Festiwal Era Nowe Horyzonty 2010 – Podsumowanie

Kategoria: Wydarzenia

Wprowadzenie

To już dziesiąta odsłona festiwalu i szósta, na jakiej miałem okazję być. Od mojej pierwszej wizyty wiele się zmieniło: lokalizacja, bogactwo repertuaru, sam festiwal i w końcu moje podejście do niego. Festiwal już dawno okrzepł w nowym miejscu, wśród uczestników coraz mniej osób, które Cieszyn kiedykolwiek widziały na oczy, repertuar jest bogaty, ale przez to ile osób, tyle opinii o jego poziomie, bo każdy ma własną, unikalną listę obejrzanych filmów. Ja już dawno nauczyłem się z programu wyłuskiwać produkcje atrakcyjne dla mnie, przez co mogę już na wstępie powiedzieć, że ENH zachowało stały, zadowalający poziom doboru repertuaru. Wszystkiego opisywać nie będę, bo i mało kogo to interesuje (i mało kto przeczyta w całości), a z wiekiem coraz mniej widzę uroku w pisaniu rozlazłych relacji dla własnej przyjemności. Część tytułów pojawiło się już w mini-recenzjach pisanych przeze mnie i Negrina w trakcie festiwalu – tych nie będę powtarzał. Wiele innych opiszę szerzej (lub zwięźlej) w podsumowaniach cykli. Wyjątek zrobiłem w przypadku Panoramy Kina Światowego, której z racji bogactwa i różnorodności prezentowanych filmów nie sposób podsumować tak jak pozostałych cykli. Tam po prostu opisałem najbardziej warte uwagi tytuły. To tyle tytułem wstępu, zapraszam do lektury.

Międzynarodowy Konkurs Nowe Horyzonty

Od kilku lat do filmów konkursowych podchodzę bardzo ostrożnie, omijając szerokim łukiem tytuły, których opisy zapowiadają ciężkostrawną dawkę pretensjonalnego i wydumanego artyzmu. Tym sposobem dość znacząco zawęziłem liczbę irytujących seansów, z których i tak po roku mało co pamiętam. Konkurs Nowe Horyzonty dość konsekwentnie stawia na kino ekstremalne, na eksperymenty formalne, w których to właśnie temat eksperymentu jest wartością nadrzędną, a nie takie „drobnostki” jak fabuła, aktorstwo, zdjęcia czy montaż. Generalnie podoba mi się, że w programie ENH jest miejsce na takie tytuły, bo jeżeli nie tutaj, to gdzie? A że na filmy nakręcone komórką z perspektywy ślimaka rozdeptanego przez borsuka już niespecjalnie mam ochotę chodzić, to inna sprawa. W tym roku zaliczyłem zaledwie trzy pozycje, ale za to wszystkie co najmniej dobre. Spośród nich najbardziej bliski nowohoryzontowemu ekstremum był „Putty Hill”. Film nakręcony w zaledwie 12 dni przez młodego reżysera o polskich korzeniach to coś w rodzaju dokumentu zmieszanego z fikcją. Oparta na ledwie zarysowanym scenariuszu historia toczy się wokół młodej dziewczyny wracającej do rodzinnego Baltimore dwa lata po przeprowadzce – na pogrzeb brata, który przedawkował. Na tym w zasadzie kończy się ingerencja reżysera, który już na miejscu zebrał ekipę aktorską, składającą się z naturszczyków, a następnie pozwolił im improwizować, nakreślając jedynie pewne wytyczne. Całość mocno surowa, ujęcia kręcone z ręki (oczywiście kamerą cyfrową), naturalne oświetlenie, ale postacie (a raczej osoby, bo większość aktorów odgrywała w zasadzie siebie) na tyle interesujące, że bez większego bólu śledziło się te kilka dni z życia Baltimore.

Jakże różniły się od niego (od strony formalnej przede wszystkim) dwa pozostałe filmy. „Shit Year” to film jednego aktora: Ellen Barkin. Rola starzejącej się aktorki, która jest rozpoznawana, ale nigdy nie zdobyła wielkiej sławy, decyduje się więc przejść na emeryturę i wyprowadzić do małej mieściny, sprawia wrażenie napisanej z myślą o niej. W trakcie seansu zastanawiałem się, czy aktorka w trakcie realizacji zadawała sobie pytanie, ile w postaci Collen jest samej Ellen. Abstrahując jednak od tego, jest to po prostu historia kobiety, która poświęciła wszystko dla swej profesji i gdy przyszło do podsumowania swej kariery i rozliczenia rachunku zysków i strat, wynik okazał się dość rozczarowujący. Sam film wwierca się w umysł widza przede wszystkim od strony formalnej. Czarno-białe zdjęcia, w których to biel jest czynnikiem nadrzędnym, wypalającym gałki oczne, oślepiającym w ciemnej sali kinowej, epatującym pustką (i sterylnością) scenografii, ale i życia bohaterki, która dla kariery poświęciła wszystko, a została z niczym.

Jeszcze większym formalnym obłędem był „Amer”, jeden z lepszych tegorocznych filmów na festiwalu. W opiniach o nim wspomina się przede wszystkim o widocznym hołdzie dla twórców giallo, bogatych wizualnie włoskich horrorów. Mnie jednak najbardziej uwiodła jego sensualność. Jeszcze chyba żaden film nie przełożył odczuć zmysłowych na język filmu w sposób tak gęsty, kipiący od erotyzmu, ale i ciężki od grozy. „Pachnidło” próbowało, ale nie w pełni skutecznie. „Amer” miał łatwiej, bo postawił na wzrok i dźwięk, czyli esencję kina jako takiego. Osią wydarzeń uczyniono tu Anę, którą widzimy w trzech okresach życia. Sekwencja dzieciństwa to kawał pierwszorzędnego kina grozy, epatującego klimatem, którego pozazdrościłby niejeden kultowy włoski reżyser. Potęguje go specyficzna forma, liczne ekstremalnie bliskie zbliżenia na przedmioty i ludzi, ustawianie ostrości na dość nietypowych dla kina, ale jakże typowych dla człowieka elementach. Groza, napięcie, duszność i erotyzm to wybuchowa mieszanka składników, które będą nam towarzyszyć przez cały film – w dwóch kolejnych rozdziałach zostanie wymieszana co najwyżej ich kolejność oraz natężenie. W drugim, najkrótszym, pokazującym nastoletnią Anę, uwaga skupia się na jej rodzącej się seksualności, niezdarnych jeszcze próbach bawienia się uwagą mężczyzn oraz na nastroju lekkiej grozy, spowodowanym niepewnością, do czego może to doprowadzić. W trzeciej mamy już dorosłą, dojrzałą bohaterkę, piękną kobietę, nieustannie narażoną na gwałcący wzrok mężczyzn, ukradkowe i nierzadko bezczelne spojrzenia na jej kobiece atrybuty. A do tego powrót grozy w postaci namacalnej, bliskiej thrillerom, wymieszanej z traumami dzieciństwa, które na zawsze już pozostały częścią jej życia. Ciężko pisać o „Amerze”, bo słowami nie sposób w pełni oddać tego, co chłoniemy tutaj wzrokiem, słuchem i emocjami. Tym większa szkoda, że niewiele raczej będzie okazji, żeby inni mieli okazję tego doznać.

Panorama Kina Światowego

Panorama Kina Światowego to w zasadzie takie ENH w pigułce. Można tutaj znaleźć zarówno tytuły ekstremalne, spod znaku cyklu konkursowego, wystawiające cierpliwość widza na próbę, jak i filmy, które spokojnie w przeciągu roku mogłyby trafić do kinowej dystrybucji (i często trafiają) a także produkcje, które równie dobrze pasowałyby do Nocnego Szaleństwa. Trudno znaleźć tu wspólny, podsumowujący mianownik – zbyt duży rozrzut pod każdym względem: formalnym, merytorycznym, geograficznym, ideologicznym etc. Z tego powodu postanowiłem po prostu zamieścić krótkie recenzje (w stylu moich dawnych relacji z festiwalu) najciekawszych tytułów obejrzanych w tegorocznym cyklu. W sumie opisałem równo połowę z obejrzanych przeze mnie filmów. Pominąłem między innymi „Na gorąco”, które już było opisywane przez Negrina oraz „Tetro”, którego z różnych powodów wolałbym na razie nie oceniać.

O bogach i ludziach / Des Hommes et Des Dieux

reż. Xavier Beauvois / Francja 2010 / 120’

Zwycięzca Grand Prix tegorocznego festiwalu filmowego w Cannes raczej nie poruszył serc nowohoryzontowej publiczności. Spośród wielu zasłyszanych opinii zaledwie kilka było pozytywnych, z czego większość umiarkowana ze wskazaniem na stany letnie. I pod tą ostatnią muszę się podpisać również i ja. Opartą na faktach historię grupy francuskich mnichów, którzy żyli i umarli (z rąk islamskich ekstremistów) w algierskich górach, ogląda się z względnym zainteresowaniem, bez zbędnego znudzenia, ale i bez specjalnego przejęcia. Sporo było narzekań na łopatologię ostatniej sceny, na patetyczność ostatniej wieczerzy mnichów, na laurkę dla Kościoła, a z drugiej strony politycznie poprawne podejście do tematu islamu – czyli generalnie na podstawy ideologiczne filmu. Mnie przede wszystkim przeszkadza brak wyrazistości. Krótko po seansie, zapytany przez znajomą o opinię, odpowiedziałem, że filmu nie oglądało się źle, ale po miesiącu w ogóle nie będę go pamiętał. Minął już prawie miesiąc od tamtej pory i rzeczywiście, ciężko mi było wydusić z siebie jakąś opinię na jego temat.

Puzzle / Rompecabezas

reż. Natalia Smirnoff / Argentyna, Francja 2010 / 88’

Pięćdziesięcioletnia kobieta odkrywa życiową pasję – układanie puzzli. Po krótkim czasie jej drogi krzyżują się z samotnym starszym panem, który szuka partnerki do międzynarodowego turnieju układania puzzli. W tajemnicy przed rodziną spotyka się z nim, trenując do imprezy. Przestaliście już się pokładać ze śmiechu? To dobrze, bo to zaskakująco dobry film. Zaskakująco, bo zarys fabuły może wywołać na twarzy ironiczny uśmieszek, zwłaszcza u przeciwników festiwali kina artystycznego. Zapewniam jednak, że jedyny uśmiech, jaki gości na twarzy podczas seansu, to uśmiech sympatii i zadowolenia. „Puzzle” to ciepła, ale i gorzka chwilami historia kobiety, która tak długo usługiwała swemu mężowi i dwóm synom, że już prawie zapomniała, co to radość oddawania się pasji i dreszcz podniecenia życiem.

Synu, synu, cóżeś ty uczynił? / My Son, My Son, What Have Ye Done?

reż. Werner Herzog / USA, Niemcy 2009 / 93’

Większość osób, z jakimi rozmawiałem o tym filmie, wyrażała podobne zagubienie w odbiorze tej historii. Herzog sięga po autentyczną historię z lat 70. – mężczyzny, który zainspirowany historią antycznego matkobójcy, Orestesa, zabił swoją matkę za pomocą miecza. Akcja filmu zaczyna się mniej więcej kilkadziesiąt minut później. Policja przyjeżdża na miejsce, świeży matkobójca barykaduje się w swoim domu z dwoma zakładnikami i w czasie negocjacji dwójka detektywów przepytuje jego sąsiadów, znajomych i przyjaciół, odkrywając powoli kolejne elementy historii, która doprowadziła do morderstwa. Dziwny jest to film. Szalony, absurdalny, wielokrotnie konfudujący widza. Kto widział już Herzogowski remake „Złego porucznika”, ten powinien już mniej więcej wiedzieć, o co chodzi. Z tą różnicą, że dawkę reżyserskiego obłędu musi pomnożyć dwukrotnie. Zapewne David Lynch jako producent nie pomógł w zachowaniu normalności tej historii. Niemiecki filmowiec pozwala sobie tutaj na naprawdę wiele, nie do końca wyjaśniając odbiorcy, dlaczego i po co. Pomysłów w głowie pojawia się kilka, ale tak naprawdę wszystkie wyssane z palca, bo reżyser nie podsuwa nam żadnych wskazówek interpretacyjnych. A bez tego pozostaje jedynie intrygująca historia z naprawdę niezłymi rolami aktorskimi (Willem Dafoe, Chloe Sevigny, Udo Kier, Michael Pena, no i oczywiście fenomenalny Michael Shannon w roli matkobójcy, genialnie balansujący w swej kreacji pomiędzy mrokiem a obłędem) oraz garścią niesamowitych pomysłów fabularno-realizacyjnych, nierzadko orzących naszą psychikę wzdłuż i wszerz. Ale w zasadzie to trochę taka sztuka dla sztuki, a raczej schiza dla schizy.

Moje szczęście / Szczastie moje

reż. Siergiej Loznica / Niemcy, Ukraina, Holandia 2010 / 127’

Niezwykle pesymistyczny obraz Rosji, tak współczesnej, jak i sprzed kilku dekad. Tutaj zły jest niemal każdy, a ci, którzy zachowali w sobie jeszcze dobroć i humanitaryzm, padają ofiarami reszty ludzkich drapieżców. Reżyser, niczym Alejandro Inarritu, mnoży bohaterów powieści, przedstawia kraj i społeczeństwo oczami wielu postaci, wprowadza wątek historyczny z czasu drugiej wojny światowej. Tak jak u Inarritu, wszystkie historie się chwilowo przeplatają, a bohaterowie oddziałują na siebie, najczęściej w negatywny sposób. Zło uczynione ponad pół wieku wcześniej, wciąż owocuje nasionami cierpienia i okrucieństwa współcześnie. Rodzi to pewne skojarzenie z „Domem złym”, nie tylko pod względem paraleli czasowych, ale i pesymistycznego wizerunku słowiańskiej ludności. Podczas jednak gdy u Smarzowskiego klimat aż parował od alkoholu wyciągającego z ludzi to co najgorsze, u Loznicy jest po prostu wszechobecne zło. Zło przerażające, bo nie w formie demonicznego kultu, przerysowanego gangstera czy wyrachowanego polityka. Tylko zło pierwotne, zło tkwiące w naturze ludzkiej, objawiające się ludzką niegodziwością, okrucieństwem, zawiścią, chamstwem, brutalnością i nieuczciwością. Reżyser wręcz za mocno dociska pedał, zbyt pesymistycznie kreśli wizerunek człowieka, zbyt ochoczo wyciąga na światło dzienne to, co złe, zapominając, że na świecie nie brakuje i przykładów ludzkiej dobroci. Przez to film jest zbyt przerysowany, zbyt przegięty, odbiorca odrzuca od siebie tak potężną dawkę zła, nie chcąc jej zaakceptować. Ale piętno po filmie pozostaje. Przez kilka kolejnych dni, wracając nocą do domu, po raz pierwszy od dawna nie czułem się bezpieczny we Wrocławiu, z podejrzliwością patrzyłem na innych, lustrowałem ich twarze, próbując rozpoznać potencjalne zagrożenie. Można więc powiedzieć, że ten film sprowadził mnie nieco na ziemię, ale zbyt głęboko w nią wbił, przez co poczułem mocny dyskomfort. Wnioskując z rozmów z innymi, nie ja jeden…

Wyśnione miłości / Les amours imaginaires

reż. Xavier Dolan / Kanada 2010 / 102’

Film okrzyczany mianem najlepszego na tegorocznym festiwalu, seanse zwieńczone burzą braw. W pełni zrozumiałe reakcje, ale przy tym skłaniające do refleksji. „Wyśnione miłości” to w zasadzie przeciwieństwo całego repertuaru ENH. Młody, 21-letni kanadyjski reżyser, jest dzieckiem mainstreamu – tego ambitniejszego, ale jednak. Jego film tętni energią filmów Tarantino, muzyka w nim podobnie dominuje niektóre sceny (dwa razy słyszymy nawet „Bang Bang (My baby shot me down)” z „Kill Billa”, śpiewane po francusku), historia opowiedziana jest bez zbytnich udziwnień, w zrozumiały, klarowny i prosty sposób, do tego z humorem, lekkością, bez artystycznego nadęcia i pretensjonalności. Produkt lekki, łatwy i przyjemny. Nic dziwnego, że puszczony w ostatnich dniach festiwalu wywołał taką euforię wśród ludzi, którym wreszcie pozwolono zrzucić z karku cały nowohoryzontowy ciężar i odetchnąć z ulgą, śmiejąc się z perypetii pary przyjaciół (płci przeciwnej) zakochanych w tym samym chłopaku. Jasne, historia jest tak naprawdę dość gorzka, w finale wraca w zasadzie do punktu wyjścia, ale to taka gorycz osłodzona toną słodkiej czekolady, więc wielu w ogóle jej nie zauważyło. A z tego by wynikało, że nowohoryzontowa publika, w całym swym umiłowaniu dla artyzmu, rozczulaniu się nad francuską Nową Falą, filmami kręconymi za 189 dolarów i temu podobnymi zjawiskami, tak naprawdę podskórnie pragnie porządnej, kolorowej wydmuszki, byle tylko niepodanej w zbyt oczywisty sposób. Oczywiście niewykluczone, że film ten mógł spełnić rolę Dziennego Szaleństwa, czyli spuścić z „wymęczonej” widowni nieco powietrza. Tak czy inaczej, faktem pozostaje to, że w efekcie „został” najlepszym filmem festiwalu i wiążących się z tym wątpliwości nie sposób zignorować.

Wkraczając w pustkę / Enter the Void

reż. Gaspar Noé / Francja, Niemcy, Włochy 2009 / 154’

Z pewną obawą oczekiwałem tego filmu. W przedostatni dzień festiwalu dwie i pół godziny z Gasparem Noe, po którym można się spodziewać absolutnie wszystkiego (może z wyjątkiem tego, że zrobi coś „normalnego”) mogło się zakończyć poważną traumą. I poniekąd niebezzasadnie. Sądzę, że spokojnie mogę powiedzieć, iż przynajmniej połowa sali oglądała ten film z wielkim bólem i cierpieniem (najbardziej twardzi/masochistyczni wyszli dopiero w ostatnich minutach). Mnie jednak, ku własnemu zaskoczeniu, 154 minuty zleciały nie tylko bezboleśnie, ale wręcz niezauważalnie. Przed filmem, w krótkiej zapowiedzi, padło stwierdzenie, że za chwilę doświadczymy – w warstwie wizualno-muzycznej – kina totalnego. Mocne słowa. W najmniejszym stopniu nieprzesadzone. Już w otwierającej film sekwencji, z napisami początkowymi, Noe miażdży nasze zmysły świetlnymi pulsacjami i basowymi dźwiękami. Efekt masakryczny, nie do podrobienia podczas seansu domowego. Jest to jednakże zaledwie przedsmak hipnotyzującej podróży (oglądanej z perspektywy pierwszej osoby) naszpikowanego narkotykami bohatera przez oślepiające neonami Tokio. Efekt (mam na myśli perspektywę, z jakiej oglądamy wydarzenia), na którym w zasadzie mógłby się skończyć ten film, okazuje się jednakże dopiero wprowadzeniem przed zjazdem na prawdziwą wizualną autostradę, jaką przygotował dla nas reżyser. W dwudziestej minucie filmu bohater zostaje zabity i następnie kamera przeskakuje na ujęcie z trzeciej osoby, z której obserwujemy bohatera jako ducha, podróżującego w czasie i przestrzeni, odkrywając nie tylko dalsze losy swoich bliskich, ale i odsłaniającym przed widzem szczegóły ze swej przeszłości. Wszystko to polane metafizycznym sosem, wizualizacją procesu reinkarnacji i niezliczoną ilością niesamowitych pomysłów realizacyjnych. Kino totalne w rzeczy samej. Pokochaj albo znienawidź, tutaj nie ma miejsca dla niezdecydowanych.

Wtorek, po świętach / Marți, după Crăciun

reż. Radu Muntean / Rumunia 2009 / 99’

Fascynująca wiwisekcja zdrady małżeńskiej, tego, co się za nią kryje i do czego prowadzi. Reżyser nie ocenia bohaterów, tutaj nie ma dobrych i złych, wszyscy kreśleni są w neutralny sposób, ale przy tym bardzo naturalnie, prawdziwie, mają swoja pozytywne, jak i negatywne cechy charakteru, są po prostu ludźmi z krwi i kości. O każdym z nich można by się długo rozpisywać, zastanawiając nad oceną ich postępowania. Obiektywnie to zdradzana żona jest osobą, z którą należałoby sympatyzować. Jest zwykłą, kochającą żoną i matką, żadną tam zołzą, ale i nie ofiarą losu, po prostu inteligentna kobieta z klasą, żyjąca w błogiej nieświadomości tego, co się dzieje za jej plecami. Pozostałą dwójkę bohaterów należałoby więc napiętnować, a jednak nie przychodzi to łatwo, bo w wyraźny sposób się kochają, w sposób dojrzały, nieoparty jedynie na pożądaniu. Kochanka ma swoje życie, zawód, mieszkanie, jej egzystencja nie sprowadza się do wypatrywania pustym wzrokiem kolejnej wizyty samca. On natomiast jest rozdarty pomiędzy miłością i przywiązaniem do rodziny a nowym, niechcianym i nieplanowanym, ale niemożliwym do stłumienia uczuciem. A zatem co wybrać? Egoistyczne uczucie czy poświęcenie się dla dobra rodziny, która jeszcze do niedawna wystarczała do pełni szczęścia? Odpowiedzi nie są łatwe, tak jak i konsekwencje podjętych decyzji.

Phobidilia

reż. Doron i Yoav Paz / Izrael 2009 / 87’

Młode pokolenie izraelskich twórców pokazuje, że nie jest zainteresowane rozliczeniami z Holocaustem, dystansując się do tego („Tak wiem, to było straszne, widziałem ‘Listę Schindlera’ ”) i pragnie wypowiedzieć się o jakimś uniwersalnym temacie współczesnym. Na przykład opowiedzieć o wyalienowanych jednostkach zastępujących kontakt z ludźmi w prawdziwym świecie wirtualnymi surogatami, ukrywających się za avatarami, doświadczenie i wiedzę zdobywających z filmów i telewizji, a potrzeby seksualne zaspokajających podglądaniem panienek z płatnych serwisów. Wszystko to ogniskuje się w postaci głównego bohatera, młodego mężczyzny, który po załamaniu nerwowym sprzed kilku lat przestał zupełnie wychodzić z domu, co przerodziło się w stan obsesyjny, zbliżony do agorafobii. Lokator, przesiadujący całe życie w domu, zaczyna irytować właściciela mieszkania, który postanawia go z niego wyrzucić. To rozpoczyna pomiędzy nimi wojnę, która dla obu stron konfliktu zakończy się źle. Tematyka potencjalnie ciężka i mroczna, bliżej jednak temu filmowi do „Podziemnego kręgu” z jego postmodernistycznym sztafażem okraszonym radosnymi komentarzami nieroba rodem z „Był sobie chłopiec” niż do kina spod znaku „Wstrętu”. Bracia Paz postawili sobie za cel zrobienie filmu uniwersalnego, wystrzegając się epatowania elementami wskazującymi na miejsce produkcji. Nie poznajemy imienia bohatera, jego mieszkanie jest niepodobne do tych istniejących w Izraelu, nawiązuje raczej kształtem i wystrojem do apartamentów na Manhattanie, a do tego wrzucono ogromną ilość nawiązań do amerykańskiej popkultury. Na szczęście w efekcie nie utracono zupełnie wschodniego klimatu. Wciąż daje się odczuć, że jest to izraelska produkcja, tylko że doszlifowana amerykańskimi narzędziami. Produkcja, zresztą, bardzo dobra.

Jej droga / Na putu

reż. Jasmila Žbanić / Bośnia i Hercegowina, Austria, Niemcy, Chorwacja 2010 / 90’

Nowy film reżyserki „Grbavicy”. Wraca do powojennego Sarajewa, żeby z perspektywy kobiecej bohaterki ukazać, jakie piętno odcisnął niedawny konflikt na zwykłych cywilach. Tym razem kwestia ta pozostaje jednak na drugim planie, ustępując miejsca prezentacji odradzającego się w kraju islamskiemu fundamentalizmowi. Środowisko to poznajemy za sprawą partnera głównej bohaterki, który w efekcie nadużywania alkoholu zostaje wyrzucony z pracy. Nową robotę oferuje mu znajomy z wojska, który okazuje się działaczem religijnym, bardzo oddanym odkrytej po wojnie wierze. Wywołuje to obawy Luny, jak się okazuje niebezzasadne, albowiem jej ukochany stopniowo coraz bardziej zaczyna przypominać swoich pracodawców. Obawiałem się trochę, że będzie to kolejna opowieść, w której odkrywający w sobie islamski żar mężczyzna zaczyna zniewalać swoją kobietę i szantażuje ją za pomocą ich dzieci. Gdy zaczynało się stawać oczywiste, że nie w pełni świadoma tego, co ją może czekać, bohaterka zajdzie z Amarem w ciążę, moje obawy jeszcze bardziej wzrosły. Na szczęście niepotrzebnie. Jasmila Žbanić nie pozwala sobie na takie oczywistości, a raczej nie tyle nie pozwala, co kreśli bohaterów w na tyle bezstronny i bliski życiu sposób, że nawet elementy schematyczne przyjmuje się jako składowe filmowego realizmu. Szczególnie interesujące jest potraktowanie fundamentalistycznego islamu, bo unikające powielania negatywnych klisz, próbujące natomiast wyjaśnić, co znajdują w nim pozornie „normalni” ludzie, że skłania ich to do podążania bardziej radykalną ścieżką. Uspokajam jednocześnie, żadna to laurka, niejeden element negatywny ładnie zostaje w filmie wypunktowany, jednakże bez straszenia widza jakimiś ekstremalnymi zachowaniami fanatycznymi.

Nowe Kino Turcji oraz Retrospektywa: Zeki Demirkubuz

Zacznę od retrospektywy, bo mniej obejrzanych tytułów, a wszystkie w zasadzie o tym samym. Filmy Demirkubuza (przynajmniej te, które widziałem, ale pozostałe nie bez powodu zniechęciły mnie już samymi opisami) charakteryzowały się sięganiem po odwieczne kinowe tematy (miłość, zdrada, oszustwo) i sprzedawanie ich w nieciekawy, przemielany po wielokroć sposób. Tym, co w nich najbardziej interesujące, jest sposób, w jaki reżyser przedstawia mężczyzn i kobiety. Brzydka płeć najczęściej jest reprezentowana przez żałosne indywidua, które żenują swoją pierdołowatością, płaczliwością i brakiem zdecydowania. Jakże różnią się od kobiet, w których są zakochani, które charakteryzują się sprytem, wyrachowaniem, zimną kalkulacją i wodzą za nos żałosnych adoratorów. Niemalże w każdym jego filmie żałosne męskie kreatury są przeciwstawiane tureckim femme fatale. I to by jeszcze nie było taki straszne, gdyby nie osadzano ich w tak sztampowych i wyświechtanych fabułach.

Trochę lepiej miała się sekcja Nowego Kina Turcji. Spełniła ona przede wszystkim najważniejsze swe zadanie. Przybliżyła polskiemu widzowi historię, społeczeństwo i kulturę tego kraju. Liczne fabuły pokazujące przewrót wojskowy z lat 80., zamachy terrorystyczne i późniejsze represje, jakie spotykały szarych obywateli ze strony rządu i służb publicznych (m.in. „Podróż ku słońcu”, „Trzecia strona”) obrazują wydarzenia, które odcisnęły piętno na wszystkich mieszkańcach Turcji. Dokument (wyświetlany już w naszym kraju) „Życie jest muzyką” prezentuje bogactwo gatunkowe tureckiej muzyki, jednocześnie stawiając pytania o to, co bardziej przeważa we współczesnej Turcji: kultura Zachodu czy Wschodu? Pytania jakże aktualne, zważając na stale podejmowane przez nich próby dołączenia do Wspólnoty Europejskiej. Znalazły się oczywiście tytuły politycznie niezaangażowane, prezentujące po prostu wycinek z życia ludzi. W „Na pokładzie” (chociaż tutaj, w postaci samego statku, doszukiwano się metafory do sytuacji państwa) obserwujemy losy członków załogi kursującej po Bosforze starej pogłębiarki dna, na pokład której porwali piękną kobietę zza granicy, którą po pijaku następnie zgwałcili. „Ile za ile” natomiast zaprezentowano klasę średnią i pokusy z jakimi może się stykać we współczesnej Turcji (więcej w recenzji Negrina).

Na koniec zostawiłem tytuł najbardziej nietypowy, a przy tym zdecydowanie najciekawszy spośród widzianych w tym cyklu. Mowa o „Kosmosie”, swoistej tureckiej wersji „K-Paxu”, opowiadającej o tajemniczym przybyszu trafiającym do małej miejscowości. Obcy zachowuje się dziwnie, jest aspołeczny, trzyma się na uboczu, nie jest zainteresowany zarabianiem na swoje utrzymanie. A przy tym ma osobliwe talenty, potrafi uleczać, a nawet przywracać do życia. Kim jest? Nie wiadomo, w filmie nie pada takie przypuszczenie, ale najprawdopodobniej kosmitą – to jednak tylko jedna z wielu możliwości. Słyszałem o tym filmie różne opinie, samemu nie do końca wiedząc, co o nim sądzić. Moje odczucia w trakcie seansu najlepiej opisać terminem: zmieszany. Większość osób postawiła przez to na nim krzyżyk. Ja nie potrafiłem, bo jakkolwiek dziwny to film, to jednocześnie mocno wwierca się w głowę, wrzyna się w pamięć poszczególnymi scenami, klimatem, nastrojem. Szczególnie wątkiem uczucia pomiędzy bohaterem a młodą, piękną dziewczyną – miłość, którą odgrywają za pomocą niesamowicie dzikich, zwierzęcych okrzyków. Choć przez cały film nie wymieniają (chyba) między sobą ani jednego normalnego zdania, wszystko co mają sobie do przekazania, jest dla widza oczywiste. Uczucie w formie czystej, pierwotnej, instynktownej. Magiczna rzecz. Sam film również, ale wciąż nie potrafię powiedzieć, czy on w zasadzie był dobry, czy zły.

Dokumenty muzyczne

Z racji mojej fascynacji wszelką twórczością Jacka White’a, przed festiwalem najbardziej napalałem się na możliwość zobaczenia na dużym ekranie „The White Stripes: pod zorzą polarną”, na co cicho liczyłem już od kilku miesięcy. Film mi się oczywiście podobał, ale ku mojemu zaskoczeniu, dokumentem, po którym wyszedłem z sali kinowej najbardziej uradowany, okazały się „Tajemnice Oil City”. Rzecz poświęcona zespołowi Dr Feelgood, którego ani jednej piosenki nie kojarzę, a samą nazwę przypominam sobie co najwyżej z artykułów i filmów dokumentalnych o czołowych przedstawicielach punka jako źródła inspiracji dla nich. W tym przypadku to jednak nieistotne, z jaką wiedzą o bohaterach zasiadamy przed ekranem. „Tajemnice Oil City” sprawiają, że z miejsca pokochamy zespół, jeszcze przed usłyszeniem pierwszej ich piosenki. Duża w tym zasługa oczywiście samych bohaterów, a zwłaszcza niezwykle charyzmatycznego gitarzysty, którego barwna osobowość magnetyzuje naszą uwagę. Dzielnie im sekunduje reżyser, Julien Temple, dla którego to niepierwszy już romans z punkowymi kapelami (autor „Sex Pistols: Wściekłość i Brud” oraz „Joe Strummer – niepisana przyszłość”). Tym razem jednak Temple nie skupia się na historii kanonicznej kapeli punk rockowej. Dr Feelgood jest raczej pretekstem do zaprezentowania ówczesnej rzeczywistości, począwszy od wyspiarskiej społeczności Canvey Island, poprzez środowisko muzyczne Wielkiej Brytanii, na Stanach Zjednoczonych kończąc. Historię wzlotu i upadku Dr Feelgood poznajemy niejako mimochodem, aczkolwiek przesadą byłoby powiedzenie, że członkowie zespołu pozostają na drugim planie. Zwłaszcza, że narracja opiera się na ich wspomnieniach. W efekcie nie mogę powiedzieć uczciwie, że lubię ich muzykę, bo już nie pamiętam ani jednego utworu słyszanego w filmie, ale za to niezaprzeczalnie, kocham zespół. Pod koniec festiwalu zaliczyłem jeszcze „All Tomorrow’s Parties” dokumentujący festiwal muzyczny pod takąż nazwą, składający się z prywatnych nagrań uczestników, złożonych w całość i uzupełnionych nagraniami z koncertów i wywiadów telewizyjnych przez Jonathana Caouette, przewodniczącego tegorocznego jury konkursowego, a zarazem laureata nagrody w roku 2005 za film „Tarnation”. O samym filmie nie mam za wiele do powiedzenia, albowiem niczym szczególnym nie wyróżniał się spośród innych podobnych mu produkcji. Posłuchałem przez 90 minut dobrej muzyki, zobaczyłem trochę zabawnych scen z samego festiwalu, zrelaksowałem się w trakcie i dość szybko o całości zapomniałem.

Międzynarodowy Konkurs Filmy o Sztuce

Cykl ten powoli wyrasta na jeden z najciekawszych na festiwalu, w tym roku widziałem wprawdzie zaledwie dwa tytuły – opisywany wyżej „Tajemnice Oil City” oraz poniższych „Indian na ekranie” – ale oprócz tego było tu jeszcze przynajmniej kilka innych interesujących pozycji, których nie zobaczyłem wyłącznie dlatego, że przegrywały z intrygującymi pozycjami z innych cykli. Życie to sztuka wyboru, ofiarą tego padł ten cykl, ale sądząc po opiniach innych widzów, miał się on naprawdę dobrze i pozostaje zacierać ręce w oczekiwaniu na przyszłoroczny repertuar.

Indianie na ekranie / Reel Injun

reż. Neil Diamond, Jeremiah Hayes, Catherine Bainbridge / Kanada 2010 / 86’

Chyba każdy, kto w dzieciństwie oglądał dużo westernów (a za czasów mojej młodości na małym ekranie było dużo filmów o kowbojach, więc mimowolnie trochę się tych produkcji obejrzało), miał taki moment, kiedy z zaskoczeniem odkrył (po lekturze jakiegoś tekstu, książki, programu telewizyjnego etc.), że Indianie w rzeczywistości wcale nie byli tymi złymi i od dawna jesteśmy urabiani przez kino. O tym jednak, jak bardzo, dowiedziałem się dopiero dzięki dokumentowi Neila Diamonda (jakżeby inaczej, rdzennego Amerykanina). „Indianie na ekranie” to przeogromne źródło wiedzy na temat filmowego wizerunku pierwszych mieszkańców Ameryki, tego jak ewoluował i jak wpływał na pojmowanie własnej kultury przez samych Indian. Odbywamy swoistą podróż przez cały gatunek westernu, od jego początków, kiedy wizerunek Indian był jeszcze bliski rzeczywistości, poprzez moment, gdy w czasach kryzysu ekonomicznego uczyniono ich „tymi złymi”, późniejsze kolejne dekady filmowego zakłamania, wynaturzania i ośmieszania, aż w końcu po pierwsze produkcje robione przez samych rdzennych Amerykanów, na pokazywanym w zeszłym roku „Atanarjuat, biegacz” kończąc. Reżyser odwiedził z kamerą m.in. Clinta Eastwooda i Jima Jarmuscha, ale najciekawsze wypowiedzi to te padające z ust jego ziomków, opowiadających o tym, jak wizerunek kreowany przez Hollywood wpływał na ich życie, punktujących przekłamania i uproszczenia stosowane w filmach oraz opowiadających zabawne anegdoty (na przykład o tym, jak w scenach, gdy kazano im mówić plemiennym językiem, robili sobie jaja z bladych twarzy, co udowodniono materiałem filmowym, po raz pierwszy przetłumaczonym na język angielski). Ilość materiału zebranego i zrobionego przez Diamonda jest przeogromna, tym większa szkoda, że nie wszystko był w stanie wykorzystać. Dla zachowania tempa narracji filmu i utrzymania przyswajalnej dla widza długości dokumentu wyleciał między innymi materiał o Winnetou.

Nocne Szaleństwo: Philippe Mora

Zdecydowanie najpozytywniejsza postać tegorocznego festiwalu. Wywiadów udzielał chętnie każdemu, jeszcze bardziej ochoczo odpowiadał na pytania widzów po filmach (spotkanie po filmie „Pogarda i uprzedzenie” trwało prawie do pierwszej w nocy). A same filmy? No cóż… O „Swastyce” napisałem recenzję, więc wiadomo już, że mi się podobało. No ale to był pokaz specjalny, niezwiązany z Nocnym Szaleństwem, które było mocno nierówne. Obejrzany jako pierwszy „Szalony pies Morgan” wymęczył mnie szalenie. Pewnie, miejscami potrafił rozbawić jakąś pojedynczą sceną, dialogiem, niezgrabnością, jak to mają w zwyczaju filmy tak złe, że aż dobre. Osobne słowo uznania należy się fenomenalnemu montażowi. Chyba nigdy jeszcze nie widziałem filmu tak konsekwentnie tragicznego pod tym względem. Ale to niestety nie wystarczało, żebym się podczas filmu nie nudził i intensywnie nie spoglądał na zegarek. Co innego „Powrót Kapitana Niezwyciężonego”. To już było prawdziwe, porządne, pełnokrwiste, Nocne Szaleństwo. Historia opowiada o emerytowanym, zapijaczonym superbohaterze Kapitanie Invincible (Alan Arkin), który zmuszony jest odkurzyć pelerynkę i przyciasny już trykot, żeby rozprawić się z Mr. Midnight (Christopher Lee). Swoiste skrzyżowanie „Hancocka” z „Rocky Horror Picture Show” (jedną piosenkę zresztą napisał Richard O’Brien) zapewniło 90 minut czystej zabawy. Zabawy, którą już znacznie skromniej dawkowano we „Wspólnocie”, traktującej o ludziach porwanych przez kosmitów. Zresztą żeby tam tylko o jakiś ludziach. Traktującej o Christophenie Walkenie porwanym przez kosmitów. Christophenie Walkenie pląsającym układ taneczny w towarzystwie małych zielonych ludków. Zielonych ludków, które wcześniej aplikowały mu sondy analne. O dziwo, to był zaskakująco normalny film. Zbyt normalny. Rzeczy dziwnych, zabawnych, absurdalnych bądź wyjątkowo złych było w nim jak na lekarstwo. Przez większą część czasu był po prostu zwykłą obyczajową historią, ale z gatunku tych słabych, mizernych produkcji, jakich pełno w środku tygodnia w programie telewizyjnym. I bynajmniej nie był w tym zabawny, raczej przeraźliwie smętny i nudny. No ale scen z plastikowymi kosmitami „terroryzującymi” Walkena długo nie zapomnę, to mu muszę oddać. No i na koniec „Pogarda i uprzedzenie”, o której już więcej pisałem wcześniej. Przypomnę więc tylko pokrótce, że oprócz porcji pozytywnej dawki filmowego szaleństwa miała do zaoferowania garść niezgorszych tematów do przemyśleń. A zatem, reasumując: cykl nie do końca udany (przynajmniej w moim odczuciu, bo znam osoby, które równie dobrze bawiły się na wszystkich filmach) . Nie widziałem niestety „Skowytu III: Torbacze”, ale z opisu katalogowego i opinii znajomych, którzy widzieli, wnioskuję, że byłby to seans dość radosny.

Nocne Szaleństwo: Kino Samurajskie

Przed festiwalem nie za bardzo wiedziałem, co myśleć o tym cyklu. Nie jestem specjalnie obeznany z kinem samurajskim, poza największymi klasykami kojarzę mało tytułów – z obecnych w tegorocznym Nocnym Szaleństwie: żadnego. Ostatecznie poszedłem na niemal wszystkie tytuły, opuściłem zaledwie jeden (z pięciu). Z racji specyfiki cyklu i oczekiwań względem niego, najbardziej „obiecująco” zapowiadał się „Hanzo zwany brzytwą”, traktujący o policjancie przesłuchującym przestępczynie za pomocą swego wielkiego członka, przed którego urokiem (członka, nie policjanta), żadna nie pozostawała obojętna. Film okazał się być w porządku, ale bez zbytnich rewelacji. Oprócz scen przesłuchań, niewiele więcej miał do zaoferowania. Co innego trylogia „Wilk i szczenię”, którą oglądałem od końca (trzecia część o podtytule „Wicher śmierci”), kilka dni później zaliczając jeszcze środkowy segment („Droga do piekła”) i zapewne obejrzałbym bez wahania również pierwszy epizod, gdybym w pierwszych dniach festiwalu wiedział, jak dobry może być. Trylogia oferowała idealną mieszankę humoru (zazwyczaj niezamierzonego) z finezyjnymi walkami na miecze z galonami posoki tryskającej z rozcinanych ciał. Gdzieś po drodze zaliczyłem jeszcze „Zatoichi przeciwko Yojimbo”, ale na tym co najwyżej dobrze mi się spało.

Podsumowanie

Jak już pisałem we wstępie, festiwal Era Nowe Horyzonty oferuje takie bogactwo tytułów, że w efekcie ile osób, tyle opinii o nim. Po repertuarze (a konkretnie po opisach filmów, w których często znajdują się zakamuflowane „ostrzeżenia”) trzeba się nauczyć poruszać, żeby wyłuskać z niego tytuły dla siebie. Z racji coraz rzadszego widoku osób wychodzących tłumnie z sali można zaryzykować twierdzenie, że wiele osób się tego nauczyło (a do tego oswoiło z nowohoryzontowymi tytułami i podchodzi do nich z większą otwartością). Ja w tym roku obejrzałem w sumie 44 filmy, z czego zaledwie kilka mi się nie podobało. Zważając na to, że już wcześniej miałem je oznaczone jako pozycje „ryzykowne”, do obejrzenia jedynie w przypadku, gdy nie będzie nic innego wartego uwagi, ciężko powiedzieć, żeby były dla mnie rozczarowaniem. Znakomita większość tytułów okazała się pozycjami przynajmniej dobrymi, które oglądało się nie tylko bezboleśnie, ale i z zainteresowaniem. Wiele bardzo dobrych, było kilka rewelacji, ale niczego naprawdę oszałamiającego. Uważam to za dobry, wyrównany wynik, świadczący o stałym, wysokim poziomie festiwalu. Kończąc, powinienem tradycyjnie napisać, że czekam na przyszłoroczną edycję, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Na razie wypatruję z zaintrygowaniem nowego dziecka ekipy Gutka – American Film Festiwal. Jak dobrze jest mieszkać we Wrocławiu.

Komentarze (2) do artykułu “Festiwal Era Nowe Horyzonty 2010 – Podsumowanie”

  • Marta Szelerska - Cziczio pisze:

    Tyler, kawał dobrej roboty! Czytam sobie na razie powoli (bo długie, ale to dobrze, nie poddawaj się starczemu zgorzknieniu, że nikt nie czyta :) ) i – jak dotąd – chciałabym zobaczyć w zasadzie każdy opisany film. Ciekawe, czy coś trafi do dystrybucji, jeśli nie, to może kiedyś na Ale Kino!, bo oni takie festiwalowe rzeczy puszczają, tyle że czasem z kilkuletnim opóźnieniem…  Cytuj

  • Krzysztof Bogumilski - Tyler Durden pisze:

    Dzięki, co do dystrybucji, to na pewno możesz liczyć na sporo opisanych tytułów z Panoramy Kina Światowego. Na pewno jesienią powinny być dostępne w kinach „Wyśnione miłości”, „Jej droga” oraz o „Bogach i ludziach”. Herzog też, jeżeli nie w kinach, to na DVD prędzej czy później raczej zostanie wydany. Myślę, że są też jakieś szanse na „Phobidilie” i „Wtorek po świętach”, ale to już tylko moje przypuszczenia. A jeżeli chodzi o „Puzzle” i „Moje szczęście”, to chyba rzeczywiście jedyna nadzieja w „Ale kino”… ;) Ciężko powiedzieć co z „Wkraczając w pustkę”, ale na to szanse raczej marne. Podobnie jak z filmami z innych cykli. Osobiście jestem ciekaw co będzie z „Tajemnicami Oil City”, bo wprawdzie poprzednie dwa punkowe dokumenty Juliena Temple wyświetlano u nas w kinach, no ale opowiadały one o znacznie popularniejszych zespołach. Cicho liczę, że przynajmniej wydadzą to kiedyś na DVD, na zakup którego raczej się skuszę.  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)