Moje Orły

Przemysław Murzyn - Stark

Na skrzydłach orłów

<<< menu >>>


Tekst zawiera spoilery!!!

Moje pierwsze zetknięcie z Orłami miało miejsce dobrych kilkanaście lat temu, mniej więcej na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wtedy to czas przełomu następował nie tylko na wielką skalę w Polsce, ale i w Katowicach, gdzie dla pewnego małego chłopca, świat kina nie był już taki jak wcześniej. Pamiętam, że ojciec, któregoś razu wspomniał, że na „jedynce” wyemitowany zostanie fajny film wojenny, który warto byłoby nagrać. Przytaknąłem odruchowo i chwilę później o tym zapomniałem. Ojciec jak zapowiedział, tak zrobił. Film nagrał, a kaseta została oznaczona symbolem A5 (szczerze mówiąc, nigdy nie dowiedziałem się według jakiego klucza były oznaczane nasze kasety video) Parę dni później podczas wizyty na dziadkowych imieninach zapytał mnie ojciec mego ojca czy oglądałem „Tylko dla orłów” wyświetlane w telewizji parę dni wcześniej. Gdy zaprzeczyłem, zasmucił się nieco dziadek żałując, gdyż było tam bardzo wiernie odwzorowane umundurowanie nazistowskie, i już abstrahując od tego, że to po prostu dobre kino, choćby dlatego, w celach niejako edukacyjnych, warto było zobaczyć „Tylko dla orłów”. Wtedy już poczułem się nieco zaintrygowany. Druga osoba wspomina, że warto – dziadek, ojciec, więc według wszelkich reguł także i synowi powinno się spodobać. Przyrzekłem sobie, że przy najbliższej okazji dam Orłom szansę.

Jak się później okazało, na okazję przyszło mi trochę poczekać. Zawsze znalazło się coś ciekawszego do roboty - wolałem zagrać w piłkę z kumplami, pojeździć na rowerze czy pobić się z bratem. Nadeszła jednak zima a mnie złapała tradycyjna coroczna grypa. Dostałem zwolnienie ze szkoły na tydzień. A jako, że rodzice pracowali, przez ponad pół dnia musiałem siedzieć sam w domu i jakoś sobie radzić. Jak nietrudno się domyślić, nuda dopadała mnie dość szybko, więc oglądałem różne nagrane rzeczy na video, nawet takie, które nieszczególnie mnie interesowały. Jednak szybko przypomniałem sobie o kasecie A5, wyjąłem ją z pudełka i włożyłem do magnetowidu marki Sanyo. Wtedy się zaczęło.

Pamiętam, że od razu zwróciłem uwagę na muzykę. Podobnie jak nadlatujący z oddali Junkers Ju-52 w pierwszych scenach filmu, także ona swoim majestatem momentalnie przyciągnęła moją uwagę. Chwilę później padają słowa: „Nasz człowiek został zestrzelony o 2 nad ranem...”. Pomyślałem sobie - „Znakomicie, nie będzie przydługiego wstępu i od razu przechodzimy do akcji.” Właśnie z powodu braku właściwej akcji, na początku nie przekonałem się do „Parszywej dwunastki”. Nie mogłem doczekać się aż zakończą się te wszystkie szkolenia i więźniowie zostaną wysłani w prawdziwy bój. Na szczęście szybko doceniłem pozostałe walory filmu Aldricha i dziś jest on także jednym z moich ulubionych. Wracając jednak do Orłów, ucieszyłem się widząc na ekranie znajome i lubiane twarze. Richarda Burtona kojarzyłem przede wszystkim z widzianej jakiś czas wcześniej „Kleopatry” gdzie w roli Marka Antoniusza partnerował Elizabeth Taylor. Clint Eastwood z kolei już wtedy był jednym z moich ulubieńców zwłaszcza za parę westernów i „Złoto dla zuchwałych”. Reszta przynajmniej na razie pozostawała dla mnie anonimowa. Dopiero wiele lat później, już w dobie internetu, dowiedziałem się więcej o odtwórcach pozostałych ról.

Panowie tymczasem wylądowali a tu żadnych Niemców wkoło. Tylko góry, ciemno, zimno, zawieje i zamiecie śnieżne.

Ciekawostka: Spora część filmu dzieje się w nocy lub nad ranem, tymczasem zdjęcia były kręcone wyłącznie w dzień. Ekipa filmująca stosowała specjalne filtry, co powodowało, że obraz dawał złudzenie jakby akcja działa się w półmroku.

Akcja rozwijała się dosyć długo, ale w tym przypadku nie było to dla mnie żadną wadą. Można było dokładniej poznać bohaterów, zacząć już podejrzewać co i jak. Zwróciłem też uwagę na jedno klimatyczne ujęcie, gdy zza towarowego pociągu wyłaniają się komandosi i w półmroku przemykają po obrzeżach Werfen.

Ciekawostka: Po latach, gdy dorwałem 'Orły' na DVD, zauważyłem, że w tamtej scenie, przechodząc obok jednego z budynków, w szybie odbijają się sylwetki kilku czy kilkunastu postaci. Niemcy to być nie mogli, bo wtedy z naszych komandosów pozostałaby krwawa miazga, zatem kto... duchy? Czy po prostu ekipa filmująca?

Po chwili docierają do gospody „Zum Wilden Hirsch”. A ja się zakochałem. W knajpie niemieckich żołnierzy obsługiwała Heidi Schmitt - „bawarska róża”, jak nazwał ją Smith. Ta piękna, uśmiechnięta dziewczyna od razu zdobyła me serce nie tylko urodą, ale jak się później okazało, także sprytem i przebiegłością. Ideał po prostu.

Ciekawostka: Wbrew temu, co przez długi czas myślałem, melodia jaką Smith gwiżdże Heidi pochodzi nie z wielkiego przeboju czasów wojny „Lili Marleen”, a z niemieckiej pieśni ludowej zatytułowanej „Lorelei”.

Także w karczmie „Pod Dzikim Jeleniem” po raz drugi pokazał się major von Hapen. Wcześniej mignął przez moment podczas powitania generała Rosemeyera w Schloss Adler. Na samym początku wykazał się niebywale eleganckimi manierami. O tym, że to wyjątkowo szarmancki w stosunku do kobiet człowiek przekonała się Mary - „tajna broń” Smitha, która działała niejako poza grupą i bez wiedzy większości jej członków. Ale wracając do majora Gestapo, pomimo całego szacunku jakim obdarował brytyjską agentkę, od razu w jego oczach wyczytałem głęboko ukrytą podejrzliwość. Do dziś nie wiem, czy von Hapen już wtedy wiedział, że coś jest nie tak, że Maria Schenk (tak przedstawiła się Mary) nie jest tym za kogo się podaje.

Później uwagę zwróciłem na słynną scenę w sali konferencyjnej, gdzie przy stole odkryto karty – kto jest kim i dla kogo pracuje. Zachwycił mnie popis aktorski Richarda Burtona, którego Smith z pewnością siebie graniczącą niemalże z brawurą, namieszał w głowach wszystkim... oprócz majora von Hapena, który w międzyczasie tam się pojawił. Prawdopodobnie mało kto zwrócił uwagę jak doskonale napięcie w tej scenie buduje muzyka Rona Goodwina. Głuche jakby nieco przytłumione uderzenia w kotły kojarzyć się mogą z przyspieszonym biciem serca. Wszyscy przy stole nerwy mają zszargane do granic możliwości. Nawet Schaffer pomimo pozornego spokoju przejawiał oznaki zdenerwowania. Jedynie nad wszystkim panujący Smith oraz major von Hapen, szczwany lis, zachowali zimną krew. Ależ żałuję, że nie rozbudowano jeszcze bardziej psychologicznego pojedynku między tymi dwoma. Nie zmienia to faktu, że te parę minut podczas których Smith stara się wmówić gestapowcowi, że siedzący przy stole planują przewrót w III Rzeszy to według mnie najlepsza scena mojego ulubionego filmu. Później lawina wydarzeń zaczyna przyspieszać. Smith zatrzymuje się między majorem Schafferem stojącym przy kominku a niemieckim oficerem.

Ciekawostka: Jeśli się dobrze przyjrzeć, widać na ścianie cień Schaffera wyjmującego pistolet.

Von Hapen syczy przez zaciśnięte zęby „Bring them here!” i Schaffer dopełnia dzieła (między innymi strzelając porucznik Anne Marie Kernitser w plecy, ale umówmy się – to w pierwszym rzędzie nazistka a dopiero później kobieta, więc wybaczamy mu). Podczas pierwszego seansu nie doceniłem wszystkich walorów tamtej sekwencji a tak naprawdę urzekła mnie jedna z kolejnych scen. Gdy Smith łączy się z niemieckiej radiostacji z centralą, drogę do niej osłania Morris Schaffer. Wtedy już całe Schloss Adler było postawione na nogi – do dziś nie mam zielonego pojęcia dlaczego Schaffer chciał zasztyletować radiooperatora zamiast po prostu zastrzelić go pistoletem wyposażonym w tłumik. Niemiec w najmniej oczekiwanym momencie wyłączył głośno grające radio, a pod butami Eastwooda jak na złość zaskrzypiała podłoga. Radiotelegrafista zdążył przed śmiercią uruchomić alarm odznaczający się jakże charakterystycznym dźwiękiem zwłaszcza dla filmów wojennych z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Ale wracając do Schaffera, cóż, był to dość nierozsądny ruch z jego strony, ale w innym przypadku prawdopodobnie nie ujrzelibyśmy sceny, która miała miejsce parę minut potem. Wyobraźcie sobie kilkunastu żołnierzy Wehrmachtu powoli zbliżających się wąskim korytarzem do miejsca gdzie włączono alarm. Dodajcie do tego Clinta, który moment wcześniej mruknął do Burtona „Mamy towarzystwo” tonem zupełnie nie odbiegającym od normy. I morderczy, sadystyczny niemal błysk w oczach. Tak, teraz dochodzę do wniosku, że może ten facet zrobił to celowo, specjalnie sprowokował Niemca, aby ten włączył syrenę, żeby sobie postrzelać po prostu. Wystarczy spojrzeć na Schaffera, na jego wzrok. Przecież jemu to sprawia przyjemność. A przy okazji także i widzowi, bo nie oszukujmy się, cóż może sprawić większą satysfakcję w kinie wojennym niż widok kilkunastu nazistów koszonych serią i padających jak muchy pod ogniem bohatera, któremu kibicujemy. A tak tu właśnie jest. Schaffer wychyla się zza rogu i pierwszą serią kładzie pięciu-sześciu żołnierzy wroga. Ci, którym udało się na chwilę gdzieś ukryć, niedługo cieszą się swoim szczęściem i pechem kolegów idących przed nimi. Schafferowi niestraszny jest nawet MG-42, który przytargali ze sobą Niemcy. Także obsługa tego ciężkiego karabinu maszynowego zostaje szybko i sprawnie zlikwidowana. Chwilę później Schaffer bierze do jednej ręki jeden MP – 38, do drugiej drugi i podwójnym ogniem zasypuje nazistów. Coś wspaniałego.

Ciekawostka: I pal licho, że w rzeczywistości strzelanie z dwóch pistoletów maszynowych byłoby niemożliwe, gdyż wymagałoby nadludzkiej siły.

To nie film dla tych, którzy szukają w kinie realizmu. Niemcy, widząc, że trafili na ostrego gracza, decydują się na użycie granatów, tych swoich charakterystycznych „tłuczków do kartofli”. Na poruczniku Schafferze nie robi to jednak najmniejszego wrażenia. Odrzuca Niemcom granaty, które wybuchają w najwłaściwszym momencie, czyli pod butami nazistów. Niestety ta klasycznie a jednocześnie porywająco zrealizowana strzelanina nie mogła trwać wiecznie, więc, gdy liczba granatów niebezpiecznie się zwiększyła, porucznik wycofał się i ukrył wraz z resztą zespołu w komórce znajdującej się w radiostacji. Prawdę mówiąc Niemcy zachowali się później wyjątkowo głupio, gdyż wyjrzeli tylko przez okno, za którym na linie, pozostawiony jakby na przynętę, wisiał Thomas, jeden z trzech zdrajców zdemaskowany wcześniej przez majora Smitha. Naziści zabili Thomasa i jak gdyby nigdy nic wyszli z pomieszczenia nie sprawdzając go dokładnie.

Ciekawostka: A jeszcze a propos Schaffera, wg autorów znakomitej witryny http://www.whereeaglesdare.com Clint Eastwood wcale nie zabija w tym filmie największej ilości wrogów w swojej karierze. Tu spod jego ręki pada 49 trupów, co daje „Tylko dla orłów” drugie miejsce. Zaszczytną pierwszą pozycję zajmuje 'Wyjęty spod prawa Josey Wales', w którym ginie 56 osób.

Teraz wypadałoby wspomnieć o, według wielu, najbardziej dramatycznej scenie w filmie. Walka na dachu wagoniku kolejki górskiej istotnie sprawia, że widz siedzi na krawędzi fotela, ale pamiętam, że w mojej pamięci zapisała się czym innym. W pewnym momencie Smith wbija Berkeley'owi czekan w ramię. Był to dla mnie najbrutalniejszy moment w filmie, i jeden z najbrutalniejszych jakie do tamtej pory w ogóle widziałem. Choć prym w tej kwestii wiodła wtedy scena dekapitacji z „Omena”. Wrażenie robiły także błagania o litość Christiansena (Berkeley i Christiansen to oprócz Thomasa dwaj pozostali zdrajcy). Wcielający się w tę rolę Donald Houston robił to tak przekonująco, że przez jakiś czas było mi go nawet żal, chciałem żeby przeżył, mimo że we wcześniejszej części filmu okazał się niezłym łajdakiem. Szybko jednak podczas następnych projekcji wyzbyłem się tej uciążliwej i niewskazanej empatii.

Ciekawostka: A sam pomysł z kolejką linową prowadzącą z zamku do miasteczka zainspirował także choćby twórców „Return to Castle Wolfenstein”, którzy bardzo podobny poziom umieścili w swojej grze.

Drugi i zarazem najdłuższy odcinek ucieczki ze Schloss Adler, bohaterowie zdecydowali się pokonać pięknym czerwonym autobusem z doczepionym pługiem. Droga miała prowadzić na lotnisko w Oberhausen oddalonym od Werfen o osiem kilometrów.

Ciekawostka: Przyznam szczerze, że sprawdziłem odległość między Werfen a wszystkimi Oberhausen w Bawarii i jak się okazuje, do najbliższego miasta o tej nazwie Smith i reszta kompanii mieli około 170 kilometrów. Tak więc chodziło o jakieś nieokreślone, wymyślone przez scenarzystę Oberhausen leżące w pobliżu Werfen. Podobne chwyty stosował choćby Jack Higgins, u którego jeżeli akcja rozgrywała się w małym niemieckim miasteczku, to zawsze nazywało się ono Neustadt.

Wracając jednak do ucieczki. Po drodze bohaterowie wysadzają w powietrze most, słupy telegraficzne z pomocą Smitha i spółki stają się zaporą skutecznie zatrzymującą na jakiś czas niemiecki pościg. Poza tym, już na samym lotnisku nasi bohaterowie sprawiają, że Messerschmitty w razie potrzeby gotowe na szybką i sprawną interwencję, stają się niezdatnym do użycia złomem. Wszystko to pośród ogłuszającego huku eksplozji, ognia i terkotu broni maszynowej. Po prostu miód na moje serce. A gdy nasi bohaterowie wsiedli już do samolotu i zdemaskowali dowódcę niemieckiej siatki szpiegowskiej w Wielkiej Brytanii mnie zrobiło się smutno. Smutno, że to już koniec tej wspaniałej historii. Wiedziałem jednak, że wrócę do niej jeszcze nie jeden, nie dwa i nie dziesięć razy. Do tej pory film zdążyłem rozłożyć już na czynniki pierwsze – teraz czas na wizytę w Schloss Adler, gdyż...

Ciekawostka: Zamek ten rzeczywiście istnieje. Nazywa się Hochenwerfen i znajduje się w Austrii, w miejscowości... Werfen niedaleko Salzburga. Ponoć znajduje się tam knajpa „Zum Goldenen Hirschen”.

Może spotkam tam wnuczkę Heidi...



Autor : Przemysław Murzyn - Stark