
„Gigantic” to sympatyczny, ciepły film z gatunku opowieści o „zwyczajnych – niezwyczajnych”. Grany przez Paula Dano Brian Weatherby pracuje jako sprzedawca łóżek, w wolnych chwilach odwiedza swego kumpla prowadzącego w laboratorium badania nad zachowaniem szczurów, stara się też poradzić sobie z niespodziewanym uczuciem do ekscentrycznej Harriet, zwanej Happy (jak zwykle urocza i bardzo niebieskooka Zooey Deschanel), córki równie oryginalnego klienta, bogatego przedsiębiorcy granego przez Johna Goodmana. Aha, chce jeszcze ze wszystkich sił zrealizować swoje marzenie – pragnie adoptować dziecko, koniecznie małą Chinkę, w czym kibicują mu dwaj bracia, z których jeden jest zaprzysięgłym mizoginem, oraz osiemdziesięcioletni lecz wciąż pełen werwy ojciec. Jakby tego było mało, naszego bohatera prześladuje tajemniczy, agresywny bezdomny o wyraźnie złych zamiarach…
Streszczenie fabuły brzmi nieco karkołomnie i automatycznie przywodzi na myśl modny obecnie trend udziwnionych na siłę opowieści o odmieńcach różnej maści. Film Matta Aseltona jest jednak całkowicie bezpretensjonalny, poprawia humor i oferuje całkiem sporą dawkę pozytywnych emocji. W zasadzie wszyscy bohaterowie są tu sympatyczni, troszczą się o siebie i dobrze sobie życzą, mają dobre intencje i zamierzenia. Nie ma jednak mowy o żadnym cukierkowym przesłodzeniu, jest po prostu słodko-gorzko, jak przystało na kino niezależne przyglądające się ludziom, nie patologiom. Całkiem jak w życiu, bo też ono okazuje się tu głównym tematem.
Czołówka pojawia się na tle przebierających nogami laboratoryjnych szczurów próbujących utrzymać się na powierzchni wody. Słowa przyjaciela Briana: „trzeba pływać” stają się swoistym mottem bohatera. Reżyser nie mówi nam wprawdzie nic nowego, ale mało odkrywcze prawdy wpisane w wyeksploatowany schemat niezależnego kina o odmieńcach potrafi podać w sposób sympatyczny i ujmujący, umie też wykreować przekonujące, „żywe” postacie (Happy, pozornie przebojowa, tak naprawdę jednak zagubiona i neurotyczna – w ogóle wydaje się, że para głównych bohaterów pomimo całej ich zabawności podszyta jest jakimś podskórnym, wyczuwalnym widmem depresji; stary ojciec Briana, którego nie opuszcza energia i poczucie humoru). Bezpretensjonalny, urokliwy, krzepiący film.





Oceń ten film na Filmaster.pl!
Za prawdę nie zgodzę się – film owszem, uroczy i bezpretensjonalny, ale o niczym. Jest zbyt dziwaczny (właśnie niepotrzebnie udziwniony), zbyt neurotyczny, ciągnie się jak guma i nie przekonuje. A wątek z bezdomnym to jedno wielkie WTF? MefistoCytuj
To mnie się w takim razie coś stało (może festiwalowy klimat tak zadziałał :) ), bo ja z zasady takich filmów, gdzie wszyscy są ekscentryczni i dziwni i jeszcze tym epatują, bardzo nie lubię (bo jest ich za dużo, szczególnie w kinie niezależnym i poprzez ten nadmiar to, co miało być oryginalne, automatycznie staje się schematyczne i banalne. Czy o niczym? I tak, i nie – według mnie o tym samym, o czym są komedie romantyczne, bo to też taki odwrócony schemat (łącznie z decyzjami obsadowymi, czyli absolutnie nie komromowymi Paulem Dano i Zooey Deschanel – właśnie, lubię ich, może dlatego zatem mi się podobało :) ) – co tam jest lukrowane i przewidywalne, tu nieprzewidywalne i stylizowane na szarą codzienność. „Gigantic” przypominał mi nieco „Zaufanie” Hala Hartleya, też o spotkaniu chłopaka i dziewczyny, pozornie niedopasowanych i – właśnie – „dziwnych”, niepotrafiących znaleźć sobie miejsca pośród swego otoczenia…
Ładny, sympatyczny film, oczywiście nie żadne arcydzieło, ale też i nie strata czasu – fajna, romantyczna scena na basenie, fajne, napisane z polotem dialogi i ta jakaś taka wyczuwalna nutka podskórnej melancholii
Bezdomny rzeczywiście niezbyt potrzebny, bo zbyt łopatologicznie-symboliczny – to po prostu metafora losu, wszystkich lęków i obsesji Briana, które tylko czekają, by go dopaść, a on walczy mniej lub bardziej skutecznie (a w końcu uwalnia się poprzez miłość, która daje siłę – no, to to już raczej banalne rzeczywiście i zbyt dosłowne:) )
Nawiasem mówiąc, chyba Cię widziałam :) (tak sądząc ze zdjęć) – seans niedzielny o 16:30? Marta Szelerska – CziczioCytuj
Cóż, jeśli idzie o te komedie romantyczne, to zdecydowanie został przynajmniej 500 razy przyćmiony przez pewne Summer :) Co do bezdomnego – alegoria oczywiście, ale zupełnie nie znajdująca odbicia w filmowej rzeczywistości, kompletnie skopany wątek. A każdy film oczywiście o czymś jest, sęk w tym, że ten był tak nijaki (szczególnie pod koniec) w swej akcji i zawiązaniu spraw, że to aż bolało, szczególnie że potencjał był. Bycie ładnym i sympatycznym niestety nie zawsze wystarcza. I tak, tenże seans :) MefistoCytuj
A co do Summer, to zdecydowanie wierzę (słyszało się to i owo) :)
Bezdomny był doczepiony tak trochę na siłę, bo też Brian wcale nie był takim klasycznym nieudacznikiem, raczej wyczuwało się, że ma dość silny charakter pomimo tego całego zagubienia (przynajmniej ja tak go odebrałam) i rzeczywiście ten wątek jego zmagań z losem był ledwie zarysowany (w tym sensie, że nie było jakichś specjalnych trudności do pokonania, które wymagałyby konkretnych reakcji ze strony bohatera, raczej wszystko działo się w pewnym sensie samo), wyszedł z tego raczej film scenek, obserwacji niż konkretnej, składnej fabuły. Mnie się podobało, pozostawiło po seansie dobry humor itd. , choć absolutnie nie twierdzę, że to arcydzieło, to po prostu film, który przy odpowiednim nastroju może się podobać, choć raczej rozumiem Twoje zarzuty… Marta Szelerska – CziczioCytuj