 |
Grand Prix NESCAFÉ - „Przepraszam za kung-fu” reż. Ognjen Sviličić, Chorwacja |
W tym roku po raz pierwszy uczestniczyłam w niedawno zakończonym Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. Myśląc o ogólnych wrażeniach nie mogę opędzić się od porównań z tegorocznym festiwalem Era Nowe Horyzonty, który wygrywa na prawie każdym polu. A przynajmniej wygrywał, gdyż piszę te słowa tuż po opublikowaniu wiadomości o przeniesieniu festiwalu do Wrocławia.
Po pierwsze, jeśli chodzi o repertuar, to w Warszawie brakowało mi filmów mocnych i kontrowersyjnych, ale także kontemplacyjnych. Przychodzą mi do głowy takie tytuły z Cieszyna jak „Wielka ekstaza Roberta Carmichaela”, „Dziura w sercu”, „13 jezior” czy „Cafe Lumiere”. Mogłabym tutaj wymienić właściwie wszystkie filmy konkursowe, gdyż każdy z nich był oryginalny i wszystkie one podążały w kierunku przeróżnych filmowych ekstremów. Dzieła prezentowane w Warszawie w porównaniu do nowohoryzontowego zestawienia sprawiają bardzo „mainstreamowe” wrażenie. Będąc na kilkunastu seansach nie trafiłam na radykalne eksperymenty ani z formą ani z treścią. Choć nie zabrakło tytułów ciekawych.
 |
Nagroda Cinemax za Najlepszy Scenariusz – „Oskarżony” scenariusz Kim Fupz Aakeson, reż. Jacob Thuesen, Dania |
Po drugie, nieco rozczarował mnie festiwalowy klimat (a raczej jego brak), który tak naprawdę czułam tylko stojąc (i siedząc) prawie dwie godziny w kolejce w Empiku, by złożyć zamówienie na bilety. Choć brak rezerwacji przez Internet uważam za sporą niedogodność, to właśnie wtedy odniosłam wrażenie, które na ENH towarzyszyło nam cały czas, że jestem częścią filmowego święta. Bilety można było kupić w kinach także przed seansami, a Warszawa to duże miasto i nie trzeba specjalnie jechać kilka godzin pociągiem i załatwiać sobie noclegi, żeby chodzić na festiwalowe pokazy, więc nie trudno o przypadkową widownię. Sporo osób chodzi na jeden lub dwa pokazy, rzadko spotyka się kilka razy te same twarze wśród widzów (nie mówiąc już o ulicach, co jest oczywiście prawie niemożliwe, a w Cieszynie byliśmy prawie wyłącznie my, festiwalowicze?). To wszystko nie sprzyja festiwalowej atmosferze. Wręcz przeciwnie, szybko straciłam to poczucie wyjątkowości wydarzenia. Po seansach często w ogóle nie było braw (dla kogoś, kto nigdy nie był na festiwalu to pewnie żaden mankament, ale w Cieszynie dzielenie się w ten sposób swoimi uczuciami w stosunku do filmu okazało się fajną zabawą, dającą nawet pewnego rodzaju satysfakcję, no i wzmacniało swoiste więzy między widzami), za to kilkakrotnie zdarzyło mi się siedzieć obok osób co i rusz świecących komórkami (z nudów?) i piszących smsy w trakcie filmu.
 |
Nagroda publiczności – „Jabłka Adama” reż. Anders Thomas Jensen, Dania |
Trzecia sprawa, na którą zwróciłam uwagę, ponownie wyłącznie przez porównanie z ENH, to drobne sprawy organizacyjne typu ulotka z programem (niewygodny format, mała przejrzystość, brak rozróżnienia poszczególnych cykli – publiczność zresztą przyznawała noty wszystkim filmom) czy program w formie katalogu, który nie przydał mi się prawie do niczego, częściej korzystałam z serwisu imdb.com.
Ale dosyć narzekania. Najważniejsze, że nie żałuję prawie żadnego seansu, wszystkie festiwalowe filmy były w jakiś sposób ciekawe i mimo wszystko inne od tego, co możemy oglądać na ekranach naszych kin na co dzień. Nie bez znaczenia był też dla mnie fakt, że z mojego domu do każdego z festiwalowych kina było mniej niż 20 minut drogi, a komfort oglądania (ekrany, fotele, nagłośnienie) lata świetlne wyprzedzający ten z ENH.
A teraz kilka słów o każdym z filmów, jakie widziałam w ramach 21. Międzynarodowego Warszawskiego Festiwalu Filmowego.
Nocna zmiana/Nochnoy prodavets
reż. Valery Rozhnov
Rosja 2005, 85. min.
|
W mieście grasuje maniakalny morderca, który zakuwa swe ofiary w kajdanki i wypruwa im wnętrzności. Najbardziej aktywny jest w deszczowe noce. I właśnie w taką noc główny bohater filmu, student, ma „dyżur” w sklepie całodobowym.
„Nocna zmiana” to czarna komedia będąca pastiszem współczesnego kina, wykorzystująca jego popularne motywy. Rozhnov to nie Tarantino, ale nieźle sobie radzi bawiąc się konwencją i sprawia, że schematy nabierają oryginalności.
Na pozytywną ocenę filmu z pewnością ma także wpływ aktorstwo. Reżyserowi udało się skompletować bardzo udaną obsadę, w skład której wchodzi kilka znanych w Rosi nazwisk. Co więcej, aktorów w większości obsadzono wbrew ich dotychczasowemu emploi – tego jednak jako widz mało znający rosyjskie kino (bo i niestety skąd?) nie mogłam docenić. Bez problemu natomiast doceniłam świetną muzykę podkreślającą specyficzny klimat filmu. Jej autorami są muzycy z Billy’s Band – tria z Petersburga zainspirowanego twórczością Toma Waitsa i grającego m.in. covery jego utworów.
Choć momentami widać brak doświadczenia debiutującego reżysera, to nie można mu jednak odmówić potencjału. „Nocna zmiana” jest kinem uniwersalnym i chociaż jest tutaj obecny rosyjski duch, to mi same nasuwały się skojarzenia z filmami wspomnianego już Tarantino czy Kevina Smitha. Także dlatego, że ten obraz to głównie zabawa konwencjami mająca na celu wyłącznie zapewnienie publiczności rozrywki.
Gnijąca panna młoda Tima Burtona /Tim Burton’s Corpse Bride
reż. Tim Burton, Mike Johnson
Wielka Brytania 2005, 76 min.
|
Czy można złamać serce, które przestało bić? Czy trup może być seksowny? Czy świat umarłych nie może być wesoły? U Burtona wszystko jest możliwe. Znakomity film łączący klasykę z popkulturą w niepowtarzalnym burtonowskim stylu. Więcej w mojej recenzji na stronie.
Po pierwszym pokazie, na którym byłam, bilety na dwa pozostałe rozeszły się z szybkością nadświetlną! Dałam „Gnijącej pannie młodej” notę maksymalną, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to film festiwalowy. Wszyscy jednak byli zadowoleni, że udało się nam obejrzeć najnowsze dzieło Burtona trzy tygodnie przed jego polską premierą i za to jesteśmy wdzięczni organizatorom festiwalu. :)
Swobodni jeźdźcy, wściekłe byki/Easy Riders, Raging Bulls
reż. Ken Bowser
USA 2003, 119 min.
|
Dokument na podstawie książki Petera Beskinda. Podtytuł filmu brzmi: „Jak pokolenie sexu, narkotyków i rock’n’rolla uratowało Hollywood”. Reżyser Kenneth Bowser opowiada o amerykańskim kinie lat 70., kiedy to wielkie studia podupadły, gdyż ich widownia dorosła, znudziła się oglądaniem w kółko tego samego, a przede wszystkim została odciągnięta z kin przez telewizję. Amerykański przemysł filmowy uratowali wtedy młodzi, utalentowani ludzie, którzy złamali stary hollywoodzki system i sprawili, że gwiazdami filmów zostali ich reżyserzy, wreszcie tworzący autorskie, nieszablonowe projekty. Tak powstało Nowe Hollywood.
Na film składają się fragmenty wywiadów i inne materiały filmowe zarówno współczesne, jak i z tamtych lat. Nie sposób wymienić wszystkich znanych nazwisk, które się przewijają przez ekran, ale wspomnę choćby o takich osobistościach jak Peter Fonda, Roman Polański, Roger Corman, Sam Peckinpah, Laszko Kovacs, Francis Ford Coppola, Robert De Niro i wielu, wielu (naprawdę całe mnóstwo) innych.
Bowser opowiada także o początkach Nowej Przygody i, co bardzo przypadło mi do gustu, nie pokazuje tego fenomenu jednostronnie jako zniszczenia prawdziwego kina przez konie trojańskie pod postaciami Spielberga i Lucasa, ale pokazuje także, że Ci wielcy po części sami sobie byli winni. Chociaż ci dwaj filmowcy tworzyli kino klasy B, to jednak najwyższych lotów, a prawdziwą przyczyną dominacji kina komercyjnego stały się box office’y, czyli pieniądze i zachłanność wytwórni.
Szkoda, że kino Luna dostarczyło widzom dodatkowych atrakcji pod postacią drgającego obrazu, a po pewnym czasie oglądanie tego filmu stało się po prostu fizycznie męczące. Chętnie obejrzałabym go jeszcze raz w bardziej sprzyjających warunkach, bo to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się kinem tamtych lat. Na razie planuję zapolować na książkę Beskinda, w której można znaleźć jeszcze więcej niż w obrazie Bowsera historii, ciekawostek (w tym i pikantnych) i wywiadów.
Nie wracaj w te strony/Don’t Come Knocking
reż. Wim Wenders
Niemcy, USA 2005, 122 min.
|
Muszę się niestety przyłączyć do dosyć sporego chóru osób, którym najnowsze dzieło Wendersa podobało się średnio. Proste, aż za łatwe do rozszyfrowania symbole sprawiają, że wszelkie interpretacje, czy to dotyczące zderzenia tradycji z nowym, czy wartości rodzinnych i poszukiwania swego miejsca w życiu, stają się oczywiste i zwyczajnie banalne. Jak chyba wszyscy lubię filmy, które wywołują we mnie jakieś emocje – ten oglądałam prawie całkiem na zimno – sztuczność historii sprawiła, że nie potrafiłam się w nią wczuć. Początek był wprawdzie ciekawy i mnie zaintrygował, ale wszelkie napięcie szybko poszło w niepamięć. Bardzo mnie drażniła rola Gabriela Manna - miotał się bardzo energicznie, ale zupełnie nieprzekonująco. Jego bohater prezentował się wiarygodnie tylko na scenie.
Na dodatek niedawno oglądaliśmy dużo lepsze „Broken Flowers” Jarmuscha, poruszające podobną tematykę.
Buty nieboszczyka/Dead Man’s Shoes
reż. Shane Meadows
Wielka Brytania 2004, 90 min.
|
Historia jest prosta: były żołnierz (Paddy Considine, współautor scenariusza, znany nam np. z „Lata miłości” Pawlikowskiego) wraca do rodzinnego, małego miasteczka, by zemścić się na miejscowych zbirach, którzy gnębili jego umysłowo niedorozwiniętego brata.
Film ma bardzo angielski klimat (a to lubię), dobre zdjęcia i muzykę. Twórcom udało się znakomicie oddać atmosferę małego brytyjskiego miasteczka. Film jest dość brutalny, ale wszystkie sceny tego typu są jak najbardziej uzasadnione. Przedstawiona historia jest ciekawa, choć miejscami jej dramatyzm wydaje się przesadzony. To wina głównie dialogów, a niestety te najbardziej sztywne trafiły się Considine’owi, którego bardzo cenię. Dobrze przynajmniej, że w jego oczach widać było to „coś”.
Świetnie natomiast napisane i zagrane są postacie prześladowców zmieniających się w ofiary. To tacy ubodzy chłopcy z ferajny, którym wydaje się, że są królami świata, ale nie zdają sobie sprawy z tego, jak ten ich świat jest ograniczony. Niczym prawdziwi gangsterzy mają ściśle określoną hierarchię i starają się chłodno i cynicznie podchodzić do tego, co się dzieje. Tak naprawdę to tylko paru prostych chłopaków bawiących się w twardzieli. To na nich oraz na klimacie osaczenia, a czasami wręcz grozy opiera się cała wiarygodność obrazu, który mógłby być naprawdę świetny, gdyby nie kilka przeszarżowanych scenariuszowo scen z finałem na czele.
Kierowca Wiery/Voditel dlya Very
reż. Paweł Czuchraj
Rosja, Ukraina 2004, 105 min.
|
Związek Radziecki, 1962 rok. Młody żołnierz, sierota, Wiktor, zostaje przeniesiony na Krym, gdzie ma zostać kierowcą generała Serowa. Szybko okazuje się, że w równym stopniu co generałowi, ma służyć jego córce, kalekiej i nieszczęśliwej Wierze, która jest w ciąży z przypadkowym mężczyzną. Narcystyczny Wiktor szybko znajduje wielbicielkę w osobie uwodzicielskiej służącej Lidy. Wątek romansowy rozwija się równolegle z kryminalno–thrillerowym wątkiem dotyczącym generała, wmieszanego w rozgrywki o władzę z udziałem dowództwa armii i KGB.
Pomimo elementów wielu gatunków, fabuła filmu nie jest skomplikowana. Jednak bohaterowie, ich charaktery, ambicje i rozterki sprawiają, że mamy do czynienia z udanym dramatem poruszającym problemy odpowiedzialności, lojalności, moralności i poświęcenia. Gdzieś w tle reżyser subtelnie pyta także o związek między wewnętrznym i zewnętrznym pięknem. A skoro mowa o pięknie, to wspomnę też o znakomitych zdjęciach. Krym w obiektywie Igora Klebanowa jest zachwycająco słoneczny i wakacyjny. Sprzyja to budowie klimatu filmu, który momentami, choć pełen napięcia i przesiąknięty przeczuciem nieuchronnej tragedii, bywa oniryczny.
Niektórzy zarzucają dziełu Czuchraja wtórność względem innych rosyjskich obrazów. Dla mnie mogą to być najwyżej porównania, których źródłem jest po prostu charakterystyczna „rosyjskość” obecna w „Kierowcy Wiery”. Trudno ująć mi ją w słowa, gdyż jest zazwyczaj ukryta nie tylko w tematach, ale przede wszystkim w atmosferze filmu. Buduje ją właśnie m.in. nieuchronność tragedii, cały czas wisząca w powietrzu, prawie teatralna dramatyczność uczuć i wyborów, charakterystyczne, wypływające z historii i kultury Rosji motywy i wiele innych.
Znakomite w tym filmie jest także aktorstwo. Największe wrażenie zrobił na mnie dobrze nam znany Bohdan Stupka w roli generała Serowa, ale świetni są także Helena Babinko jako Wiera, Igor Petrenko jako Wiktor, Andrei Panin jako adiutant generała Sawielijew i Yekaterina Yudina w roli Lidy.
Płaczący wiatr/Fuon
reż. Yoichi Higashi
Japonia 2004, 106 min.
|
Film na motywach dwóch opowiadań uznanego pisarza japońskiego Shun Medorumy przedstawia historie mieszkańców małej wioski u wybrzeży Okinawy. Na klifie, na samym brzegu oceanu, znajduje się czaszka pilota kamikaze z czasów II Wojny Światowej, traktowana przez mieszkańców niczym opiekuńcze bóstwo. Kiedy wiatr wieje przez dziurę po kuli w czaszce, słychać specyficzny dźwięk.
Jednym z bohaterów jest siedemdziesięcioletni rybak, który wraz z ojcem znalazł wspomnianego kamikaze i pochował go. Jeden z mieszkańców wioski przyprowadza do niego kobietę, która od lat poszukuje wiadomości o ukochanym, zaginionym w czasie wojny. Starsza pani chce sprawdzić, czy tajemnicza czaszka może należeć właśnie do niego.
Rybak mieszka z wnukiem Akirą, który zaprzyjaźnia się z nowo przybyłym do wioski dziesięcioletnim Masashi, którego matka uciekła właśnie przed brutalnym mężem i szuka wytchnienia w swej rodzinnej wiosce.
Scenariusz filmu napisał sam Medoruma. Muszę przyznać, że bardzo zręcznie przeplótł wątki swych dwóch opowiadań tak, że razem tworzą spójną, klimatyczną całość. Jedna historia jest bardziej dramatyczna, druga bardziej nostalgiczna, ale obie są równie ciekawe. Całości dopełnia wątek przedstawiający tylko dzieci – w nim znajdziemy akcenty humorystyczne, ale w obrazie nie brakuje także elementów brutalnych, naturalistycznych i romantycznych. „Płaczący wiatr” nie zachwycił mnie, choć to niezły film.
Delwende
reż. S. Pierre Yameogo
Burkina Faso, Szwajcaria, Francja 2004, 89 min.
|
Nie mogłam nie wybrać się na film z Afryki, bo rzadko można u nas takowe obejrzeć.
W niewielkiej wiosce umiera kilka osób. Z pomocą tradycyjnego rytuału mieszkańcy odnajdują osobę „odpowiedzialną” za te zgony. To kobieta w średnim wieku, Nokopo, która zostaje oskarżona o czary i natychmiast musi opuścić wioskę. Jej córka, zdecydowana, mocno stąpająca po ziemi dziewczyna, która niedawno stała się ofiarą gwałtu, postanawia odnaleźć Nokopo, sprowadzić ją z powrotem i, jak mówi, zmienić zabobonną tradycję.
Film ma kiepskie dialogi i jest fatalnie zagrany (aktorstwo trochę jak w szkolnych przedstawieniach, czasami tak sztuczne, że aż zabawne), ale znakomicie sprawdza się, gdy potraktować go jako dokument pokazujący mistyczne zwyczaje, zabobony i funkcjonowanie patriarchalnej społeczności. Z tego powodu warto go zobaczyć.
Jabłka Adama/Adam’s abler
reż. Anders Thomas Jensen
Dania 2005, 94 min.
|
Zwycięzca nagrody publiczności, za co z całego serca trzymałam kciuki podczas trwania festiwalu, gdyż to zdecydowanie najlepszy film, jaki na nim widziałam. Obraz ten jest duńskim kandydatem do Oscara i moim zdaniem nominacja jest pewna.
Ta nieco czarna komedia opowiada historię Adama Pedersena, neonazisty, który właśnie wyszedł z więzienia. Zostaje przekazany pod opiekę Pastora Ivana i zamieszkuje na plebani wraz z dwoma innymi równie, a może nawet jeszcze bardziej, zakręconymi podopiecznymi duchownego. Największym dziwakiem okazuje się jednak Ivan, który absolutnie odmawia otwarcia oczu na zło i patrzy na świat przez wyjątkowe różowe okulary. Adam postanawia go złamać.
Nie pamiętam, kiedy wcześniej zdarzyło mi się w kinie śmiać i płakać jednocześnie, a podczas projekcji „Jabłek Adama” zdarzyło mi się to kilkakrotnie! Film jest naprawdę zabawny, a zarówno humor jak i fabuła balansują bardzo blisko granic absurdu i wiarygodności. Do tego reżyser serwuje nam kilka naprawdę poruszających scen, a wszystko to w niepoprawnym politycznie sosie. Jednak ta niepoprawność polityczna podana jest w tak... uroczy sposób, że chyba nikt nie może się poczuć urażony. Czegoś takiego jeszcze w kinie nie widziałam.
Niektórzy nazywają ten film religijnym. Oczywiście można go interpretować w ten sposób, dla mnie jednak jest to w sumie opowieść o niezwykłości życia, o tym, jak niezwykle i niespodziewanie może się ono ułożyć i że zdarzają się w nim cuda niezależnie od tego, czy uznajemy je za dzieło Boga czy za niesamowite przypadki.
Bohaterowie tej historii są... niezwykli (nic na to nie poradzę, to słowo ciśnie mi się pod palce w związku z każdym aspektem tego filmu!) i wszyscy bez wyjątku znakomicie pokazani przez odtwarzających ich aktorów. Do tego dobra muzyka i świetne zdjęcia. „Jabłka Adama” z miejsca wskakują na listę moich ulubionych filmów (choć podobno powtarza wiele z krótkometrażowych filmów Jensena, za które był nominowany do Oscara trzy razy z rzędu, a raz wygrał). Jeśli w związku z nagrodą publiczności dzieło to doczeka się dystrybucji w Polsce, KONIECZNIE musicie je zobaczyć!
36/ 36 quai des orfevres
reż. Olivier Marchal
Francja 2004, 110 min.
|
Nie podobał mi się ten film. Być może dlatego, że wcale nie miałam go oglądać. Otóż połowa filmu „Dead Fish”, który był wtedy zaplanowany... zgubiła się gdzieś między Ameryką a Europą! Organizatorzy nie zaserwowali nam w zamian filmu festiwalowego tylko właśnie „36” , którego premiera przewidziana jest na grudzień. Można było odebrać pieniądze za zakupione wcześniej bilety, ale postanowiłam zaufać organizatorom festiwalu i zawiodłam się, choć nie tak jak Ci, którzy opuszczali salę w różnych momentach trwania filmu.
Akcja „36” rozgrywa się w Paryżu, gdzie pewien gang od dłuższego czasu bezkarnie napada na furgonetki przewożące spore sumy pieniędzy. Chrapkę na rozpracowanie gangu ma dwóch policjantów: dowódca komórki do walki ze zorganizowaną przestępczością Leo Vrinks (Daniel Auteil) oraz szef brygady antyterrorystycznej Denis Klein (Gerard Depardieu). Ten, któremu ta sztuka się uda, ma zostać nowym komendantem.
Intryga jest wielowątkowa, czasami trochę zbyt spiętrzona. Bohaterowie często wypowiadający patetyczne, zbyt teatralne dialogi, nie wydali mi się wiarygodni. Emocji znalazłam w tym filmie jak na lekarstwo, z napięciem też nie jest najlepiej. Ciekawie zapowiadał się konflikt dwóch bohaterów, a przede wszystkim brak jednoznacznego czarno-białego podziału moralnego. Jakoś to jednak do mnie nie przemówiło.
Pierwsi na Księżycu/Perviyje na lune
reż. Aleksey Fedorchenko
Rosja 2005, 75 min.
|
Czarno–biały paradodokument opowiadający tajemniczą i tragiczną historię pierwszego lądowania na księżycu, którego dokonali kosmonauci... radzieccy w 1938 r.
Nie mogę się powstrzymać przed porównaniami z francuskim „Opération lune” (znanym także pod tytułem „Dark Side of the Moon”), który opowiadał o tym, jak to Amerykanie na wypadek nieudanego lądowania na księżycu, przygotowywali sfingowany film pod kierownictwem samego Kubricka. Świetne w tym obrazie było to, że (oprócz wplecionych archiwalnych zdjęć Kubricka czy Nixona) występowały w nim takie osoby jak żona Kubricka, a nawet Donald Rumsfeld czy Henry Kissinger. W „Pierwszych ludziach na księżycu” mam dla odmiany wspaniałe „archiwalne” zdjęcia z lat 30., z dźwiękiem odpowiednio zniekształconym i w propagandowym tonie, przypominającym naszą „Kronikę filmową”. Przyznam, że do tej pory nie jestem przekonana, czy część z nich nie była autentyczna. :)
W filmie Fedorchenki jest jednak coś więcej niż świetna forma i znakomita zabawa. Wprawdzie śmiejemy się, gdy jeden z bohaterów mówi: „Wszystko tutaj zostało sfilmowane, więc wydarzyło się naprawdę.”, ale nie jest to już takie zabawne, gdy przypomnimy sobie, jak u nas filmy służyły propagandzie. Poza tym gdzieś pod całą tą zabawową otoczką poznajemy, wprawdzie zmyśloną, ale wciąż na swój sposób tragiczną historię ludzi, którzy stali się ofiarami chęci udowodnienia za wszelką cenę wielkości Związku Radzieckiego. Hasło reklamowe filmu: „Jesteśmy pierwsi. ZSRR.” - jest śmieszne, ale ma i drugie dno.
To przesłanie jest jednak bardzo subtelne, a „Pierwsi na Księżycu” to przede wszystkim świetna rozrywka.
Skrzat/Skrítek
reż. Tomás Vorel
Czechy 2005, 90 min.
|
Fabuła tego filmu jest prosta: poznajemy najzwyklejszą w świecie rodzinę, jakich wiele też u nas, mieszkającą w starej kamienicy i mającą problemy jak wszyscy inni. Tak absurdalnego filmu dawno nie widziałam. Formę ma on doprawdy niezwykłą - przypomina nieme kino i slapstickowe komedie, a nawet trochę... kreskówki. Nie ma dialogów, są natomiast dźwięki brzmiące jak mowa w przyspieszonym tempie, wiele komunikujące samą intonacją. Gra aktorów (zresztą świetna) jest dopasowana do tej formy, przejaskrawiona i bardzo zabawna.
Jednak, pomimo, że cenię sobie bardzo ironię i absurdalny humor, to ich odmiana prezentowana w tym konkretnym przypadku, nie do końca do mnie trafiła. Bawiła mnie prawie wyłącznie forma, a treść tylko sporadycznie. A jaką rolę pełnił w filmie tytułowy skrzat, nie wiem do tej pory.
Jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć „Skrzata”, przed seansem polecam posiłek wyłącznie wegetariański! ;)
Dead Fish
reż. Charley Stadler
Wielka Brytania, Niemcy 2004
|
W końcu druga połowa tego filmu doleciała do Warszawy i udało się nam obejrzeć „Dead Fish” na dodatkowych pokazach.
Czarna komedia sensacyjna. Głównym bohaterem jest mieszkający w Londynie młody Amerykanin, Abe, który ma zdecydowanie zły dzień. Jego dziewczyna oznajmia mu, że jest w ciąży i choć go kocha to wyjeżdża, ponieważ chłopak jest niedojrzały i nieodpowiedzialny. Stuknięty gangsterzyna rząda natychmiastowego zwrotu długu, a przypadek sprawia, że dochodzi do zamiany telefonów komórkowych Abe’a i... płatnego zabójcy. A to dopiero początek...
Bardzo chciałam zobaczyć ten film ze względu na znakomitą obsadę, m.in.: Gary Oldman, Terence Stamp, Robert Carlyle, Billy Zane. Niestety rozczarowałam się. Film wydał mi się sztuczny i na siłę "luzacki", a przypominał mało udane skrzyżowanie "Human Traffic" i "Przekrętu". Zdaje się, że grupą docelową reżysera są tzw. clubbersi.
Dzielnica/Nyócker
reż. Áron Gauder
Węgry 2004, 87 min.
|
Takiej animacji jeszcze nie widzieliście! Po pierwsze – technika. Zrobiono mnóstwo zdjęć twarzy aktorów i przypadkowych osób tak, żeby można było pokazać różne emocje postaci, a następnie „kolorowano” je, natomiast ciała bohaterów są już tylko rysowane. Po drugie – fabuła. Punktem wyjścia jest historia bazująca na „Romeo i Julii”, potem opowieść przekształca się w historię rodem z science–fiction, z podróżowaniem w czasie do zamierzchłych czasów włącznie. W finale twórcy komentują natomiast bieżące wydarzenia polityczne! Całość okraszono piosenkami, w których postacie... rapują. Do tego wszystkiego dodać jeszcze należy brak politycznej poprawności Szkoda tylko, że polskie napisy były kompletnie niezsynchronizowane z obrazem, a obecność także napisów angielskich uświadomiła mi, że chyba żadne z tych dwóch tłumaczeń nie było dobre i dlatego starałam się czytać i jedne i drugie. W rezultacie z kina wyszłam z bólem głowy, ale zadowolona. Na spotkaniu po seansie reżyser powiedział, że jest polski dystrybutor tego filmu! Jego angielski był jednak na tyle słaby, że nie uwierzę, dopóki nie zobaczę.
Na 21. Międzynarodowym Warszawskim Festiwalu Filmowym odbył się także po raz pierwszy konkurs Nokia Mobile Movie Competition, na którym zaprezentowano osiem około jednominutowych filmów nakręconych za pomocą... telefonów komórkowych. Filmiki można obejrzeć na stronie http://www.nokia.com.pl/filmy. Polecam! Powstało kilka ciekawych filmów (m.in. Jacka Borcucha czy Grzegorza Lipca), najbardziej podobał mi się zwycięzca nagrody publiczności, czyli „Warszawa” Wojtka Smarzowskiego.
Kończę tradycyjnie – do zobaczenia za rok!
Autor : Anna Adamczak - Gilderoy
Skomentuj relację :
|