wskazuje na to, że zdecydowanie warto polować na tę pozycję. „Wściekłej senności” nie obejrzałem z kolei dlatego, że pod sam koniec festiwalu przestraszyłem się tytułowego uczucia, choć oryginalny tytuł zaczerpnięty z Chomsky’ego („Sleep Furiously”) zdecydowanie intrygował. Biję się w pierś, bo wiele wskazuje na to, że umknął mi film dość magiczny – i też dokumentalny. W tym przypadku polowanie może być trudniejsze.
![]()
Najbardziej żałuję, że obejrzałem:
BRAK!
Tak jest, nie żartuję. Choć w niniejszym podsumowaniu nie brakuje filmów w ten czy inny sposób nieudanych, nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że żałuję któregokolwiek z seansów. Z każdego coś wyniosłem, nawet jeśli niekoniecznie odpowiadało to zamierzeniom twórców. Każdy z czterdziestu pięciu seansów czymś mnie wzbogacił. I właśnie dlatego 9. Era Nowe Horyzonty była udanym festiwalem. I dlatego wrócę do Wrocławia za rok.
![]()





Oceń ten film na Filmaster.pl!
Genialne podsumowanie, a dodatkowy puchar za „Najbardziej epickie ujęcie kury” :>
Jakby ktoś jednak nie chciał oglądać filmu „Szczurze ziele” to może sobie obejrzeć moje nagranie wideo poświęcone w całości temu wiekopomnemu dziełu: http://michuk.filmaster.pl/notka/nie-badz-ciele-idz-na-szczurze-ziele/
Borys michukCytuj