„Głodne duchy” to reżyserski debiut Michaela Imperioli, aktora znanego przede wszystkim z „Rodziny Soprano”. Zgodnie z popularną ostatnimi czasy formułą splatają się tu ze sobą historie kilku bohaterów, niczym tytułowe głodne duchy błądzących po nocnym Nowym Jorku – po omacku i bez wprawy poszukujących szczęścia, spełnienia, miłości i przyjaźni, a może po prostu spokoju i jakiegokolwiek ukojenia. Ich uniwersalne problemy układają się w niewesołą diagnozę mentalnej kondycji nie tylko mieszkańców wspomnianej metropolii, ale także – w znaczeniu szerszym – po prostu współczesnego człowieka Zachodu, na którego Imperioli stara się spojrzeć przez filozoficzny pryzmat buddyzmu, kojącej nauki jakże dalekiej od rozedrganych, poszarpanych, pełnych chaosu egzystencji głównych bohaterów.
Pozujący na mrocznego materialistycznego mistyka Gus właśnie wyszedł z dziewięćdziesięciodniowego odwyku – pierwsze kroki kieruje do baru, bezskutecznie próbując odzyskać ukochaną Nadię, czarnoskórą, pewną siebie piękność, która wprawdzie odnalazła w buddyzmie wewnętrzny spokój, ale za to właśnie straciła dach nad głową. Gus nagrywa jej na automatyczną sekretarkę ginsbergowsko stylizowane poematy, co przypadkowo podsłuchuje Lizette, jeszcze jedna samotna dziewczyna zagubiona w mroku wielkiego miasta. Prowadzący radiowe audycje otyły Frank zmaga się z alkoholizmem i uzależnieniem od narkotyków. Dawno temu utracił kontakt z dorastającym, zamkniętym w sobie synem Matthew, który ucieka mu z terapii i trafia w nocy w parku na ekscentryczną, wytatuowaną parę szukającą nowych doznań…
Niespełnienie, życiowe błędy, wewnętrzna pustka, zawieszenie w próżni niedoskonałej tymczasowości całkowicie pozbawionej zakorzenienia w głębszych wartościach – opowieść o pogubionych w chaosie współczesnego życia nowojorczykach rozwija się powoli i niespiesznie. Na ekranie właściwie niewiele się tu dzieje, a prawdę o bohaterach i ich wewnętrznym życiu poznajemy nie tyle z wydarzeń, ile z niegłupich, pomysłowych i czasami zaskakujących dialogów. Imperioli w swym podpatrywaniu życia inspiruje się filmami Johna Cassavetesa, stara się niemal paradokumentalnie towarzyszyć swoim bohaterom w ich codzienności – dlatego też film został nakręcony na cyfrze i przy naturalnym oświetleniu, co początkowo przeszkadza, bo zamiast realizmu wywołuje raczej wrażenie sztuczności, ale potem, w miarę rozwoju akcji, można się do tych zabiegów przyzwyczaić. Debiutujący twórca zatrudnił przede wszystkim swoich znajomych z „Rodziny Soprano” – spośród wyrównanej obsady najbardziej przypadł mi do gustu Steve Schirripa jako znękany i zamknięty w egzystencjalnej pułapce bez wyjścia nieudolny weekendowy ojciec oraz Aunjanue Ellis, czyli asertywna, pogodzona ze sobą Nadia. Podsumowując – można obejrzeć, a tych, którzy lubią taki rodzaj kina, czyli powolne, pozamainstreamowe opowieści o ludziach, „Głodne duchy” mogą zdecydowanie zaintrygować…





Oceń ten film na Filmaster.pl!