 |
Nowe Horyzonty, czyli zapiski z drugiej strony... nieważnego biletu |
4 Festiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty 2004 | | |
1 //
2 //
3
Czwarty Festiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty przeszedł do historii. Pomimo moich wcześniejszych obaw odnośnie repertuaru, impreza pod tym względem była bardzo udana. Wszak spośród około trzydziestu seansów, na których wraz z Anią byliśmy, te nietrafione można policzyć na palcach jednej ręki. Organizację też oceniam raczej pozytywnie, aczkolwiek nie obyło się bez pewnych zgrzytów, o których później. Najbardziej rozczarowało mnie to, co paradoksalnie według organizatorów miało świadczyć o sile i swoistym charakterze festiwalu, czyli publiczność, a raczej jej spora część, która - przykro to pisać - przyjechała chyba tylko po to, by się napić, pokrzyczeć, a na filmy chodzić niejako przy okazji, także w kinach uskuteczniając niekulturalne zachowania. Zwłaszcza na początku imprezy hołota szumnie zwąca się miłośnikami Dziesiątej Muzy, skutecznie zepsuła mi parę seansów, zachowując się jak na koncercie, czy w knajpie.
Nie chcę być źle zrozumiany, nie zamierzam nikomu zabraniać dobrej zabawy przed ekranem, ale wszystko powinno być stosowane z umiarem. Nie chodzi wcale o jakiś snobizm, ani o to, że muszę z powagą i namaszczeniem odbierać każde słowo, jakie przekazuje mi reżyser, choćby to był najgorszy bełkot. Po prostu nie potrafię oglądać filmu, kiedy wkoło nie panuje cisza i spokój. Może się już starzeję...
No nic, wyżaliłem się trochę. Chociaż tragicznie nie było, jeżeli impreza nadal będzie dryfować w kierunku "Filmowego Woodstock", będę musiał poważnie się zastanowić, czy moja obecność tam ma jeszcze sens. Na szczęście, po rzekomym apelu pana Gutka (którego osobiście nie słyszałem), sytuacja się poprawiła.
Po tym przynudnawym wstępie czas przejść do przysłowiowego meritum. W końcu nasz klub nazywa się "Ofilmie" a nie "O Boże, ale z nas marudy".
|
 | DZIEŃ I // 22.07.2004 |
To był dla nas dzień organizacyjny. Przyjechaliśmy z Anią po południu, załatwiliśmy nocleg w kwaterze prywatnej u znajomej kobiety, goszczącej nas także rok i dwa lata temu. Następnie udaliśmy się na rynek, gdzie czuć już było festiwalową atmosferę - mnóstwo ludzi, prawie jak w Krakowie w południe, większość pilnie studiujących festiwalowe katalogi, planujących rozkład seansów na najbliższe dni. Ogólnie centrum Cieszyna wyglądało bardzo sympatycznie, szkoda tylko, że nie było F-16 (kto był w zeszłym roku, wie, o co chodzi). Także i my udaliśmy się do Centrum Festiwalowego, mieszczącego się w hotelu "Pod Brunatnym Jeleniem", aby odebrać karnety (nr 735 i 736) oraz zakupić katalog, przy pomocy którego przy piwku sporządziliśmy grafik na następne dziesięć dni.
Wieczorem miały odbyć się dwa seanse najnowszego filmu Pedro Almodovara "Złe wychowanie", ale, jako że fanami „perwersyjnego Hiszpana” nie jesteśmy, z pełną premedytacją darowaliśmy sobie wizytę w Teatrze im. Adama Mickiewicza bądź w nowo otwartym kinie Era, na rzecz paru „Brackich” (to lokalne piwo - znakomite). Zresztą i tak zabrakło dla nas bezpłatnych wejściówek na otwarcie festiwalu.
|
 | DZIEŃ II // 23.07.2004 |
Ten dzień miał się dla nas zacząć dopiero o godzinie 16, gdyż w rozkładzie na wcześniejsze godziny nie znaleźliśmy niczego, co mogłoby nas zainteresować. Ja zacząłem się zastanawiać, jak spamiętam wrażenia z tej całej masy filmów, które były przede mną, aby je Wam jak najpełniej przekazać. Wpadłem więc na pomysł, aby zapisywać (ależ ze mnie geniusz) to, co zapadło mi w pamięci, w postaci kilku słów - kluczy, na drugiej stronie starego biletu kolejowego, który tkwił mi w portfelu od niepamiętnych czasów. W końcu na coś się przydał.
Aby dostać się na pierwszy seans, musieliśmy przejść na drugą stronę Olzy i znaleźć osławione już kino Era. Po krótkim błądzeniu dotarliśmy na miejsce i naszym oczom ukazała się sporych rozmiarów hala sportowa, w której, jak się później dowiedziałem, swoje mecze rozgrywają miejscowi hokeiści. Mieliśmy jeszcze chwilę czasu, którą spędziliśmy przy kupionym na miejscu Brackim (2,60 zł!). Kilkanaście minut przed czwartą otwarto bramy kina, weszliśmy do środka i z moich ust wyrwało się niezbyt cenzuralne westchnienie. A to z powodu plastikowych krzesełek, których oparcia kończyły się mniej więcej w połowie łopatek. Ale nic to, zajęliśmy miejsca gdzieś w środku i z niecierpliwością oczekiwaliśmy pierwszego seansu, którym był...
NIEZWYCIĘŻONY
...czyli ostatni fabularny film ulubieńca klubu, Wernera Herzoga. Uwaga - obraz ten, jak na Herzoga jest bardzo przystępny. To historia żydowskiego kowala odznaczającego się niezwykłą siłą fizyczną. Jego sława dociera z Polski do Niemiec, w których naziści właśnie dochodzą do władzy. Zishe, bo tak na imię ma główny bohater, trafia do teatru Hanussena, słynnego wówczas magika, w którego przepowiednie wierzyli m.in. Hitler i Himmler i zaczyna robić karierę w Berlinie jako Siegfried - aryjski heros, najsilniejszy człowiek świata...
Film ogląda się nieźle, nie ma tej specyficznej nudy, charakterystycznej dla Herzoga. W rolę tytułową wciela się naturszczyk - fiński mistrz „strongmanów”, Jouko Ahola, natomiast w roli Hanussena oglądać możemy TimaRotha. Roth jest świetny, zupełnie inaczej kreuje postać swojego bohatera niż Klaus Maria Brandauer w filmie Istvana Szabo. Trochę go przerysowuje, momentami szarżuje, przypomina nieco czarnoksiężnika z bajki.
No i właśnie - publiczności "Niezwyciężony" się nie podobał. Wydaje mi się, że było to spowodowane głównie brakiem dystansu do tej historii. W przypadkowo podsłuchanych rozmowach ludzie zarzucali filmowi prostotę, brak jakiejś głębszej treści. Wszyscy spodziewali się znów egzystencjalnej, dotykającej głębszych spraw przypowieści i tak też podchodzili do niemieckiej produkcji. A film ten należało potraktować jak bajkę, bo choć scenariusz oparto na prawdziwych wydarzeniach, to do dziś wśród Żydów o Zishe opowiada się legendy. Wydaje się, że taki był właśnie zamysł Herzoga - aby nakręcić baśń dla dorosłych. Zresztą już pierwsze słowa filmu brzmią: "Dawno, dawno temu...". Jako bajka film sprawdza się całkiem nieźle, pomimo niektórych mimowolnie śmiesznych dialogów. Byłoby bardzo dobrze, gdyby nie nieznośnie melodramatyczna, burząca klimat filmu końcówka oraz postać młodszego brata bohatera, Benjamina, tak dobrego i oddanego Zishe, że, za przeproszeniem, rzygać się chciało. Ale nie jest źle. Jako ciekawostkę podam, że za muzykę byli odpowiedzialni najpopularniejsi chyba obecnie niemieccy kompozytorzy filmowi - Klaus Badelt i Hans Zimmer.
Po seansie zostaliśmy pod Erą i przy porcji niedobrych frytek czekaliśmy na następny seans. Był nim szumnie zapowiadany "Dźwigacz jąder" czyli...
CREMASTER
...który miał być jednym z wydarzeń tego festiwalu. Cóż, to nie jest jednak moja estetyka. Być może w muzeach, czy innych galeriach coś takiego się sprawdza, ale ja (i nie tylko ja, co wynikało z późniejszych rozmów) zwyczajnie się wynudziłem. Seans obejmował części IV i I, my wyszliśmy w połowie części drugiej, czyli pierwszej. W końcu ile można oglądać na zmianę dwa sterowce, puste boisko, nudzące się stewardessy i kobietę układającą owoce w różne symbole. Mnie się nie podobało, ale nie odradzam, być może komuś z Was taki eksperyment przypadnie do gustu.
Po obiadokolacji w Czeskim Cieszynie ponownie udaliśmy się pod kino Era, tym razem na...
BAD TASTE
...pierwszą część niesławnej "trylogii obrzydliwości" najsłynniejszego po Edmundzie Hilarym Nowozelandczyka, Petera Jacksona. Film był pokazywany w ramach cyklu "Nocne Szaleństwo", który z założenia miał być odtrutką na hiperpoważne seanse dzienne. Oglądało się go bardzo fajnie - taka radosna rzeźnia. Widać, że to produkcja amatorska - fabuła jest szczątkowa, za to efekty bardzo pomysłowo wykombinowane. "Bad Taste" mógłby służyć jako film instruktażowy, jak uzyskać atrakcyjne efekty specjalne mając do dyspozycji sprzęt AGD, plastelinę i kilka innych drobiazgów. Jak wspominałem, fabuły prawie nie było, gagi przeplatały się ze scenami gore. Momentami było mniej zabawnie, momentami bardziej... Koleś o tym nie wspominał, ale najlepsza była dziewczynka, na oko dziesięcioletnia, która siedziała za nami. Gdy na ekranie mózg malowniczo rozpryskiwał się na cztery strony świata, ona śmiała się najgłośniej na całej sali.
Po filmie zostaliśmy jeszcze na sympatycznym dokumencie o tym, jak kręcono "Bad Taste". Jackson ma fajnych rodziców. Niestety, przez naszą ciekawość tajników realizacji "Złego Smaku" uciekł nam ostatni autobus, przeto musieliśmy tłuc się we trójkę z Kolesiem na piechotę przez cały Cieszyn (polski i czeski) na miejsce naszego noclegu.
|
 | DZIEŃ III // 24.07.2004 |
Sobota rozpoczęła się ponowną wizytą w Czechach, tym razem w kinie Central. Muszę przyznać, że to najgorsze, najmniej wygodne kino na całym festiwalu. Jakieś takie obskurne, żeby dobrze widzieć ekran, trzeba usiąść w pierwszym rzędzie albo mieć dwa metry wzrostu. Klimatyzacja taka, że się przeziębiłem... Ok, dość narzekań. Przed nami...
SYMPATHY FOR MR. VENGEANCE
...który zapoczątkował, jak się okazało, najważniejszy dla mnie cykl na tegorocznych Horyzontach - "Odkrycie Korei". Reżyserem tego obrazu jest z kolei moje małe odkrycie tego festiwalu, Park Chan-Wook - twórca także rewelacyjnego "Old Boya", o którym później. "Sympathy..." opowiada o głuchoniemym mężczyźnie zbierającym fundusze na transplantację nerki dla chorej siostry. Sam nie może być dawcą, gdyż posiada inną grupę krwi. Nawiązuje więc kontakt z podziemnymi handlarzami organów ludzkich... Więcej nie napiszę, to trzeba zobaczyć samemu.
To świetny film, zaczyna się jak niewinny melodramat, lecz w miarę upływu czasu atmosfera robi się coraz mroczniejsza, bardziej ponura, a pod koniec wpadamy w prawdziwą orgię przemocy i śmierci. Jak Ania słusznie zauważyła, "Sympathy..." przypomina konstrukcją tragedię antyczną, w której nie ma szans na kompromis. Chwilami meandry scenariusza przypominały mi nieco filmy Lyncha. Znakomita, niepokojąca, dająca do myślenia produkcja. Macie moją absolutną rekomendację.
Następnie plan nasz obejmował pierwszy film konkursowy, tajwański...
GOODBYE, DRAGON INN
Siedząc na balkonie w Teatrze poczułem się jak w domu: stare, dobre, niewygodne siedzenia, mało miejsca na nogi. Ale przynajmniej klimatyzację zamontowali.
Sam film to bardzo smutna przypowieść o umierającym kinie. Gdzieś na końcu świata, w starym kinie wyświetlany jest przebój sprzed lat - "Dragon Inn". Na sali znajduje się ledwie kilka osób, które snują się niczym zjawy... Film jest bardzo powolny, zawiera niewiele dialogów. Pierwsze słowa pojawiają się mniej więcej w czterdziestej minucie. O zachwytach mowy być nie może, ale "Goodbye, Dragon Inn" ujął mnie w jakiś prosty sposób swoją nostalgiczną, smutną atmosferą, tęsknotą za czasami, które już nigdy nie powrócą...
Niestety, nie wszyscy dali wciągnąć się w ten klimat. O ile na "Sympathy..." irytowały mnie śmiechy, ale jeszcze jakoś to zniosłem, o tyle w "Goodbye, Dragon Inn" rechot motłochu, a także głupkowate komentarze stawały się naprawdę męczące. Na próby uciszania także nikt nie reagował, toteż kipiało we mnie niemiłosiernie i już redagowałem w myślach notkę na Hyde Park, która, jak nie muszę chyba dodawać, miała zawierać sporą liczbę wulgaryzmów. Na szczęście po wyjściu na świeże powietrze trochę mi przeszło i wystosowałem bardziej stonowany tekst, w którym apelowałem o „zaprzestanie debilnych komentarzy i idiotycznego rechotu”. I rzeczywiście, na następnych seansach było już jakby spokojniej (oprócz jednego, tragicznego przypadku, o którym w dalszej części). Lubię myśleć, że to moja notatka wpłynęła przynajmniej na niektóre z tych osób.
Później mieliśmy zaplanowanego „Cremastera”, ale mając w pamięci wczorajszy pokaz wybraliśmy obiad. O godzinie 22 w zapełnionym może w 1/4 kinie Era rozpoczęła się projekcja koreańskiego...
SAVE THE GREEN PLANET
Na początku krótki apel: NIE SŁUCHAJCIE KOLESIA!! To kapitalny film. Pomysłowy, oryginalny, zabawny i zaskakujący. Połączenie thrillera, dramatu policyjnego, czarnej komedii i science-fiction. Bawiłem się fantastycznie, nie nudziłem się ani przez sekundę. Tak „odjechanej” produkcji nie widziałem od wielu miesięcy. A końcówka, zwłaszcza przedstawienie historii świata, to już zupełna jazda bez trzymanki. Ładne zdjęcia, momentami autorzy stosują triki niczym w "Azylu" Finchera. Zabawne odniesienia od klasyków sci-fi, np. „2001: Odyseja Kosmiczna”. Kolejna po "Sympathy For Mr. Vengeance" koreańska perła w koronie.
Muszę jednak przyznać, że Koleś chyba nie jest odosobniony w swoich sądach. Bardzo wiele osób wyszło w trakcie seansu. Cóż, ten azjatycki rodzaj humoru rzeczywiście jest dosyć specyficzny i nie każdemu może odpowiadać. Do mnie trafiło.
Po tym filmie byliśmy już bardzo zmęczeni. Szybko do autobusu, paciorek, siusiu i spać.
|
 | DZIEŃ IV // 25.07.2004 |
W niedzielę zamiast na mszę wybraliśmy się do Teatru na kolejny pokaz konkursowy, tym razem irański...
TINY SNOWFLAKES
Szczerze mówiąc jestem trochę uprzedzony do kina irańskiego. Jakoś odrzuca mnie ta jego surowość, swoista "chropowatość". Za to "Tiny Snowflakes" podobało mi się bardzo. To historia dwóch strażników pilnujących kopalni na pustkowiu. Pewnego razu zauważają w oddali przechodzącą kobietę i od tego momentu jej wypatrywanie staje się dla nich najważniejszą czynnością dnia. Te kilka sekund, kiedy ona się pojawia, staje się dla nich sensem życia...
Wzruszył mnie ten film. Mimo całej swojej surowości wrażenie robiły zdjęcia. Skały, upadające baraki, kopalniane wagoniki kryją w sobie jakiś specyficzny romantyzm. Piękna muzyka, taki etno-ambient, podobny trochę do dokonań Amira Baghiri'ego, tyle, że o niebo spokojniejszy. Szkoda tylko, że motywy muzyczne pojawiały się tak rzadko. Bardzo subtelnie pokazano stosunki między bohaterami, łączącą ich przyjaźń, pomimo szorstkości jednego i introwertyzmu drugiego. "Tiny Snowflakes” to poetycki, niemal ocierający się o metafizykę obraz. Szkoda tylko, że publiczność go nie doceniła - film zajął dosyć niską pozycję w konkursie.
Praktycznie nie ruszając się z Teatru przenieśliśmy się z Iranu do Szwecji. Następnym filmem konkursowym był...
FOUR SHADES OF BROWN
Była to jedna z najdłuższych produkcji na tegorocznym festiwalu - 192 minuty mogły trochę odstraszyć co poniektórych. Ale tu niespodzianka - "Cztery odcienie brązu" nie nużą. To cztery przeplatające się opowieści o zwykłych ludziach. Widzimy m.in. krnąbrnego syna, którego w ramach "resocjalizacji" ojciec zabiera do swojego zakładu pracy - krematorium da zwierząt. Ta wizyta na zawsze odmienia ich życie. Obserwujemy także spotkania kółka kulinarnego, które staje się swoistym "kółkiem zaufania", gdzie każdy zwierza się każdemu ze swoich problemów.
Film jest chwilami bardzo śmieszny, wszak odpowiada za niego grupa popularnych w Szwecji komików porównywanych nawet z grupą Monty Pythona. Nie jest to jednak ten sam rodzaj humoru, choć jeden z aktorów jest kropla w kroplę podobny do Johna Cleese'a.
Nie mamy w przypadku tego filmu do czynienia z bezmyślną komedią. Od czasu do czasu twórcy kpią sobie z cech narodowych Skandynawów (zamiłowanie do porządku, punktualność), ale częściej żarty mają charakter uniwersalny. Niejednokrotnie wybuchnąwszy śmiechem, po chwili uzmysławiałem sobie, że przecież ja też postępuje podobnie jak bohater, który wzbudził mój chichot. Innym razem śmiech zamiera, gdy przypominamy sobie jakąś podobną historię z naszego otoczenia, która wcale nie była taka zabawna. W ogóle humor, zwłaszcza pod koniec, przeplata się z goryczą - ja z seansu wcale nie wychodziłem w radosnym nastroju. Bez większych rewelacji, ale dobra rzecz.
Wieczorem wybraliśmy się na troszkę mniej poważną komedię, mianowicie drugą część "trylogii obrzydliwości" Jacksona...
MEET THE FEEBLES
Wstyd się przyznać, ale chwilami śmiałem się jak głupi, choć część gagów stała na żenująco niskim poziomie. Jednak mimo całej swojej dosadności sporo fragmentów było niesamowicie błyskotliwych, a sekwencja retrospekcji z Wietnamu (żaba opowiada jeżowi o ofensywie Tet), to absolutne mistrzostwo świata. Zaczęło się nawiązaniem do "Full Metal Jacket" (dokładnie walk w Hue) - wtedy jeszcze jakoś się trzymałem. Ale kiedy Wietnamczycy (świstaki czy nutrie, jakieś gryzonie, sam nie wiem) kazali grać schwytanym amerykańskim żabom w "rosyjską ruletkę", omal nie spadłem z krzesła. "Meet the Feebles" staje się pod koniec trochę nużące, ale dla tej jednej sekwencji warto zobaczyć cały film. Całość oceniam bardzo pozytywnie.
1 //
2 //
3
|
|