Kolejna, ósma już edycja festiwalu Era Nowe Horyzonty dobiegła końca. Organizatorzy po trzecim roku rezydowania we Wrocławiu zdają się coraz pewniej czuć w przestrzeni wielkiego miasta. Co innego festiwalowicze, których pewien procent wciąż lamentuje z powodu utraty Cieszyna. Takie głosy są już jednak coraz rzadsze - do wielu ludzi zaczęło docierać, że plusy, jakie niesie ze sobą obecna lokalizacja, potrafią osłodzić żal za utratą klimatu małego, uroczego miasteczka, opanowanego na jedenaście dni przez filmową brać.
Tym razem oprócz stałych elementów tematycznych festiwalu, mieliśmy okazję przyjrzeć się kinematografiom Nowej Zelandii i Brazylii. Można dostrzec pewną prawidłowość w wyborach nowohoryzontowych decydentów. I tak, Brazylia jest kolejnym już krajem latynoamerykańskim, z którego filmy mogliśmy oglądać, a Nowa Zelandia to swoisty odpowiednik zeszłorocznej Australii (nie tylko pod względem wyspiarskiego charakteru państwa). Jak to porównanie dla niej wypadło i co jeszcze mogliśmy obejrzeć w tegorocznym programie, staram się przybliżyć w poniższym tekście, do którego lektury zapraszam.
 | Opisy cyklów: |
Konkurs NOWE HORYZONTY:
|
Z roku na rok coraz ostrożniej podchodzę do cyklu konkursowego, zazwyczaj dwa razy się zastanawiając przed podjęciem decyzji o obejrzeniu danego tytułu. Jest to konsekwencja zgubnego założenia sprzed dwóch lat, kiedy to podjąłem się zobaczenia wszystkich zaprezentowanych w konkursie filmów, co odbiło mi się czkawką odczuwalną do dziś. Oczywiście nieco przesadzam, nie było to aż tak traumatyczne przeżycie, tym niemniej nauczyło mnie z większa wybrednością i nieufnością podchodzić do repertuaru tego cyklu. W tegorocznej edycji widziałem pięć filmów, co nawet nie zbliżyło się do połowy ogólnej ich sumy. Niezbyt imponująca to liczba, ale po kilku latach festiwalowego uczestnictwa nauczyłem się wynajdywania w katalogowych opisach haseł kluczy, ostrzegających przed potencjalnymi gniotami. Zważywszy na opinie osób, które jednak się na nie wybrały, zazwyczaj wychodziłem na tym dobrze. Z widzianych przeze mnie tytułów najbardziej przypadł mi do gustu jak zwykle niezawodny Guy Maddin. Jego specyficzny hołd dla rodzinnego miasta był zapadającą w pamięć i jak zwykle bogatą w nieprzewidywalne pomysły historią, która zasłużenie wygrywała niemal do samego końca w ocenach krytyków filmowych (co roku można je śledzić w festiwalowej gazecie). Niewątpliwie warty uwagi okazał się też „Jezus Chrystus Zbawiciel”. To tytuł niełatwy w odbiorze i jego ekranowa obecność ograniczona będzie jedynie do podobnych festiwali. Burzy on nieco tradycyjny podział ról pomiędzy wymagającą widownią, a filmem usiłującym spełnić jej oczekiwania. Tutaj to film stawia wymagania wobec widza. Zdaje się mówić: usiądź, bądź dzielny, nawet jeżeli masz już dosyć ględzenia Kinskiego, wytrzymaj jeszcze trochę, a być może uda mi się to jakoś wynagrodzić. I zapewne nie wynagradza każdemu, ale jednak warto było się chwilami przemęczyć, żeby ujrzeć całość obrazu składającego się na portret artysty i jego odbiór przez widownię. Podobnie ma się sprawa z „Włóczęgą”. To tytuł, którego nie wyobrażam sobie oglądać w domu. Wymaga azylu w postaci ciemnej sali kinowej, gdzie możemy w pełni odciąć się od zewnętrznego świata, bez pilota umożliwiającego przyspieszanie powolnych, nierzadko kilkuminutowych ujęć wędrówki poboczami brazylijskich dróg. Widz ma trzy wyjścia: oglądać do końca, wyjść z sali, albo...zasnąć. Nic pośredniego, oglądamy od początku do końca wizję reżysera, zyskując możliwość uczciwego wyrobienia sobie zdania o tytule, lub też wychodzimy w trakcie, nie znając pełnego obrazu przedstawionej historii. Oczywiście, że żelazne stosowanie się do pierwszej zasady, jak to mam w zwyczaju ja, ma swoje minusy. Tegoroczny seans „Powolnego zwierciadła” był dla mnie połączeniem narastającej irytacji, wściekłości na siebie, że wbrew stosowanej praktyce wyjątkowo wybrałem się na film w ciemno, bez przeanalizowania opisu, który oszczędziłby mi tej męczarni. To chyba przykład pierwszego seansu festiwalowego, gdy autentycznie rozważałem możliwość wyjścia z sali.
Ba, powiem więcej, o tym jak bardzo frapującym tytułem on był, powinno świadczyć to, że w trakcie seansu odkryłem m.in. że przy pomocy akredytacji dziennikarskiej (bądź karnetu z racji podobnej odblaskowości) można oglądać film do góry nogami. Siłą rzeczy, moją satysfakcję musiał wzbudzić fakt, iż ten właśnie tytuł zdobył najmniej głosów widowni. Pewnym zgrzytem w tegorocznym konkursie okazała się niemiecka „Yella”. Wciąż nie potrafię zrozumieć, co ten dość banalny i tradycyjny w formie film robił w nowohoryzontowym konkursie. Jedyne, co w nim warte uwagi, to fakt, że wymuszony i raczej przewidywalny twist rodem z „Vanilla Sky” i wielu innych tytułów, wywołał u mnie tak wielki niesmak, że z marszu obniżyłem ocenę o jeden punkt. Znakomity przykład dosyć średniego, ale znośnego filmu, który chcąc zyskać w oczach widza zaskakującym zwrotem akcji, osiąga zgoła odmienny efekt. Zwycięskiego „Deszczu dzieci” nie widziałem, kolidował niestety terminowo z bardziej interesującymi mnie filmami. Specjalnie jednak tego nie żałuję, oprócz „Tarnation” laureaci zazwyczaj średnio mi się podobali. Czy podobnie będzie w tym przypadku, być może przekonam się za rok, o ile znowu nie będzie w tym czasie czegoś bardziej interesującego w programie festiwalowym...
Konkurs NOWE FILMY POLSKIE:
|
Z zasady oglądam niewiele filmów polskich, więc i poświęcony im cykl niezbyt przyciąga moją uwagę. Po pierwsze, z reguły oglądanie filmów, które można zobaczyć w legalnej dystrybucji, staram się ograniczać do minimum. Po drugie, nie przepadam za współczesnym polskim kinem, a chlubne wyjątki, takie jak „Dług”, jedynie potwierdzają regułę. W tym jednak roku od początku wiedziałem, że będę musiał znaleźć czas dla jednego polskiego tytułu – „Sztuczek”. Przez ostatni rok słyszałem o nim tyle pozytywnych opinii, że prawdopodobnie ostatnią okazję obejrzenia go na dużym ekranie musiałem wykorzystać. Jakoś tak się jednak złożyło, że przypadkiem tego samego dnia obejrzałem jeszcze inny polski tytuł, „Wino truskawkowe”, i z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że oba te filmy (ze szczególnym wskazaniem na ten pierwszy) okazały się o wiele lepsze i przyjemniejsze w odbiorze od niejednego „ambitnego” tytułu z drugiego końca świata. Warto zauważyć, że chociaż obydwa filmy poruszały zupełnie odmienne tematy, wykazywały jednak podobieństwo pod pewnym względem. Udowodniły, że ciężką, szarą polska rzeczywistość, z taką lubością pokazywaną przez rodzimych twórców i z jeszcze większym upodobaniem krytykowaną przez wrogów polskiego kina, można pokazać z lekkością i humorem, przedstawiając jako coś swojskiego, ale niekoniecznie dołującego. I choćby dla przekonania się, iż młode pokolenie polskich filmowców w końcu zaczyna uciekać od męczącej, cierpiętniczej maniery, warto było poświęcić czas na te dwa seanse. No, a poza tym, to najzwyczajniej w świecie dobre filmy były - do „Sztuczek” na pewno jeszcze powrócę...
PANORAMA KINA WSPÓŁCZESNEGO:
|
Panorama kina współczesnego to swoiste przeciwieństwo filmów konkursowych. Podobnie jak one sięga po przedstawicieli światowej kinematografii, oferując widzowi tytuły, które normalnie byłyby dla niego nieosiągalne (inna sprawa, że wiele z nich trafia później do oficjalnej dystrybucji w Polsce). Podczas jednak, gdy konkurs to seria wyzwań nierzadko wystawiających cierpliwość i odporność widza na dużą próbę, Panorama to w dużej mierze filmy znacznie przystępniejsze. Oczywiście i tutaj trafiają się tytuły wymagające nieco samozaparcia – w tym roku chociażby „Balast” oraz „Miłość Astrei i Celadona”. Ten pierwszy można krótko określić jako film o amerykańskiej czarnej biedocie w mentalnych klimatach polskiej historii o bezrobotnym górniku ze Śląska. Poziom natężenia przyciężkawego nastroju beznadziei i rozpaczy zdecydowanie podobny. Ten drugi natomiast to adaptacja klasycznej XVIII – wiecznej francuskiej powieści nakręcona przez prekursora nowej fali, Erica Rohmera. Tragiczne aktorstwo, sprawiające wrażenie zbiorowej pracy naturszczyków (a może tak właśnie było?), przeokropnie infantylne dialogi i ogólna mizeria realizatorska sprawiły, że film ten stał się dla mnie już pierwszego dnia festiwalu brutalnym przypomnieniem, iż należy uważnie dobierać oglądany repertuar.
Oprócz tych dwóch dość wątpliwej jakości tytułów, pozostałe widziane przeze mnie filmy prezentowały naprawdę dobry poziom. Mieliśmy więc i ciekawe historie obyczajowe, sięgające po tak zróżnicowaną tematykę, jak przestępczy półświatek wiążący się z emigrantami („Milczenie Lorny”), problematykę depresji poporodowej („Obcy we mnie”) oraz ciąży urojonej (jeszcze raz „Milczenie Lorny”), wzloty i upadki związku osób o dużej różnicy wieku („Opera”) oraz skomplikowaną relację dwóch kobiet, dawniej walczących o względy tego samego, nieżyjącego już od wielu lat mężczyzny („Najlepsza pora roku”). Obok tych tradycyjnych w formie tytułów, mieliśmy również możliwość zapoznania się z dziełami bardziej oryginalnymi. Chociażby z oniryczną historią o zakładzie psychiatrycznym („Opium: dziennik kobiety szalonej”), wystylizowaną zbiorową pracą animatorów („Strach(y) w ciemności”), czarno-białą, niemą, slapstickową komedię(„Dr. Plonk”), czy też oryginalną adaptację Dostojewskiego, będącego w zasadzie ucieczką z szufladki, w jakiej rezydował reżyser („Bracia Karamazow”).
KINO NOWEJ ZELANDII:
|
Świadomie unikałem oglądania tytułów nakręconych przez znanych już i uznanych twórców, takich jak Peter Jackson i Jane Campion, sięgając raczej po te filmy, z którymi nie miałbym okazji zetknąć się poza festiwalem. W sumie obejrzałem 10 pozycji, z których przeważająca większość była przynajmniej dobra. Przegląd kinematografii z jednej strony przypominał zeszłoroczny australijski, a z drugiej był jego przeciwieństwem. Organizatorzy ponownie zwrócili się o pomoc przy układaniu programu do krytyka z kraju retrospektywy. W poprzednim przypadku dało to w efekcie dość nietrafiony przegląd, oparty na błahych opowiastkach rodem z niedzielnego pasma popołudniowego w Polsacie, teraz jednak otrzymaliśmy ciekawy przekrój tytułów z kilku dekad istnienia kinematografii niewątpliwie posiadającej swój wyrazisty charakter. Złośliwi mogą mówić, że w sumie były to w większości zaledwie opowiastki lekkie w treści i formie. Racja, ale czy to koniecznie minus? Dla spragnionych nowohoryzontalnego hardcore’u rodem z cyklu konkursowego – zapewne tak. Dla zaciekawionych lokalną kulturą i filmami niby bliskim tytułom hollywoodzkim, a jednak jakże odmiennym – już nie. Na nowozelandzkie filmy chodziło się, żeby odetchnąć od ciężkich, nierzadko dołujących filmów z innych cyklów. Bynajmniej nie oznaczało to jednak, że lekka forma szła w parze z błahą treścią - to już zależało od filmu. Oczywiście, że były tam również filmiki w sumie mało ambitne, ale za to autentycznie zabawne, ciepłe i przyjemne w odbiorze jak „Wesele Sione’a” oraz „Cena mleka”, okropnie głupie i mało wyszukane jak „Czarna owca” i „Goodbye Pork Pie”, do których należało podejść z dystansem i bez nowohoryzontalnego zadęcia i snobizmu cechującego część widowni. Nie samą jednak sielskością i lekkim humorem przegląd kina Nowej Zelandii stał. Mieliśmy jeszcze mocną w wymowie, opartą na faktach historię zabójstw dokonanych przez osamotnionego dziwaka („Nagle”), dosyć przewrotną opowieść o porwaniu kobiety na wyludnioną wyspę („Całkiem obcy”), studium rodzinnego zobojętnienia („Deszcz”) oraz wizję ogarniętej totalitaryzmem przyszłości („Sleeping Dogs”). Z tego wszystkiego najbardziej nowohoryzontowym (i paradoksalnie jednym z najsłabszych) tytułów było „Angel Mine” balansujące na granicy świata fantazji i realizmu.
KINO BRAZYLIJSKIE:
|
Kinu brazylijskiemu nie poświęciłem już tyle uwagi, co wyżej wspomnianemu przeglądowi.
Możliwe, że jakiś interesujący tytuł mi umknął, ale żaden z opisów katalogowych jakoś nie wzbudził mojego większego zainteresowania. I tym sposobem obejrzałem tylko trzy filmy o dosyć zróżnicowanym poziomie. Najciekawszy z nich okazał się niewątpliwie „Nie przez przypadek” - film obyczajowy o tym, w jaki sposób drobna decyzja może doprowadzić do wydarzenia, które zmieni nasze życie i o radzeniu sobie ze skutkami, jakie to ze sobą niesie. „33” to dość nierówny i mimo wszystko chyba za bardzo lokalny dokument o poszukiwaniach swych korzeni. „Sąd” natomiast to paradokument pokazujący losy nieletnich przestępców oczekujących na wyroki, rzecz potencjalnie ciekawa jako zapis marginesu społecznego Brazylii, ale na dłuższa metę, niestety, nieco nużąca. Wnioski i wiedza, jaką z niej wynosimy, nie są dla nas niczym nowym, jeżeli cokolwiek o Brazylii czytaliśmy (bądź oglądaliśmy chociażby „Miasto Boga”). Generalnie przegląd kinematografii tego południowoamerykańskiego kraju przemknął mi niezauważenie, nie pozostawiając po sobie większego śladu. Być może innym widzom udało się wyłowić jeszcze jakieś interesujące tytuły, ja jednak o żadnym z nich w kuluarach nie słyszałem. To, co sam odkryłem, okazało się umiarkowanie dobre i chyba zadowolony byłbym jedynie wtedy, gdybym już od dawna nie znał „Miasta Boga” i przy okazji festiwalu zapoznał się z tym filmem po raz pierwszy.
NOCNE SZALEŃSTWO:
|
Po pierwszym zapoznaniu się z tegorocznym programem festiwalu ucieszyłem się, że organizatorzy najwyraźniej w końcu mieli jakiś pomysł na „Nocne szaleństwo”, cykl ten traktowano bowiem po macoszemu od chwili przeniesienia festiwalu do Wrocławia. A szkoda, nic nie robi tak dobrze na koniec dnia zapełnionego oglądaniem ambitnych tytułów jak solidna dawka filmowego absurdu. Przegląd twórczości Dario Argento wydawał się kuszącą opcją. Wszakże to ceniony twórca kina grozy... Wprawdzie mało szaleńcze się to wydawało, ale przynajmniej zapowiadało smakowitą nocną ucztę z horrorowym klasykiem. Jakże się myliłem...
Twórczość Argento okazała się o wiele bardziej pasować do nazwy nocnego cyklu, niż początkowo przypuszczałem. Śmieszące dzisiaj swoim archaizmem, głupstewkami fabularnymi i nieporadnością montażową tytuły mimowolnie nakręcały humor całej widowni, która rozochocona pierwszym seansem („Suspiria”), na kolejne przychodziła już z nastawieniem na ćwiczenie mięśni brzucha, irytując wybuchami śmiechu w najmniej odpowiednich do tego momentach. Jak się okazało, zabawne może być wszystko, nawet pojawienie się na ekranie niewidomego staruszka („Kot o dziewięciu ogonach”). No, cóż...
Sam Argento mnie znużył i po mocno rozczarowującej „Suspiri”, archaicznym „Kocie o dziewięciu ogonach” i kretyńskiej „Matce łez” nie zdecydowałem się na obejrzenie pozostałych dwóch tytułów wyświetlonych w ramach przeglądu. Trochę żałowałem, że nie zobaczyłem „Głębokiej czerwieni”, ale wydaje mi się, iż sięgnięcie po tę pozycję w zaciszu domowym, bez rżącej ze wszystkiego, odurzonej alkoholem widowni wyjdzie zarówno mi, jak i filmowi tylko na zdrowie.
Retrospektywa - TERENCE DAVIES:
|
Kreowany na nowego Hala Hartleya, z którym łączyły go jedynie podobne kolejki przed seansami, tym razem w moim odczuciu zupełnie nieuzasadnione. Podarowałem sympatycznemu Anglikowi dwie szanse, z których nie „skorzystał” i na więcej zabrakło mi już dobroduszności. Przygodę z jego twórczością rozpocząłem od „Odległe głosy, martwe natury”, o dzieciństwie autora, a w zasadzie o okrucieństwie jego ojca, opisanego głównie dzięki wysłuchanym opowieściom starszego rodzeństwa. To film o rodzinnych rytuałach i koszmarach, wielce subiektywny i dosyć szczątkowy powrót do czasów dzieciństwa, oparty na fragmentach jakiś zapamiętanych szczegółów. Dodajmy, że film o dość specyficznej poetyce, która mnie nie przekonuje, nie trafia w moją wrażliwość, a wręcz nuży i lekko drażni. I na tym tytule miałem ochotę zakończyć moją przygodę z Daviesem, ale postanowiłem jeszcze obejrzeć „Kres długiego dnia”, film ponoć nagrodzony najdłuższymi owacjami w historii festiwalu w Cannes. To ponownie sięgnięcie do okresu dzieciństwa, ale tym razem skupione na osobie matki i miłości do kina. Tytuł o wiele ciekawszy od poprzedniego, o wiele bardziej trafiający do mnie, przekonujący mnie szczerością w okazywaniu umiłowania do X muzy, ale jednakże wciąż za bardzo naznaczony specyficznym stylem reżysera, żeby do końca przypaść mi do gustu. No nic na to nie poradzę, twórczości Daviesa nie polubiłem i już raczej nie polubię...
TERENCE DAVIES – Carte Blanche:
|
Bardzo podoba mi się idea Carte Blanche, czyli mini-cyklu, w którym bohaterowie retrospektyw mają możliwość zaprezentowania widowni kilka cenionych przez siebie pozycji. Dzięki temu na dużym ekranie możemy obejrzeć filmy, które normalnie w żaden sposób nie trafiłyby do programu festiwalu. Tym sposobem w zeszłym roku obejrzałem „A Hard Day’s Night” wybrany przez Hala Hartleya, a w tym przezabawne „Szlachectwo zobowiązuje” wskazane przez Daviesa. Z pewnym zaciekawieniem będę wyczekiwał tytułów wybranych przez przyszłorocznych bohaterów retrospektyw.
|
 | Podsumowanie: |
I to już wszystko, kolejny festiwal dobiegł końca. Wypada po raz kolejny powtórzyć coroczną mantrę zachwalającą ENH, ale żeby nie testować cierpliwości czytelnika, ograniczę się do krótkiego oświadczenia: po raz kolejny jestem usatysfakcjonowany. Jeżeli tylko uważnie dobiera się oglądane tytuły, uzyskuje się możliwość obejrzenia wielu interesujących i zapadających w pamięć filmów z całego świata. Nie wspominając już o tym, że wrocławskie święto kina to pretekst do prawie dwutygodniowego imprezowania, wspólnego chłonięcia międzynarodowych filmów i dyskutowaniu o nich ze znajomymi z całej Polski...
Moje TOP 25 //
Festiwal oczyma innych uczestników
|
|