Festiwalowo

Wojciech Rusek - Koleś

Era Nowe Horyzonty 2006


       Niełatwa jest ocena imprezy tak olbrzymiej jak festiwal filmowy Era Nowe Horyzonty. Jeżeli patrzeć nań przez pryzmat obejrzanych filmów, to każdy uczestnik miał okazję wejścia na „tylko” pięćdziesiąt jeden seansów. Zatem można założyć, że ilu uczestników, tyle kombinacji tych maksymalnie pięćdziesięciu jeden projekcji. Tym sposobem – pod względem obrazów – teoretycznie każdy odebrał festiwal inaczej. Jednak jeżeli chodzi o filmy, jednej rzeczy panu Gutkowi nie można zarzucić, a mianowicie pójścia na łatwiznę. Pomimo zmiany miejsca na bardziej „masowe”, „medialne” i ogólnie łatwiej dostępne (połączenia kolejowe z Cieszynem, a właściwie ich brak, to jednak duża wada) założenie festiwalu się nie zmieniło. Dalej prezentowane są filmy niełatwe, nowatorskie w formie i treści, wymagające od widza nie lada wysiłku i zaangażowania. Ciągle prezentowane są retrospektywy wielkich twórców, o których w Polsce wie się ciągle niewiele (przykładowo Tsukamoto – trzy lata temu, Tarr – dwa lata temu, Fassbinder – rok temu, Varda – w tym roku). Dla niektórych festiwal ten stał się niemal trampoliną do sławy w Polsce, bo nie przypuszczam, żeby Tsukamoto był niemal kultowym reżyserem już przed cieszyńską retrospektywą. Po raz kolejny prezentowano cykle filmowe poświęcone jednemu państwu dające niepowtarzalną okazję poznania kraju poprzez jego kinematografię (Korea, Argentyna, w przyszłym roku arcyciekawa pod tym względem Australia). Jeżeli chodzi o ogólny zamysł festiwalu, nic się nie zmieniło, nie można powiedzieć, że horyzonty się zawężają. Mam jednak w tej kwestii jednak parę zastrzeżeń, ale o tym później.

NOWE MIASTO NA HORYZONCIE


Roman Gutek


        Nie można przemilczeć chyba najważniejszej zmiany na Nowych Horyzontach i zdaje się budzącej największe kontrowersje. Otóż po raz pierwszy gospodarzem festiwalu stał się Wrocław. Nie ma sensu rozwodzić się nad przyczynami decyzji o zrezygnowaniu z Cieszyna, ale warto wspomnieć o różnicach. Malkontenci (do których się zaliczam) będą tęsknić za niepowtarzalną atmosferą cieszyńskiego festiwalu. Miejsce na co dzień przypominające miasto duchów na dziesięć dni wypełniało się po brzegi. Nie było miejsca, w którym nie można było spotkać osoby z karnetem zawieszonym na szyi, a po około dwóch dniach, przechodząc z kina do kina, co najmniej pięć razy mówiło się „cześć” napotkanym znajomym. Małe, kręte i strome uliczki, malownicze zakamarki, tętniący życiem akademik, atmosfera na rynku po ostatnim seansie dnia – te rzeczy i wiele innych są nie do podrobienia. Jednak jestem w stanie zrozumieć argumenty przemawiające za przeniesieniem festiwalu do większego miasta. Z punktu widzenia organizatorów baza noclegowa, ilość i jakość sal kinowych i innej infrastruktury to rzeczy bardzo istotne. Logiczna chęć do ciągłego rozwoju festiwalu musiała zaowocować zmianą na „coś większego”. Gusta jak zwykle są różne, jednym się Wrocław podoba, innym nie. Miasto „na fali”, miasto modne i prężnie rozwijające się przyciągnie o wiele więcej ludzi niż kameralny Cieszyn, ale czy to dobrze? Bo jeżeli sam fakt, że to miasto przyciąga ludzi na festiwal, a nie jego trzon, czyli repertuar, to moim skromnym zdaniem ludzie ci nie powinni się zjawić we Wrocławiu. Z drugiej strony, nie rozumiem też ludzi, którzy – zakochani w Cieszynie (to jest jeszcze zrozumiałe) – obrazili się na Wrocław i bez względu na repertuar festiwal z premedytacją olali. Oczywiście jest to tylko moje zdanie, człowieka, który za ENH pojechałby nawet do Warszawy (choć musiałbym się nad tym poważnie zastanowić). Miejsce jest dla mnie ważne, ale nie na tyle, aby miało ono decydować o tym, czy pojechać na festiwal, czy nie. Abstrahując od porównań z Cieszynem, trzeba wytknąć parę obiektywnych niedociągnięć, których organizatorzy niestety się nie ustrzegli. Odległość serca ENH, czyli klubu festiwalowego, od pozostałych obiektów była niestety zniechęcająca. Nieraz byłbym w stanie odwiedzić klub po wyczerpującym dniu, ale myśl o około trzykilometrowej trasie zahaczającej o mało przyjemny dworzec była bodźcem na tyle silnym, aby wysłać mnie do łóżka zaraz po seansie. Czemu nie autobusem festiwalowym? – zapytacie. Otóż dlatego, że na jeden pewnego dnia czekałem, ale niestety się nie doczekałem. Wiem, że wartością powinny być dla mnie filmy same w sobie, ale nie oszukujmy się: nie samym kinem człowiek żyje, no i czym jest film, o którym nie ma okazji podyskutować (pokłócić się nawet) z innymi festiwalowiczami. W moim odczuciu to już chyba wszystkie ważniejsze wpadki; rozkopane ulice, pożar w Teatrze Lalek, brak kameralnej atmosfery to rzeczy, o które organizatorów nie można obwiniać. Nie przeszkadzał mi nawet brak klimatyzacji w kinie Warszawa, bo duchota choć trochę przypominała mi cieszyńskie kina (nieporównywalnie gorętsze od wrocławskiej Warszawy) i na seansach konkursowych poczułem się niemal jak w kinie Central 3 lata temu. Ach, to były czasy.

SZEPTY, ZWŁOKI i DWA ROBOTY - KONKURS



Vital reż. Shinya Tsukamoto

Stroiciel Trzęsień Ziemi

reż. Stephen Quay, Timothy Quay

Daft Punk's Electroma

reż. Guy-Manuel de Homem-Christo, Thomas Bangalter

Day Night Day Night reż. Julia Loktev

Niewidzialni reż. Thierry Jousse

        Tyle wywodów odnośnie do miejsca, które specjalnie mnie nie zawiodło, ale chyba tylko dlatego, że wiedziałem, czego się spodziewać. Teraz o filmach. Rozpocząć należy oczywiście od konkursu, wokół którego wszystko się na ENH kręci. Miałem okazję obejrzeć tylko osiem filmów konkursowych i niestety ominął mnie zwycięzca (w moim odczuciu dość niespodziewany). Od momentu, gdy dowiedziałem się, że po trzech latach na festiwalu znowu zagości film Tsukamoto, wiedziałem, że nie mogę go sobie odpuścić i jeszcze przed obejrzeniem był dla mnie faworytem. W mojej dość skromnej Horyzontowej historii to właśnie Tsukamoto stał się dla mnie prawdziwym odkryciem. Co więcej, już po pierwszym jego filmie, który obejrzałem, wiedziałem, że „to jest to”. „Vital” nie zawiódł moich oczekiwań, a nawet je przerósł. Jestem w stanie zrozumieć głosy krytyki pod adresem tego filmu, bo nie jest to cios w głowę, jakim był „Tetsuo” czy „Tokyo-Ken”, ale to ciągle bardzo intensywne, mroczne i groteskowe kino. Nie wiedziałem, czy cieszyć się, czy smucić, kiedy dowiedziałem się o tym, że „Vital” przegrał Grand Prix jedynie o trzy setne punktu. Z jednej strony szkoda, że nie wygrał, z drugiej to przecież różnica na tyle mała, że świadczy to raczej dobrze o samym filmie. Jak już wspominałem, dla mnie był faworytem, ale spotkałem się z tak dużą ilością opinii krytycznych, że tak wysokie miejsce było dla mnie zaskoczeniem.

        Drugi film, który mnie oczarował (choć nie w takim stopniu jak „Vital”), był jednym z ważniejszych wydarzeń tego festiwalu i jednocześnie jednym z największych rozczarowań w ogólnym odczuciu sitwy festiwalowej. Mowa o „Stroicielu trzęsień ziemi” braci Quay. Ważniejsze wydarzenie dlatego, że był to pierwszy film tych twórców od dziesięciu lat. Rozczarowanie, gdyż zdaje się, że oczekiwania były zbyt wysokie. Mi się jednak film podobał, pochłonęła mnie atmosfera groteskowej i odrobinę perwersyjnej baśni. Śledzenie dość prowizorycznej fabuły nie sprawiało tyle przyjemności, co zagubienie się razem z tytułowym stroicielem w tajemniczej krainie skrupulatnie wyczarowanej przez Quay’ów. Mimo że galeria postaci nie była zbyt oryginalna, to znakomicie wpisywała się w baśniową konwencję całej historii. Odrobinę demoniczny demiurg, romantyczny zbawiciel, porwana księżniczka – wszystko to znajdziemy w filmie, oczywiście odbite w krzywym zwierciadle wyobraźni reżyserów.

        Po pewnym czasie zacząłem też doceniać inny konkursowy obraz – „Daft Punk’s Electroma”. Problem z „kupieniem” konwencji milczącego filmu drogi nie okazał się zbyt trudny do pokonania. Droga dwóch robotów do człowieczeństwa mogła się wydać niektórym nudna, ale film (szczególnie końcówka) skłaniał do zadania sobie kilku interesujących pytań. Decyzja o popełnieniu samobójstwa jest przejawem człowieczeństwa – czy nie jest się człowiekiem wówczas, gdy panuje się nad własnym losem? Spokojna atmosfera filmu ubranego w przepiękne obrazy daje widzowi czas i odpowiednie warunki na takie refleksje. Niestety doceniłem go dopiero po pewnym czasie, bo kiepska była krytyka małomiasteczkowego zacietrzewienia mieszkańców, którzy niemal linczują odmieńców i skazują ich na wygnanie. Nie byłem w stanie uwierzyć w szczerość i niewinność bohaterów, którzy chcą być „tylko” ludźmi, ale motłoch krzyczy „po moim trupie”. Jednak im dalej w głąb pustyni, tym ciekawiej. Pytania, czy roboty stały się ludźmi, czy ich decyzje i czyny świadczą o człowieczeństwie, a jeżeli tak, to czym tak naprawdę jest człowiek, pozostają bez odpowiedzi, ale skłaniają do przemyśleń.

        Z bardziej wartościowych filmów konkursowych, jakie miałem okazje obejrzeć, wypada jeszcze wspomnieć „Dzień noc dzień noc”. Film bardzo powolny, ale w sposób niesamowicie intensywny opowiadający o dwóch dniach przygotowań pewnej młodej dziewczyny do samobójczego zamachu. Film wyjątkowo oszczędny w dialogach i wydarzeniach ekranowych, dzięki bardzo ascetycznej formie zyskuje na sile wyrazu. Bezstronność i pewnego rodzaju nieczułość kamery na obserwowany świat sprawia, że film dociera do podstawowych uczuć, a także mówi bardzo wiele (choć w niewielu słowach) o poświęceniu siebie dla Boga (czy w tym filmie On rzeczywiście milczy?).

        Dość klasycznym (w nowohoryzontowym kontekście) filmem okazali się „Niewidzialni”, jednak nie jest to w żadnym stopniu ujma. Film to niestety dość nierówny, ale mimo to ogląda się go przyjemnie. Nie można odmówić reżyserowi zdolności do budowania nastroju niepokoju i zagrożenia w scenach dość spokojnych, jednak ma się wrażenie, że to wszystko gdzieś już było. Parę ciekawych rozwiązań fabularnych i przyjemny lynchowski klimat nie są w stanie zmienić faktu, że oryginalnością ten film nie grzeszy.

        „Hamaca Paraguaya” to film, który wzbudził we mnie mieszane uczucia. Po pierwsze: nie był to typ filmu angażującego widza. Jest to stuprocentowe kino kontemplacyjne, którego widz powinien bardziej doświadczać niż oglądać. Nie mogę stwierdzić, że absolutnie mi się nie podobał, jednak nie trafił w moje gusta, choć na kino kontemplacyjne nie reaguje alergicznie. Historia opowiada w zasadzie o dniu, gdzie upływ czasu przedstawiony jest w bardzo naturalny sposób, i chwała autorom za to, że odważyli się zrobić o tym film. Jednak wydawało mi się, że twórcy, zakorzenieni w klasycznej materii filmowej, nie potrafili w maksymalnie radykalny sposób potraktować tematu. Tym sposobem dzieło jest niejako zawieszone pomiędzy klasycznym kinem (sugerowane przez dialogi i w pewnym stopniu przez narracje) a kinem awangardowym i eksperymentalnym, gdzie film jest jedynie nośnikiem obrazu i dźwięku, a reszta jest już inwencją artysty. Nie można oskarżać twórców o brak odwagi, jednak po seansie widz czuje się niestety zmęczony, a kontemplacja dnia nie powinna męczyć.

Hamaca Paraguaya reż. Paz Encina

Kontener reż. Lukas Moodysson

Święta Rodzina reż. Sebastian Campos

        Podobnym eksperymentem, choć już odrobinę mniej udanym, były „Nokturny dla króla Rzymu” – powszechnie reklamowany jako film nakręcony telefonem komórkowym. Przy takiej rekomendacji zabrzmi to śmiesznie, ale – paradoksalnie – zdjęcia to najmocniejsza strona tego filmu. Strona wizualna do tego stopnia tragiczna, że zaczyna przypominać impresjonistyczne obrazy i nie trzeba specjalnego wysiłku ze strony widza, aby to zauważyć. Szczątkowa fabuła, prezentowana jedynie przez narratora, nie łączy się w żaden sposób z obrazem. Byłby to ciekawy eksperyment formalny, gdyby tylko do tego twórca się ograniczył. Postanowił jednak „upiększyć” tę dziwnie zobrazowaną historię, wskutek czego powstało dzieło na dłuższą metę nużące, mimo że trwa tylko siedemdziesiąt siedem minut.

        Ostatnim filmem konkursowym, jaki udało mi się zobaczyć, był „Kontener”. Wiele osób odradzało mi oglądanie go ze względu na inne dzieło tego samego reżysera pod tytułem „Dziura w sercu”, ale postanowiłem dać mu szansę i niestety się zawiodłem. Forma strumienia myśli i skojarzeń, która staje się w pewnym momencie swoistą spowiedzią bohaterki mówiącej do nas z offu, była jak najbardziej do zaakceptowania, ale perwersyjna i „brudna” atmosfera filmu dawała mi się we znaki. Trudno, ale nie lubię tego typu kina, choć nie mogę powiedzieć, że nie było w tym absolutnie nic i że jest to obraz całkowicie beznadziejny. Jednak ja tego nie kupiłem – człowiek zamknięty w kontenerze swoich myśli, fobii, pragnień, uprzedzeń i perwersji zasługuje na odrobinę inne potraktowanie.

        I tyle mogę powiedzieć o konkursie. Liczę na to, że „Vital”, mimo drugiego miejsca, trafi do dystrybucji w Polsce i będzie dostępny dla szerszej publiczności. „Świętą rodzinę” też chętnie zobaczę, nie tylko dlatego, że wygrała konkurs, ale głównie dlatego, że jej opuszczenie było jednym z wielu ciężkich wyborów, jakie każdy festiwalowicz musi podejmować dobierając sobie filmy. Konkurs niestety nie zaoferował czegoś spektakularnego, czegoś, co wstrząsnęłoby publicznością i poruszyło ją do głębi w pozytywnym lub negatywnym sensie. Nie mówię, że chciałbym kolejne „Tarnation”, ale brakuje filmów typu „The Saddest Music in The World” lub „Four Shades of Brown”, które w moim odczuciu są jak najbardziej nowohoryzontowe i jednocześnie nie wpisują się w pewną manierę filmów, jakie można było spotkać dość często w konkursie i poza nim. Zabrakło filmów „krzyczących”, a intymne szepty, choćby najpiękniejsze, po pewnym czasie po prostu nudzą. „Vital” mnie poruszył, ale jak na Tsukamoto to bardzo skupione i w gruncie rzeczy spokojne kino. W skrócie – zabrakło żywych emocji, a na nie liczyłem najbardziej.

ZWYKLE DOBRE, ZAWSZE CIEKAWE - NOWE KINO ARGENTYŃSKIE

Buena vida delivery reż. Leonardo Di Cesare

Ochroniarz reż. Rodrigo Moreno

Marsjanin Mercano reż. Juan Antin

Parapalos reż. Ana Poliak


        Nie licząc retrospektyw, z których niestety zrezygnowałem, jednym z ważniejszych cyklów filmowych na festiwalu było „Nowe kino argentyńskie”, które od samego początku było dla mnie dużym wydarzeniem. Oczywiście jako laik w dziedzinie kina argentyńskiego nie wiedziałem, czego się spodziewać. Miałem tylko jeden drogowskaz, który kierował mnie w bardzo interesującą drogę, a był to film „Dziewięć królowych”. Już na samym początku podczas prelekcji, często pojawiało się określenie „poetycki realizm”, który cechował młodych twórców argentyńskich. Miał on być niejako reakcją na barokowe filmy lat osiemdziesiątych, w których królował przepych i bogactwo formy. Muszę niestety stwierdzić, że „poetycki realizm” połączony z wyjątkowo „spokojnym” konkursem mógł powalić każdego, niezależnie od ilości wlanej w siebie kawy. Dobór filmów doborem filmów – można mi próbować wmówić, że sam sobie takie kino wybrałem – ale sądząc z głosów innych festiwalowiczów, nie byłem jedynym, który „źle sobie dobrał filmy”. Boli mnie mówienie tego, co muszę powiedzieć, bo większość z „tych” filmów, to filmy dobre, a nawet bardzo dobre i przypuszczam, że w innych warunkach odebrałbym je o wiele bardziej pozytywnie. Zestawienie ze sobą jednego dnia pięciu filmów zawieszonych, stojących w miejscu jest błędem. Zachowałbym się nieuczciwie, gdybym całą winę zrzucił na organizatorów, jednak filmy te (przynajmniej dla mnie) nie nadają się do cyklu festiwalowego, gdzie ogląda się obrazy masowo. I jestem zły, że nie mogłem w pełni docenić takich filmów jak „Klucze do domu” (to akurat nie Argentyna), „Parapalos” czy „Ochroniarz”, bo wiem, że w innych warunkach spodobałyby mi się bardziej.

        Koniec małej dygresji, która bardzo pasuje do wątku o kinie argentyńskim. Właśnie „Parapalos”, „Ochroniarz” czy „Buena vida delivery” (choć ten akurat nie był męczący) to filmy piękne, bardzo szczere i dające wrażenie bliskości z głównymi bohaterami. Razem z nimi odczuwamy smutek i wyobcowanie i rodzi się w nas autentyczne współczucie. Może nie jest to zbyt wiele, gdyż kino robi to nie od dziś i nie tylko w Argentynie, ale tutaj jest to odarte z dość powszechnych schematów. Mimo że na ekranie nie zawszę dzieje się najlepiej, to ogólny wydźwięk dzieła zawsze jest w pewnym sensie pozytywny, choć rzadko kończy się happy-endem. Z wcześniej wspomnianego powodu i po obejrzeniu „Bagna” (zdaje się, że typowy przykład poetyckiego realizmu) byłem zmuszony zrezygnować z paru innych argentyńskich filmów dla dobra własnej kondycji psychicznej. Przy okazji tego cyklu warto też wspomnieć o animowanym „Marsjanin Mercano”, który trochę mnie zawiódł, ale chyba dlatego, że oczekiwania byłby zbyt duże. W gruncie rzeczy to dość śmieszny (choć prymitywny) film o pewnym Marsjaninie, który bardzo cierpi na Ziemi, i nie dość, że nie może wrócić na rodzinnego Marsa, to zostaje uwikłany w sprawy olbrzymiej korporacji, która chce wykorzystać jego zdolności do zawładnięcia nad światem. Jest w tym filmie wszystko, co cechuje większość społecznych filmów argentyńskich, czyli przede wszystkim ostra krytyka władz i konsumpcjonizmu podana niestety dość bezpośrednio (nie tak jak na przykład we wspomnianych „Buena vida delivery” czy „Dziewięciu królowych”). Jednak jest to film animowany (ale nie dla dzieci) i wiele można mu wybaczyć. Mimo że film to taki sobie, to uważam, że warto było go obejrzeć, choćby dla samego faktu, że pełnometrażowe animacje w Argentynie to naprawdę rzadkość.

„ŁATWIEJ”, ALE PRZYJEMNIE - PANORAMA KINA ŚWIATOWEGO

        Być może było to pójście na łatwiznę z mojej strony, ale czytając katalog najwięcej interesujących mnie pozycji znalazłem w cyklu „Panorama kina współczesnego” – zarówno w części „Mistrzowie”, jak i „Odkrycia”. Nie ma co ukrywać, że część z tych filmów trafi do normalnej dystrybucji i są to reprezentanci tak zwanego mainstreamu, ale czemu od tego uciekać, skoro są to filmy naprawdę bardzo dobre, czasami nawet wybitne. Piszę o tym dlatego, że miałem pewne wyrzuty sumienia, oglądając obrazy dobre, ale „łatwe”, jednocześnie wiedząc, że ucieka mi kolejny seans (a może dwa lub trzy) filmu eksperymentalnego i nowatorskiego, który prawdopodobnie już nigdy się w Polsce nie pojawi. Wytłumaczenie mojego wyboru znajduje się parę linijek wyżej, bo wydaje mi się, że choć miałem odwagę ryzykować, to po pewnym czasie po prostu zabrakło mi już sił. Jednak świadomy wybór kina mniej „gutkowego” nie okazał się chybiony, co więcej, parę filmów okazało się strzałem w dziesiątkę.


Niewybaczalne reż. Yoon Jong-bin

Hustle & Flow reż. Craig Brewer

Go West reż. Ahmed Imamovic

        Zacznę może od nietrafionych pozycji, bo jest ich zdecydowanie mniej. „Niewybaczalne” niestety mnie zawiodło, choć zapowiadało się wyjątkowo ciekawie. Może patrzenie z perspektywy Polaka umniejsza walory emocjonalne tego filmu, ale taka „fala” w wojsku wydaje się po prostu śmieszna. Ciekawie zarysowano związek dwóch wojskowych, przełożonego i podwładnego w koszarach, przyjaciół w życiu prywatnym. Po pewnym czasie i przy zaburzonej chronologii związek ten zaczyna się rozmywać, także za sprawą wolnego tempa filmu. Szkoda, bo potencjał był duży, ale rezultat raczej kiepski.

        „Hustle & Flow” nie mogę w zasadzie nazwać seansem chybionym, bo wybrałem się na niego o 22.00 rezygnując z niepewnego „Nocnego szaleństwa”. W nagrodę otrzymałem chyba najlepsze nocne szaleństwo, jakie miałem okazję oglądać na tym festiwalu. Rzecz o alfonsie, którego marzeniem jest zostać raperem, jest opowiedziana w tak patetyczny sposób i z takim brakiem dystansu do opowiadanej historii, że miejscami trudno powstrzymać się od śmiechu. Kulminacją zdaję się być moment tuż przed klasycznym „showdownem”, kiedy to wybranka głównego bohatera wręcza mu złoty łańcuch z olbrzymim brelokiem. Ale jak wspomniałem, seansu nie żałuje, bo świetnie się na nim bawiłem, a parę rzeczy było w tym filmie rzeczywiście dobrych – na przykład rola Terrence’a Howarda, który jako jedyny z całej ekipy stara się zachować dystans niezbędny do traktowania tego filmu poważnie. Czasem mu się to nawet udaje.

        Dość miałkim filmem okazał się „Go West”, który ukazuje w założeniu tragiczną historię dość skomplikowanego związku. Nie byłem jednak w stanie przejąć się losem bohaterów – historią dwóch kochanków, którzy po wybuchu wojny na Bałkanach uciekają z miasta w obawie przed represjami jednego z nich (jest Muzułmanem). Schronienie znajdują w rodzinnej wiosce drugiego, Serba. Bośniak, bardziej zniewieściały, zmuszony jest udawać kobietę. Wszystko jest tu dość sztuczne, ani związek bohaterów nie jest przejmujący, ani wojna ekranowa nie jest specjalnie straszna, nawet typowo bałkańska osada nie jest w stanie przekonać widza o swojej autentyczności. Najgorsza jest jednak spinająca całość klamra – opowiadanie zdarzeń w studio filmowym przez jednego z bohaterów – która nie ma absolutnie żadnego uzasadnienia, a zakończenie wywołuje jedynie szyderczy śmiech.

        I na tym koniec, jeżeli chodzi o wpadki w tym festiwalowym cyklu, co świadczy o nim bardzo dobrze. I choć w ramach „Panoramy kina współczesnego” widziałem filmów dużo, to wydaje mi się, że każdy z nich zasługuje na parę zdań.

MISTRZ MISTRZOWI NIE RÓWNY

Volver reż. Pedro Almodovar

Iberia reż. Carlos Saura

Kajman reż. Nanni Moretti

        Zacznijmy od otwarcia czyli „Volver” Pedro Almodovara. Tuż po seansie byłem filmem oczarowany, szczególnie że reżyser zrezygnował z ciężkiego tonu znanego ze „Złego wychowania”” i opowiedział nam bardzo ciepłą i wzruszającą historię. Narracyjna i wizualna strona filmu jak zwykle graniczą z doskonałością, szczególnie ta druga zwróciła moją uwagę. Mimo że nie było w niej nic, czego Almodovar nie pokazał wcześniej, to ciągle jest to płaszczyzna , która najbardziej mnie u niego zachwyca. Jednak muszę ze smutkiem przyznać, że parę dni po seansie „Volver” zdążyło wylecieć z mojej głowy. Pocieszam się, że to prawdopodobnie wina natłoku oglądanych filmów (pięć filmów dziennie nawet w warunkach domowych jest nie lada wyzwaniem), ale obraz nie został w pamięci na długo. Jest to natomiast kolejny powód, żeby obejrzeć film ponownie, co na pewno zrobię, choćby dla samych zdjęć.

        Pozostając w klimacie wielkich twórców z Hiszpanii, muszę przyznać, że ciągle jestem pod dużym wrażeniem „Iberii” Carlosa Saury. Nie miałem okazji oglądać „Tanga”, ale mniej więcej wiedziałem, czego się spodziewać. Sam film to taniec i śpiew w czystej formie. Jest to w pewnym sensie spektakl tańca współczesnego, ale zatarta jest relacja widownia–tancerze. Bardzo sprytnym sposobem na pozbycie się bariery między widzem a występującymi artystami było umieszczenie akcji w studio filmowym, którego kamera nie boi się pokazywać. Dekoracje niczego nie udają, po prostu są dekoracjami, oświetlenie to nie tylko punkt światła, ale także reflektor, który czasami mamy okazję zobaczyć. W ten sposób wszelki „fałsz”, w spektaklach zawsze umowny, nazwany został po imieniu i jedyną prawdziwą rzeczą, jaka pozostaje, jest muzyka, taniec i śpiew, których mamy przyjemność doświadczać w pełni.

        W ramach kategorii „Mistrzowie” na festiwalu można było obejrzeć najnowszy film Nanniego Morettiego. „Kajman”, zapowiadany jako ostra krytyka byłego premiera Włoch Berlusconiego, z którym reżyser ma na pieńku, okazał się filmem o samym Berlusconim mówiącym niewiele, a przynajmniej nie bezpośrednio. Pokazana jest raczej społeczna niechęć do głosów kontrowersyjnych, oglądana przez pryzmat historii pewnego producenta filmowego, który lata świetności ma już za sobą i chwyta się ostatniej deski ratunku, jaką jest zrobienie odważnego obrazu właśnie o włoskim premierze. Film to dość nierówny i nierzadko zdarza się, że skoki z wątku na wątek dezorientują widza, a obyczajowa historia rozpadu małżeństwa reżysera miejscami ma się naprawdę nijak do wszystkich innych. Jednak nie można odmówić filmowi siły przekazu. Kiedy jest satyrą – to bardzo ostrą, a kiedy dramatem rodzinnym – to dość wzruszającym, zaś końcówka, w której Berlusconiego gra sam Moretti, na długo zapada w pamięci. Rozchwianą kompozycję filmu trudno nazwać wadą, ponieważ podczas oglądania filmu znika ona sprzed oczu. Warto też wspomnieć o rewelacyjnej roli Silvio Orlando jako przeżywającego kryzys producenta.

        „Wiatr buszujący w jęczmieniu” Kena Loacha okazał się filmem tylko dobrym i zdaje się, że nie spełnił oczekiwań widowni, która przyszła obejrzeć film godny Złotej Palmy w Cannes. Szkoda, że byliśmy zmuszeni patrzeć na niego przez pryzmat laurów, jakie zdobył, bo obiektywnie rzecz biorąc to bardzo dobry film, rewelacyjnie nakręcony i zgrabnie opowiedziany, ale niestety niezbyt oryginalny. Wspólna walka rodzeństwa o niepodległość Irlandii zmieniająca się w bratobójczy konflikt to temat ciekawy, ale potraktowany odrobinę po macoszemu, można by rzec – standardowo, i nie budzący większych emocji. Jednak jeżeli oceniać film w kategoriach wiarygodnego ukazania walki wyzwoleńczej, to spisuje się on znakomicie. Tak jak powiedziałem, nie jest to obraz zły, ale nie będzie przesady w stwierdzeniu, że na Złotą Palmę nie zasłużył.

Wiatr buszujący w jęczmieniu reż. Ken Loach

Tristram Shandy - wielka bujda

reż. Michael Winterbottom

Śniadanie na Plutonie reż. Neil Jordan

        Najnowszy film Michaela Winterbottoma, „Tristram Shandy – wielka bujda”, był chyba jedną z największych pozytywnych niespodzianek festiwalu. Książki, wokół której krąży cały film, nie czytałem, a o tym, że ma opinię dzieła niemożliwego do przeniesienia na ekran, dowiedziałem się z przeczytanych wcześniej recenzji. Jednak brak znajomości głębszego kontekstu nie umniejsza doznań, jakich dostarcza film. Reżyser potraktował fakt rzekomej niemożliwości przełożenia książki na język filmowy w bardzo ciekawy sposób. Zdaje się, że wiedział, że nie jest nam w stanie przedstawić wiernej adaptacji, więc pokazał nam, jak inni się z tym użerają – jest bowiem to film o robieniu filmu. Komicznych sytuacji nie brakuje, a ich głównymi autorami są Steve Coogan i Rob Brydon, grający samych siebie. Ich rywalizacja aktorska na planie i poza nim nieraz doprowadza widza do wybuchu śmiechu. Inne osobliwe postacie i wydarzenia na planie także ukazują nam, w jakie bagno wpakowali się filmowcy, którzy krążą w kółko i spierają się o sprawy drugorzędne (jak scena batalistyczna) lub absolutnie trywialne (wysokość obcasów), a o sensie i istocie tego, co robią, nie mają zielonego pojęcia. Steve Coogan to wbrew pozorom postać pełnowymiarowa, a nie tylko aktor odgrywający samego siebie. Po prostu zagrał aktora o nazwisku Steve Coogan i masie problemów na głowie, z którymi sobie po prostu nie radzi. Konkubina i dziecko, zadurzona w nim asystentka planu, wkurzający Rob Brydon, scena w łonie, poprawki scenariuszowe, oskarżenia o spółkowanie z prostytutką – to wszystko zwala się bohaterowi na głowę w dwa dni, które mamy okazję obserwować. W całym tym radosnym i niesamowicie zabawnym szaleństwie postać aktora wydaje się zagubiona czy wręcz osamotniona. Bardzo spodobał mi się ten film i uważam go za jeden z lepszych, jakie miałem okazje oglądać na festiwalu, głównie z powodu rewelacyjnych dialogów, obfitujących w ironiczne docinki typowe dla angielskiego humoru.

        „Śniadanie na Plutonie” to niemal bajkowa przypowieść Neila Jordana o niejakim Patricku „Kici” Bradenie, synu księdza i sprzątaczki, transwestycie pośrednio zamieszanym w sprawy IRA, wyruszającym na poszukiwania matki. Jordan, po długim okresie milczenia, stworzył dzieło zupełnie inne niż wszystkie poprzednie filmy, ale wyszło mu to znakomicie. Dużo tu rockowej muzyki lat siedemdziesiątych i buntowniczego stylu tamtych czasów. Na szczególną uwagę zasługuje rola Cilliana Murphy’ego, którego nigdy bym nie posądzał o takie zdolności aktorskie – a na dodatek z jego dziewczęcą twarzą do roli transwestyty pasuje idealnie.

        O „Palindromach” nie napiszę zbyt wiele, bo film ten, zdaje się, można było obejrzeć na zeszłorocznej edycji ENH, która mi niestety przepadła. Wspomnę jedynie, że dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem, i bardzo mi się podobało. Nikt nie potrafi tak mocno przywalić amerykańskiej klasie średniej jak Solondz, a w „Palindromach” zrobił to w naprawdę mistrzowskim stylu.

Palindromy reż. Todd Solondz

Klucze do domu reż. Gianni Amelio

United 93 reż. Paul Greengrass

        Wcześniej wspomniane „Klucze do domu” okazały się filmem arcyciekawym, ale złym pomysłem było oglądanie go o 22.00. To bardzo spokojne kino, patrzące na dość osobliwy związek ojca i upośledzonego syna. Film rozpoczyna scena, w której ojciec po raz pierwszy spotyka nastoletniego już Paolo, którego porzucił przed narodzinami. Więź, jaka się między nimi nawiązuje podczas kolejnych podróży do sanatoriów, gubi widza. Ojciec uczy się syna i powoli zaczyna go kochać, jednak ten nie zawsze odwzajemnia tę miłość i potrafi okrutnie wykorzystywać uczucia ojca. Robi to celowo, czy wynika to z jego upośledzenia? Nie jest to w tym przypadku aż tak ważne, ale przy okazji tego filmu warto się zastanowić nad istotą rodzicielskiej miłości. Fenomenalny jest młody Andrea Rossi, który gra bardzo skoncentrowanie i potrafi oszczędnymi środkami skupić na sobie całkowitą uwagę widza. Rzecz to rzadko spotykana u dorosłych aktorów.

        Ostatnim filmem w cyklu „Panorama kina współczesnego: Mistrzowie”, jaki miałem okazję obejrzeć, był „Lot 93” Paula Greengrassa. Zaraz po seansie bałem się go nazywać arcydziełem, bo wiedziałem, że emocje muszą opaść, aby na spokojnie film ocenić. Jednak ogromna siła oddziaływania tego dzieła jest niepodważalna i muszę z satysfakcją stwierdzić, że jest to arcydzieło i zaraz obok „Vital” najlepszy film, jaki widziałem na festiwalu. To paradokumentalny zapis wydarzeń 11 września 2001 roku, skupiający się na jednym z czterech samolotów, które stały się pociskami w zamachach terrorystycznych – tym, który jako jedyny nie uderzył w zamierzony cel, ponieważ pasażerowie postanowili odbić go z rąk terrorystów. Zdaję sobie sprawę, że powyższy opis może odstraszać, ponieważ sam również przed seansem miałem duże obawy. Rzeczywiście przed reżyserem stało dużo pułapek, takich jak nieznośny patos, przejaskrawiony i na siłę uwypuklany patriotyzm Amerykanów, konieczność odniesienia się z szacunkiem do ofiar, ale jednocześnie niedemonizowanie terrorystów – i chyba największa pułapka: komentarze polityczne. Proszę jednak porzucić wszelkie obawy, bo Greengrass z wyjątkową zręcznością ominął te przeszkody. Wymienionych powyżej elementów w filmie po prostu nie ma. Skoro jednak ich nie ma, można spytać, co w takim razie pozostaje. Otóż pozostaje mistrzowskie kino dramatyczne, co prawda mające pewne cechy filmu katastroficznego, służące tylko do budowania napięcia w iście hitchcockowskim stylu. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie jest to tania rozrywka w hollywoodzkiej manierze, ale intensywny dramat katastroficzny, który szczególnie ostatnimi piętnastoma minutami powala widza, a po seansie pozostawia go sam na sam z refleksjami. W filmie nie ma żadnego komentarza odautorskiego, nie ma moralizatorstwa i przestrogi na przyszłość. Jest tylko dramat ludzi stających w obliczu śmierci, pokazany w tak dobitny sposób, że widz niemal zaczyna odczuwać ich strach. Wybitny film, o którym będzie się mówić jeszcze długo.

ODKRYCIA MILE WIDZIANE

        W kategorii „Odkrycia” panowała największa różnorodność stylów, krajów i tematyki. Część zaprezentowanych w niej obrazów to produkcje o sporych budżetach, firmowane dość znanymi nazwiskami reżyserów, a część – filmy były w stu procentach amatorskie i offowe. Nie znaczy to, że cykl był zły, ale zawsze musi się znaleźć taki „worek”, do którego można wrzucić każdy film, byleby był wartościowy. I to się organizatorom udało.

Propozycja reż. John Hillcoat

Funny Ha Ha reż. Andrew Bujalski

Dave Chappelle’s Block Party reż. Michel Gondry

        Możliwe, że drobną zapowiedzią szerszej retrospektywy kina australijskiego, planowanej na przyszły rok, była „Propozycja”. Jak na festiwal to produkcja dość mainstreamowa, pojawiają się w niej takie nazwiska takie jak Winstone, Pearce, Huston czy Hurt. Film Johna Hillcoata to jednak bardzo interesujący western, może nie do końca oryginalny, ale pod wieloma względami świeży. Co prawda określenie „świeży” do samej atmosfery filmu ma się jak pięść do nosa, bo błoto, piach, kurz i muchy na rozkładających się zwłokach występują tu w dość dużych ilościach. Surowy klimat to jedna z głównych zalet filmu, szczególnie że utożsamiany jest on właśnie z Australią, krainą niejako zapomnianą przez Boga, największą kolonią brytyjską, gdzie zsyłani byli wszyscy przestępcy z Imperium. Sama historia natomiast jest dość schematyczna, ale opowiedziana w znakomitym stylu. Ważną postacią dla tej produkcji jest też Nick Cave, który nie tylko skomponował muzykę do filmu, ale odpowiada też za jego scenariusz. Nie ujmując niczego jego zdolnościom scenopisarskim, powiem jedynie, że muzyka wyszła mu zdecydowanie lepiej.

        Dość ciekawe okazały się dwa filmy Andrew Bujalskiego. „Funny Ha Ha” i „Z wzajemnością” to filmy o dwudziestokilkuletnich ludziach, którzy znajdują się gdzieś między dorosłością a dzieciństwem i nie mają zbyt wiele pomysłów na dalsze życie. Tym, co może irytować w tych filmach, jest fakt, że bohaterowie stoją w miejscu, nie wyciągają żadnych wniosków, nie zmieniają się, nie odkrywają w sobie czegoś nowego. Nawet jeżeli ich relacje ulegają zmianie, to nie w takim stopniu, aby miało zasadnicze znaczenie. Mi jednak to zbytnio nie przeszkadzało, tym bardziej, że reżyser nie idzie w kierunku ukazywania rosnących patologii, alkoholizmu czy narkotyków, co w tego typu filmach jest dość częste. Pokazuje on bohaterów z dużą dozą ciepła i współczucia. Niezbyt znaczące kino, ale warte obejrzenia.

        Z luźniejszych klimatów warto wspomnieć o „Dave Chappelle’s Block Party”, który jest rewelacyjnym filmem koncertowym. Specjalnie nie przepadam za czarną muzyką, ale oglądało się to wyjątkowo przyjemnie. Czarny komik klasy (nie ma co się oszukiwać) średniej postanawia zorganizować koncert „gdzieś w Brooklynie”, w którym zagrać mają największe gwiazdy czarnej muzyki. I rzeczywiście mu się to udaje, bo śpiewają i grają tacy muzycy jak Erykah Badu, Jill Scott, Mos Def czy Kanye West. Najlepsza w filmie jest luźna atmosfera, która panowała na planie dokumentu, udzielająca się w dużym stopniu widowni. Występy koncertowe przeplatane ze scenami, w których główny koordynator, Dave Chappelle, chodzi za kulisami lub po swoim rodzinnym mieście i rzuca dowcipy na lewo i prawo. Świetnie się na filmie bawiłem i mimo że trwał ponad półtorej godziny, to po skończeniu projekcji poczułem żal, że to już wszystko. Oczywiście nie mam filmowi nic do zarzucenia, było to po prostu uczucie, jakie towarzyszy po skończeniu koncertu, kiedy trzeba wyjść – „Było świetne, szkoda że to już koniec”.

        „Człowiek z budką” to historia, jakich wiele, ale opowiedziana bardzo taktowanie, spokojnie i nienachalnie. Bliskowschodni emigrant mieszkający w Nowym Jorku, zarabiający na życie sprzedając kawę i ciastka w tytułowej budce, którą zawsze wcześnie rano ciągnie przez całe miasto na swoje stałe miejsce. Oczywiście jest kobieta, jest przyjaciel, który tak naprawdę przyjacielem nie jest, jest tragiczna historia, czyli raczej schematyczna konstrukcja, ale jak już wspomniałem, cicha i spokojna atmosfera filmu pozwalają rzeczywiście przejąć się losami głównego bohatera. Bardzo ciekawym symbolem okazał się ów wózek, który jest jedyną opoką bohatera na świecie, rzeczą, która nadaje rytm jego życiu, bez której nie potrafi funkcjonować.

Człowiek z budką reż. Ramin Bahrani

Paradise Now reż. Hany Abu-Assad

Keane reż. Lodge Kerrigan

The Guitar Mongoloid reż. Ruben Östlund

        „Paradise Now”, znany ze swojego ogromnego sukcesu na całym świecie i niedoszłego Oscara, rzeczywiście okazał się filmem znakomitym, choć nie do końca takim, jakiego się spodziewałem. To dość spokojna historia o przygotowaniach do zamachu samobójczego dwóch przyjaciół z Palestyny, Saida i Khaleda. Im bliżej zamachu, tym jeden staje się coraz bardziej zdecydowany go przeprowadzić, drugi zaś nabiera wątpliwości. Jest to bardzo ważny głos w sprawie światowego terroryzmu, tym bardziej wartościowy, że powstał w samej Palestynie. Poddaje w wątpliwość celowość ataków samobójczych „za sprawę” i dość odważnie (biorąc pod uwagę miejsce, gdzie powstał) mówi o wartości życia jednego człowieka. Mocny film, nie pozostawiający złudzenia, że nie najlepiej się dzieje na świecie i wypadłoby coś z tym zrobić.

        Film „Keane” warto obejrzeć głównie z powodu rewelacyjnej roli Damiana Lewisa, która pozwala nam zajrzeć w głąb umysłu człowieka opętanego manią poszukiwania zaginionej córki. Kamera w zasadzie nigdy nie daje odpocząć Williamowi Keanowi, który snuje się bezustannie po ulicach miasta, uwięziony w swojej własnej obsesji. Widzimy, jak jego desperackie próby zdobycia jakiejkolwiek informacji nie dają żadnych efektów. Pyta przypadkowych przechodniów, czy widzieli jego córkę, mimo że od jej rzekomego uprowadzenia minęły już dwa lata. Dla podejrzliwego i nieufnego Keana każdy może być porywaczem, którego wypatruje na dworcu autobusowym. Po pierwszej części, która mówi w zasadzie o wiele więcej o stanie jego umysłu aniżeli o samym porwaniu, film zmienia odrobinę charakter. Bohater przez zbieg okoliczności otrzymuje szanse odkupienia i rozpoczęcia normalnego życia. Opiekując się córką przypadkowo napotkanej kobiety, wydaje się wyjątkowo odpowiedzialny, jest wręcz wzorowym ojcem. Widz jednak ciągle ma przed oczami obraz człowieka zagubionego i psychicznie chorego. Napięcie w ostatnich scenach jest wręcz nie do zniesienia, głownie dlatego, że cały czas nie jesteśmy pewni, do czego bohater jest tak naprawdę zdolny. Jedno z większych festiwalowych odkryć, które potwierdza dość niepopularną acz słuszną tezę, że w Stanach ciągle powstaje wartościowe kino, a nie tylko hollywoodzkie szmiry.

        „The Guitar Mongoloid” to dla mnie mała rewelacja tego festiwalu. Film o niestandardowej strukturze, zlepiony z kilku równolegle prowadzonych wątków, w których śledzimy pojedyncze zdarzenia z życia dość specyficznych ludzi. Jest kobieta cierpiąca na alzheimera, grupka młodzianów lubujących się w dewastowaniu rowerów, chłopca, który gra na gitarze (a raczej ją katuje) na ulicach miasta, dwóch motocyklistów o słusznych rozmiarach i kilka innych osób, które umieszczone są pod wspólnym mianownikiem – mają za dużo czasu i nie wiedzą co z nim zrobić, tkwią w marazmie życia codziennego, nudzą się sakramencko, nie mają co robić, więc robią głupoty, marnują czas itd. Nie ma w filmie standardowej fabuły, która prowadziłaby bohaterów z jednego punktu do drugiego, są oni dla nas zawieszeni, puści, nie poznajemy nawet ich imion, są to ludzie, których w normalnym życiu mijamy na ulicy, przyśpieszając kroku, bo odstrasza nas ich odmienność. W ten sposób otrzymujemy pewien przekrojowy obraz określonej grupy społecznej stworzonej z wyrzutków. Czasami ich losy są śmieszne, czasami smutne, przez jakiś czas odczuwalne jest nawet widmo tragedii i jesteśmy niemal pewni, że reżyser tak właśnie zwieńczy film. Jednak zakończenie jest piorunujące, w pozytywnym sensie. Po obejrzeniu codziennych zajęć grupy ludzi, która nie jest w stanie budować, potrafi jedynie niszczyć i snuć się bezcelowo, dostajemy strzał w twarz w postaci manifestu ich odmienności, jakim jest olbrzymi balon zrobiony z worków na śmieci przez małego gitarzystę. Okazuje się, że potrafią tworzyć, ale ich twórczość jest inna i patrząc na karykaturalnie duży balon latający nad miastem, wprowadzający w zakłopotanie przechodniów, wiemy, że to, co oni tworzą – czyli tak naprawdę to kim są – jest po prostu inne, ani lepsze, ani gorsze. Był to dla mnie bardzo pouczający seans, uczący zarówno innego spojrzenia na kino, jak i na ludzkie ułomności i odmienności, których nie można ich bezrefleksyjnie oceniać, bez wcześniejszego poznania.

NOCE BEZ INDII - NOCNE SZALEŃSTWO

Komando Smoka reż. Daniel Lee

Pojedynek reż. Lee Myung-se

        Moja niechęć do Bollywoodu zmusiła mnie do zrezygnowania z dużej części „Nocnego szaleństwa”, ale kilka pozycji nastrajało mnie pozytywnie. Sądząc po opisie, „Komando Smoka” mogło się okazać filmem na tyle szybkim i głupim, by dostarczyć odpowiedniej ilości rozrywki po męczącym dniu. I ze wszystkich filmów „Nocnego szaleństwa” ta pozycja była chyba dla mnie najciekawsza. Rzeczywiście trudno brać na poważnie dwóch snajperów, którzy wywalają w siebie tysiące pocisków i w nic nie trafiają, lub agentów Interpolu trenujących ostrą amunicją na obwoźnej strzelnicy dla turystów. Jednak agresywny montaż i denna fabuła na dłuższą metę potrafią widza zmęczyć. Ale śmiechu tu co nie miara i film jak najbardziej godny miana nocnego szaleństwa.

        O „Bangkok Loco” krążyła opinia jednego z najbardziej „posranych” filmów świata. I rzeczywiście, delikatnie mówiąc nie jest to normalny film, który można brać na poważnie. Bębny Życia, pojedynek na bębny, seks w rytm bębnów, morderstwo podczas gry na bębnach, inspektor Czarne Uszy, Ringo Starr i „idę umyć ptaka”. Film ma mniej więcej tyle sensu, ile powyższa kombinacja słów. Salwy śmiechu pojawiają się wyjątkowo często, ale podobnie jak w poprzednim filmie, po pewnym czasie sama historia zaczyna nas nudzić.

        „Pojedynek” natomiast okazał się niestety niewypałem, bo wymieszanie burleskowej komedii z poetyckim filmem o miłości, która nie miała prawa zaistnieć nie jest korzystne. Pojedynki nakręcone nawet ciekawie, ale bez większego polotu. Film nie miał czym porwać widowni, zamiast tego zaserwował ograną historię bez polotu, zagraną wyjątkowo kiepsko. Nie można się z tego nawet pośmiać, bo nie jest to na tyle absurdalne, aby było śmieszne, ale też nie jest na tyle poważne, aby można było brać film na serio. I tyle z nocnego szaleństwa – moja indyjska alergia ograniczyła mój wachlarz wyboru w tym cyklu, a zdaje się, że przeleciał mi przed nosem najciekawszy film nocnego szaleństwa, czyli „Marihuanowe szaleństwo”, o którym słyszałem same superlatywy. Szkoda, ale zdaje się, że film w ograniczonej dystrybucji ma szansę trafić do polskich kin. Nie wszystko stracone.

KARTKI, KRESKI, POLSKA, PRAWDA

        Trzy cykle filmowe – „Konkurs – nowe filmy polskie”, „Konkurs filmów animowanych” oraz „Konkurs filmów dokumentalnych” – w moim odczuciu w dużym stopniu się na siebie nałożyły, ponieważ w konkursie animacji prezentowane były filmy tylko rodzimej produkcji, a najlepszy obraz w konkursie polskich filmów, jaki widziałem, był filmem dokumentalnym.

Caracas reż. Anna Błaszczyk

Kartki reż. Paweł Weremiuk

Jeden reż. Mateusz Jarmulski

Podróż na wschód reż. Magdalena Kulesza

        Konkurs animacji okazał się bardzo przyjemnym doświadczeniem, bo mimo że wystawiłem jedną jedynkę i dwie dwóje, utwierdziłem się w przekonaniu, że polska animacja stoi na światowym poziomie i po prostu jest z czym iść do ludzi. Co do zwycięzcy – nie było z zasadzie żadnych wątpliwości. Rewelacyjne technicznie, śmieszne i dostarczające sporego ładunku pozytywnych emocji „Kartki” od samego początku były faworytem i dużym zaskoczeniem byłoby, gdyby nie wygrały. Jest to historia mieszkającej samotnie starszej pani, której zostaje podrzucony lubiący rozrabiać szczeniak. Jednak gospodyni domu jest dość rygorystyczna, a nawet okrutna i postanawia ukrócić zapędy małego psiaka. Najciekawsze w filmie są rozwiązania formalne, szczególnie jeżeli chodzi o animację pieska. Bardzo przyjemny film, w zasadzie dla każdego. Drugie w konkursie „Ichtys” specjalnie mnie do siebie nie przekonało, ale trzecie „One” także oceniłem dość wysoko. W zasadzie była to animacja, która mogłaby równie dobrze powstać w wytwórni Pixar, tak pod względem tematycznym, jak i formalnym. Miło jednak zobaczyć, że podobne poczucie humoru, ale i techniczną doskonałość można znaleźć w Polsce. Bardziej artystyczne projekty znalazły się już niżej, bo jak to z takimi projektami, bywa podzieliły one publiczność. Mi do gustu przypadły „Podróż na wschód”, „Caracas” i „Telewizor”, ale jak to się mówi, gusta są różne.

        Filmów dokumentalnych nie obejrzałem zbyt wiele, przy czym żaden z nich nie brał udziału w konkursie dokumentów. „Taper” i „Glastonbury” w konkursie filmów dokumentalnych nie były, „Jak to się robi” wyświetlano w konkursie filmów polskich, a „Niech Bóg pobłogosławi Amerykę i Polskę też” i „Witajcie w Ameryce” były częścią retrospektywy Mariana Marzyńskiego. Te dwa ostatnie to dość ciekawe historie polskich emigrantów z różnych pokoleń w Stanach Zjednoczonych. „Witajce w Ameryce” był filmem słabszym, opowiadał historię czterech Polaków, którzy w latach osiemdziesiątych, nie znając języka, wyjechali do Stanów w poszukiwaniu lepszego życia. Widzimy krok po kroku, jak stają się „amerykańscy”, jak nieudolnie radzą sobie z językiem i kontaktami z ludźmi, a także jak narastają konflikty między niektórymi z nich. Kiedy film powstał, mógł robić wrażenie, jednak teraz – kiedy wyjazdy do Stanów czy na Wyspy Brytyjskie są dość powszechne – wydaje się dość archaiczny.

        Drugi film tego reżysera skupia się już na jednym człowieku, którego historia jest rzeczywiście wzruszająca. Franciszek Popiołek wyemigrował do Ameryki niejako z konieczności w roku 1911, mając lat piętnaście. Nie umiał pisać i czytać, tym bardziej nie znał angielskiego. Był sam, bez grosza przy duszy, imał się przeróżnych mało płatnych prac, wreszcie otworzył mały zakład fryzjerski i z niego się utrzymywał. Poznajemy go w momencie, gdy ma ponad dziewięćdziesiąt lat, parę dni po rozpoczęciu kręcenia filmu zmarła jego żona. Wydarzenie to stało się dla niego bodźcem do odwiedzenia Polski, po raz pierwszy od trzydziestu lat (i prawdopodobnie ostatni), zobaczenia żyjącej jeszcze siostry, rodzinnej miejscowości i wielu krewnych, jakich ma jeszcze w Polsce. Dzisiaj wiele rzeczy w filmie wydaje się przestarzałych, na przykład obraz Polski. Scena rozdawania pieniędzy napotkanym w Polsce ludziom trąci złym smakiem, jednak trzeba zrozumieć, że film jest z roku 1988 i w Polsce żyło się wtedy inaczej. Aktualna jest jednak historia amerykańskiego snu, który został odrobinę zmieniony, kto wie, czy nie ulepszony. Franciszek Popiołek nie dorobił się fortuny, nie stał się sławny i znany, ale czy można powiedzieć, że poniósł porażkę? Oczywiście, że nie. Gdy patrzymy na jego olbrzymią rodzinę, zarówno tę w Polsce, jak i w Stanach, i słyszymy, że w zasadzie wszystko, co mają (a mają o wiele więcej niż on), zawdzięczają właśnie jemu, jego ciężkiej pracy i poświęceniu, to musimy przyznać, że odniósł sukces. Starszy i bardzo skromny pan snujący się po swoim mieszkaniu i układający pasjansa w ostatnich scenach filmu budzi ogromny szacunek.

        „Taper” opowiada historię innego starszego i skromnego pana, który budzi nie mniejszy szacunek. Nie bez powodu, gdyż zdobył światową sławę. Willy Sommerfeld ma sto dwa lata i jest taperem, czyli muzykiem grającym na pianinie do filmów niemych. Jednak jego ewenement polega na tym, że nie komponuje muzyki wcześniej, tylko gra intuicyjnie, tak, jak każe mu obraz. Film to raczej standardowo opowiedziana historia pewnego człowieka, po kolei poznajemy jego młodość, losy podczas II wojny światowej i to, jak wreszcie został światowej klasy taperem, który jako jedyny dostaje owacje przed seansem.

Taper reż. Ilona Ziok

Glastonbury reż. Julien Temple

Wstyd reż. Piotr Matwiejczyk

Przebacz reż. Marek Stacharski

Jak to się robi reż. Marcel Łoziński

        „Glastonbury” pozostaje natomiast w odrobinę innych klimatach muzycznych. Film to raczej przydługi zapis historii festiwalu w miasteczku Glastonbury, który po brzegi wyładowany jest osobliwościami, jakie zdarzały się na tym festiwalu i muzyką, którą tam grano. Podobało mi się przez półtorej godziny i równie dobrze mogłoby się wtedy skończyć, bo na dobrą sprawę oglądamy ciągle to samo, czyli pijanych oryginałów gadających pierdoły, śmieszne sytuacje, jakie się zdarzyły na festiwalu, poprzebieranych w cudaczne stroje fanów, no i oczywiście grających na scenie muzyków. Potem film zaczyna nużyć, bo ani nie jest ciekawie spuentowany, ani niczego więcej się nie dowiadujemy. Ot, przyjemny, choć za długi film koncertowy.

        Jako że nie przepadam za polską kinematografią, podszedłem do konkursu filmów polskich z dużą rezerwą. Interesował mnie jedynie nowy film Matwiejczyka „Wstyd”, który potem okazał się zwycięzcą, i „Jak to się robi” Marcela Łozińskiego. „Wstyd” niestety mnie zawiódł, a miejscami nawet zdenerwował. Czy w Polsce nie tworzy się już pozytywnego kina? Czy to rzeczywistość jest tak okropna, czy lubujemy się jedynie w pokazywaniu tragedii, bo jedynie tak potrafimy poruszyć publicznością? Panu Matwiejczykowi radzę przestać oglądać tyle dzienników telewizyjnych, a możliwe, że znajdzie natchnienie gdzieś indziej. Co z tego, że reżyser pod względem warsztatu jest dobry jak na twórcę niezależnego, skoro nie potrafi opowiadać szczerze? Tak, nie ma w tym filmie ani trochę szczerości, czujemy wstręt do bohaterów, którzy są płascy jak kartka papieru, a historia o zachwianej chronologii to nic nowego. Mam już dość polskich filmów o wyobcowaniu i zagubieniu, i proszę mi nie kazać zgadywać, kto tak naprawdę zgwałcił główną bohaterkę – ojciec, ginekolog czy nauczyciel muzyki – bo mnie to nie obchodzi. Fakt, że została zgwałcona, o czym dowiadujemy się już na samym początku, wystarczy mi, aby stwierdzić, że nie ma już w Matwiejczyku nic offowego, niezależnego i nowatorskiego. Można (a nawet trzeba) robić filmy niepokojące, o ciemnych stronach życia, ale ja wolę takie, które pytają: „czemu jest źle?” albo: „co z tym można zrobić?”, bo każdy idiota może powiedzieć „jest źle”, „Czemu? - Bo tak.”.

        I tym sposobem dotarliśmy do niewątpliwego wydarzenia tego festiwalu, czyli „Jak to się robi”. Film rozpoczyna się jak kolejny reality show a la „Idol”. Specjalista od wizerunku osobistego Piotr Tymochowicz ogłasza casting na polityka – spośród wszystkich zgłaszających się kandydatów wyłoni jednego szczęściarza, którego zamieni w polityka. Początek filmu jest raczej rozrywkowy i niewinny, miejscami nawet zabawny. Przecedzona przez pierwsze sito ósemka kandydatów dostaje lekcje od Tymochowicza w zakresie prezencji, gestykulacji, dykcji itp. Ćwiczą na „żywym organizmie” to, czego się nauczyli, próbują z lepszym lub gorszym skutkiem stać się usłyszani przez tłum, wykrzykując bezsensowne i populistyczne hasła. Po pewnym czasie film jednak nabiera innego tonu. Jedna z kandydatek przyznaje otwarcie przed grupą, że nie chce z nimi być w momencie, gdy trzeba „wybrać stronę”. Nie ma sensu dalej opowiadać, co się w filmie zdarzyło i jaki jest jego finał, ale nie można przemilczeć faktu, że jest to ważny film i bardzo dobrze, że powstał. Wbrew pozorom nie chodzi tu o krytykowanie jakiejkolwiek frakcji politycznej, ale głównie o pokazanie, że w polskich realiach każdy może zostać politykiem, każdy może rządzić. I niepotrzebne są do tego wielkie kryzysy, na których można wypłynąć, ani nowatorskie pomysły. „Wystarczy się tylko przebrać”. Zastanawiamy się też nad tym, że wiedza, którą posiada Tymochowicz, nie jest ani magią, ani alchemią. To wiedza, którą posiąść i wykorzystać może każdy. Film z jednej strony mówi o tragedii „zwycięzcy” castingu, który wyrzekł się swoich niesprecyzowanych do końca ideałów, ale politykiem został. Jest to człowiek pusty, a co gorsza mamy okazję oglądać, jak wydrążona zostaje z niego osobowość, jak zostaje ubrany w nowy garnitur i staje się gadającą głową, która mówi, owszem ładnie, ale nie ma pojęcia, o czym. Z drugiej strony jest to także pewnego rodzaju przestroga dla polskiego społeczeństwa, które jest w stanie „kupić” każdą populistyczną bzdurę, byleby była wygłoszona odpowiednio głośno. Tymochowicz nie jest wcale demonizowany ani oceniany. Choć z jego ust strumieniami leje się cynizm, to jest to jedynie jego praca. Można go nazwać sprzedajną dziwką, ale nie byłby w swoim fachu tak dobry, gdyby dobierał klientów według własnych przekonań politycznych. Ważna jest też postać dziennikarza, który obserwuje wszystko z boku, czasami tylko komentując. W filmie przyjmujemy jego punkt widzenia i podobnie jak on z przerażeniem i irytacją patrzymy na to, co jest możliwe na polskiej scenie politycznej. Tak jak już wspomniałem, ważny to film, który nie mówi tylko, że „jest źle”, gdyż kariery „młodych wilczków” w polityce to żadna nowość. „Jak to się robi” każe nam poważnie się zastanowić nad Polską, nie tylko w kontekście „kto nami rządzi”, ale głównie „kogo chcemy, aby nami rządził”. Decyzja jury o zwycięstwie filmu Matwiejczyka ex aequo z „Przebacz” Marka Sztycharskiego trochę mnie zawiodła. Jestem pewien, że gdyby nagroda zależała od publiczności lub od jury, w którego składzie byłby co najmniej jeden Polak, wygrałby film Łozińskiego. Mam jednak nadzieję, że film trafi do kin lub telewizji, bo byłoby dobrze, gdyby obejrzało go więcej ludzi niż tylko cześć publiczności festiwalowej.

KOŃCZĄC

Kraina Traw reż. Terry Gilliam

Leningrad Cowboys go America reż. Aki Kaurismaki

        Z innych ciekawych projekcji mogę wymienić najnowszy film Terry’ego Gilliama „Kraina traw”, który podzielił publiczność, ale mnie oczarował. Jak zwykle szalony, groteskowy, miejscami obrzydliwy, ale magiczny film pochłonął mnie w całości i z wielką chęcią obejrzę go jeszcze raz, choćby tylko dla rewelacyjnej Jodelle Fernand. „Historia pewnej ucieczki” z cyklu argentyńskiego to mocny film oparty na faktach. W roku 1977 młody Claudio zostaje zatrzymany przez agentów rządowych, którzy myśląc, że jest lewicowym wywrotowcem, torturują go i więzią wraz z innymi podejrzanymi. Film jest znakomicie zrealizowany i ani razu nie pozwala widzowi odetchnąć, utrzymuje napięcie do ostatnich minut. „Leningrad Cowboys jadą do Ameryki” to starszy film, ale nie mogłem go sobie odpuścić. Jest to historia skandynawskiego zespołu, który z konieczności wyrusza do Stanów, aby tam odnieść sukces. Absurd goni tutaj absurd i mimo że film nie ma szaleńczego tempa „Blues Brothers”, to śmiechu jest tyle samo, jeżeli nie więcej. I to tyle, miałem okazję obejrzeć jeszcze znane już większości „Ukryte” Hanekego, zeszłorocznego triumfatora konkursu, czyli „Tarnation”, „Szepty i krzyki” Bergmana oraz kilka mniej znaczących seansów typu „TVP Kultura – Mediokracja”, której twórcy mają na tyle tupetu, żeby awanturować się o „czerwony znaczek”, jaki został przypięty w telewizji ich wątpliwemu „dziełu”.

        To był dobry festiwal, ale potrzeba mi było paru dni oddechu, aby móc to stwierdzić. W trakcie czuło się pewien niedosyt, czegoś brakowało. Może to za sprawą miasta, które w żadnym stopniu Cieszyna nie przypominało, nie wiem. Wiem, że kilkanaście dni po zakończeniu nie żałuję, że nań pojechałem, i chciałem podziękować panu Gutkowi i całej jego ekipie, że dalej ciągnie to, co zaczął ponad pięć lat temu w Sanoku. Oczywiście nagrody pieniężne, telewizja i generalny szum medialny to rzeczy, które mogą szaremu uczestnikowi odrobinę przeszkadzać, ale rekin, który nie płynie – umiera, więc jest to zrozumiałe.Skoro jednak byłem na festiwalu, to przydałyby się nagrody. Chociaż niestety nie widziałem wszystkich nagrodzonych filmów, mogę za to podać swoje typy do nagród spośród filmów, które widziałem.

MOJE NAGRODY

                                                          NAJLEPSZY FILM

LOT 93

ex aequo

VITAL


                                                       NAJLEPSZY REŻYSER

Ruben Östlund - The Guitar Mongoloid


                                                         NAJLEPSZY AKTOR

Damian Lewis - Keane

exequo

Andrea Rossi - Klucze do Domu

                                                       NAJLEPSZA AKTORKA

Jodelle Fernand - Kraina Traw

                                                    NAJLEPSZY SCENARIUSZ

Tristram Shandy - wielka bujda