Raport niewyspanego maratończyka

7 Festiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty 2007

Krzysztof Bogumilski - Tyler Durden


1  //  2  //  3  //  4  //  5  //  6

7  //  8  //  9  //  10  //  11  //  12

Kilka słów wprowadzenia....

Od pierwszego kontaktu z imprezą Romana Gutka w roku 2005 stałem się jej wielkim miłośnikiem każdego roku wyczekującym ze zniecierpliwieniem i podnieceniem drugiej połowy lipca. Mój pierwszy kontakt z ENH miał miejsce jeszcze w Cieszynie. Małe, urokliwe miasteczko ujęło mnie swoim klimatem, ale podróż do niego była małym wyzwaniem z racji nieciekawego połączenia kolejowego. Problem ten zniknął w zeszłym roku z chwilą przeniesienia festiwalu do Wrocławia. Jako że mieszkam na miejscu, lepszego prezentu organizatorzy nie mogli mi sprawić. Pomijając jednak oczywisty pozytyw związany z wygodną lokalizacją, widzowie festiwalu dzięki przeprowadzce zyskali także bardziej komfortowe warunki do oglądania filmów - impreza miała okazję rozwinąć skrzydła i wykorzystać większą ilość kin, co łączyło się ze zwiększeniem liczby seansów oraz liczby wyświetlanych filmów. Co więcej, pomimo narzekań malkontentów zaniepokojonych przeniesieniem festiwalu do wielkiego miasta, wysoki poziom został utrzymany, a dobór repertuaru sprawiał wrażenie jeszcze bardziej bezkompromisowego. Narzekać można było na brak małomiasteczkowego klimatu – przez jedenaście dni w nagle ożywionym Cieszynie na każdym kroku wpadało się na uczestników festiwalu, zaś żaden przechodzień nie patrzył ze zdziwieniem na zwisające z szyj karnety i akredytacje dziennikarskie. We Wrocławiu festiwal nieco niknął przytłoczony życiem dużego miasta tętniącym na pełnych obrotach i paradoksalnie to multipleks stawał się azylem i mekką miłośników ambitnego kina, w którym występował najmniejszy odsetek skonfundowanych fanów bezmózgiej komercji. Ale tak to już jest, że rozwój wymaga czasem zrezygnowania z czegoś i wierzę, że kolejne lata w nowym miejscu wyjdą imprezie tylko na zdrowie. A jak sprawa rozwoju festiwalu w nowym miejscu wygląda obecnie mogliśmy przekonać się w tym roku, przy okazji drugiej już odsłony festiwalu we Wrocławiu, do relacji z której niniejszym zapraszam...

Dzień pierwszy // 19 lipca 2007

Tegoroczny festiwal otworzył zdobywca Złotej Palmy w Cannes - rumuński dramat obyczajowy „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”. Projekcję poprzedziła, rzecz jasna, mała uroczystość związana z oficjalnym rozpoczęciem imprezy, kilka słów ze strony Romana Gutka, burmistrza Wrocławia - Rafała Dutkiewicza, marszałka województwa dolnośląskiego oraz Dyrektora Generalnego Polskiej Telefonii Cyfrowej ERA, czyli największego sponsora imprezy. Na koniec do głosu dopuszczono jeszcze reżysera i aktorkę, którzy zaprosili widzów do obejrzenia filmu.

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni/4 luni, 3 saptamini si 2 zile
reż. Cristian Muniu
Rumunia 2007, 113’


Film opowiada o dwóch studentkach. Jedna, nieśmiała i mało przebojowa, zachodzi w niechcianą ciążę, w usunięciu której pomaga jej współlokatorka. To właśnie ona uzgadnia szczegóły z mężczyzną mającym dokonać zabiegu, załatwia pokój hotelowy (co, jak się okazuje, wcale nie jest takie proste) oraz – już później - zaciera dowody. To jednak nie wszystko – będzie musiała uczynić dla swej koleżanki znacznie więcej… Temat jest kontrowersyjny, tym bardziej, że Munigu nie podsuwa łatwych rozwiązań - sąd nad bohaterkami pozostaje całkowicie w gestii widza. Film przytłacza, co przy omawianej tematyce nie powinno zresztą specjalnie dziwić. Sceny „opłacania” zabiegu oraz samej aborcji wywierają na widzu ogromne wrażenie - wprost wbijają w fotel, ściskając przy tym mocno za grdykę. Męczyć może chwilami warstwa techniczna, kręcone z ręki ujęcia nocnej wędrówki przez ciemne ulice miasta mogą co poniektórych widzów przyprawić o ból głowy i irytację. Z drugiej jednak strony samo kadrowanie wielu scen jest interesujące, zapada w pamięć. Zresztą strona techniczna jest w przypadku tego typu filmów mniej istotna, o ile tylko potrafią zainteresować wartością merytoryczną, a tutaj niewątpliwie tak było.


1  //  2  //  3  //  4  //  5  //  6

7  //  8  //  9  //  10  //  11  //  12