„Umarł Bond, niech żyje Bond!”

Maciej Kotula - Luke

Bond i kultura masowa

Wstęp

Nie ma wątpliwości, że seria o przygodach Jamesa Bonda (nawiasem mówiąc, bardzo już długa) to jedna z ikon współczesnej kinematografii. Filmów z agentem Jej Królewskiej Mości było już 23, ostatni odcinek to „Quantum of Solace”. Jednak nie narobił on tyle zamieszania, ile przedostatni odcinek perypetii asa wywiadu - „Casino Royale” (według Iana Fleminga, autora serii, jest to pierwsza część przygód), który wprowadził wiele zmian, rozpoczynając tym samym nową erę filmów o Bondzie. Nie da się zatrzymać postępu, nie da się powstrzymać również obyczajów, jakie panują we współczesnej kulturze popularnej oraz filmie. Obraz 007 został stworzony praktycznie od początku. Zmieniło się podejście do kobiet, zmienił się wygląd samego agenta, jego zachowanie i sposób kręcenia scen. Jest szybciej, bardziej „ostro”, bez pardonu, także bez większych uczuć oraz obyczajowego wyrafinowania. Wszystko wygląda bardziej realistycznie, a przez to wiarygodniej (tak przynajmniej uważa większość widzów). Natomiast poprzednie części to w dużej mierze filmy śmieszne zarówno realizatorsko, jak i fabularnie. Bawić mogły w nich przede wszystkim wyczyny agenta, który łamał wszelkie prawa fizyki i rachunku prawdopodobieństwa. Z drugiej jednak strony, kinematografia nie zna granic – tutaj możliwe jest wszystko. Nie chcę obrazić fanów serii, bowiem sam się do nich zaliczam, jednak spoglądając w przeszłość, mam wrażenie kiczu, jaki charakteryzował te filmy.

O Bondzie

Postać głównego bohatera została przez twórców odmieniona. Nie jest to już przykładny angielski dżentelmen, który wie, kiedy granica może zostać przekroczona. Pierwsze sceny wystarczająco wiele mówią o agencie, a także o jego twórcach. Widzimy Bonda, który w bestialski sposób zabija jednego ze swoich wrogów. Na twarzy 007 możemy zauważyć wówczas wyraz pewnego zadowolenia oraz satysfakcji z tego, co zrobił przed chwilą. Nie powinno nas to dziwić, ponieważ - jak sądzi Rafał Syska - obecność przemocy w produkcjach filmowych jest elementem koniecznym. W konwencjonalnych filmach sensacyjnych biologiczny fenomen umierania oddzielony jest jednak od przemocy. Widz w ostateczności przyzwyczaja się do widoku śmierci na ekranie i nie reaguje na kolejne morderstwa. Według Syski widz dostrzega okrucieństwo jedynie wtedy, gdy zostało ono z konkretnego dzieła „wyrugowane lub przekształcone w niezgodny z konwencjami sposób”1.

Wraz z rozwojem kina akty przemocy zmieniały swoją formę – zauważyć to możemy również na przykładzie serii o Bondzie. Dawniej, w latach 30., kiedy swoją świetność przeżywały filmy gangsterskie, wystarczył gest, symbol czy prosty rytuał. Wygląd dzisiejszych scen przemocy przybrał taką a nie inną formę za sprawą wojen, napływu nowych prądów społecznych i intelektualnych, nie zaś zmiany strategii działania filmowych twórców. Współczesne prezentowanie aktów przemocy ma bardzo widowiskowy charakter. Już nie wystarczy wycelowanie lufy pistoletu we wroga i pociągnięcie za spust (jak to bywało w pierwszych filmach o 007). Niegdyś trzeba było jedynie umownego znaku, aby widz mógł uzmysłowić sobie, że osoba pokazana na ekranie została postrzelona. Wspomniany wcześniej Syska pisze, że „klasyczny film strzegł widza przed nim samym”2. Niwelował treści, które mogły wpłynąć na kształtowanie się charakteru człowieka. Współcześnie natomiast mamy do czynienia z rozkoszowaniem się śmiercią. Bohaterowie są źli, charakteryzuje ich instynktowność działania, wyzuci są z wszelkich uczuć, ich postępowaniem kierują głównie żądza zemsty i pragnienie krwi. W takiej sytuacji widz traci komfort utożsamiania się z głównym bohaterem. Z Bondem nie jest tak do końca źle, ma bowiem wyrzuty sumienia oraz potrafi się zakochać. Również według samego autora książki „Bond miał być zupełnie przeciętną postacią i to dopiero w zestawieniu z M (jego zwierzchniczką) wyłania się prawdziwy charakter 007, sprawnego fizycznie, odważnego, bystrego, chociaż żadnej z tych właściwości nie ma on w nadmiarze. To raczej pewna siła moralna, upór w wierności powierzonemu zadaniu (…) pozwalają mu dokonać niezwykłych czynów bez uciekania się do sił nadnaturalnych”3.

W „Casino Royale” twórcy postawili jednak na trochę innego agenta niż ten stworzony przez Fleminga. Jest to postać, która ciągle reprezentuje urodę i męskość kontrastującą ze sposobem przedstawienia Czarnego Charakteru. Dodano mu jednak atrybuty współczesnego bohatera idealnego, a mianowicie wysportowane i perfekcyjnie wyrzeźbione ciało. Jest to odpowiedź na obsesyjny czy wręcz chorobliwy kult ciała w dzisiejszej kulturze popularnej. To właśnie dzięki ciału możemy zmieniać się, przekształcać swoją osobowość. Nie liczy się inteligencja i zdobyta wiedza, wszystko zależy od tego, jak sprzedamy własny wizerunek, jak skomentują nasz wygląd gazety i popularne serwisy informacyjne, które często ustalają granicę pomiędzy kiczem a czymś najbardziej pożądanym. Jednak właśnie ten kicz charakterystyczny jest dla czasów popkultury. Dla Jeana Baudrillarda kicz może kryć się wszędzie – filozof kultury definiuje go jako „pseudoprzedmiot”, czyli „symulacje, kopię, imitację, stereotyp, niedostatek rzeczywistego znaczenia i nadmiaru znaków, alegorycznych odniesień, sprzecznych konotacji, jako spotęgowanie i gloryfikację detalu i nasycenie za jego pomocą”4. Kicz jest dla niego kategorią kulturową. Zjawisko kiczu nie występuje w społeczeństwie społecznie bezwładnym i nieruchomym, jednak „tutaj ograniczona liczba luksusowych przedmiotów wystarcza jako surowiec dystynkcji kasty uprzywilejowanych”5.

Współczesny Bond to również postać bez większych zahamowań. Jedna scena zmieniła bardzo jego postać: oto po nieudanej partii w pokera i kłótni ze swoją nową miłością, Vesper, agent udaje się do baru, gdzie na pytanie barmana dotyczące rodzaju martini (słynne – „wstrząśnięte czy zmieszane”?), odpowiada: „mam to w dupie”. Widać tutaj wyraźne rozmycie się granic pomiędzy dawnym poczuciem elegancji i wyższości a dzisiejszym byciem twardzielem bez kultury. Jak pisze Wiesław Godzic: „coraz trudniej zauważyć granicę między wartością i jej zaprzeczeniem”6. Mirosław Pęczak natomiast taki stan rzeczy przypisuje tak zwanej „kulturze ponowoczesnej”, gdzie „niskie” miesza się z „wysokim”, a „lokalne” z „globalnym”7.

To cecha charakterystyczna współczesnej popkultury, z której przemysł filmowy czerpie garściami (z założenia przecież każdy film wyprodukowany w Hollywood ma osiągnąć sukces kasowy). Mariusz Czubaj pisze, że „paleopopkultura ustępuje – na różnych polach – neopopkulturze”8. Porównuje przy tym starych bohaterów, którzy wyparci zostali przez nowych idoli, stworzonych głównie ze względu na cechy konsumpcyjne i medialne. Zmienił się również obraz współczesnego fana. Za sprawą rozwijających się mediów, a głównie dzięki Internetowi „»Fanizm« wyraża się indywidualnie, szybciej i naskórkowo: skacząc po stylach i serfując po idolach”9.

Nie mogłoby obyć się również bez tematyki spisku oraz niezidentyfikowanych mechanizmów, które w ukryciu rządzą ludźmi oraz światem. Dla Czubaja te „spiskowe teorie w popkulturze są czymś w rodzaju potocznego mitu porządkującego rzeczywistość i zarazem popularnej teodycei, tłumaczącej sens i obecność zła na świecie”10.

Kobiety Bonda

„Casino Royale” na pewno nie przeszło bez echa wśród społeczności feministek. Bond to kobieciarz mający swoje twarde zasady. W jednej ze scen zapytany, czy lubi mężatki, odpowiada, że „to bardzo ułatwia sprawę”. W przypadku „Casino…” nie możemy jednak naszego bohatera spisywać na straty, jeśli chodzi o związki z płcią piękną. Jak zwykle i tutaj zakochuje się w kobiecie, która jest na usługach czarnego charakteru. Ta miłość jest jednak pełniejsza niż kiedykolwiek. Na końcu Bond traci dziewczynę, która w scenie końcowej popełnia samobójstwo, nie mogą znieść trapiących ją wyrzutów sumienia. W tym wypadku Umberto Eco jest stanowczy, puentując: „Bond powraca stale do swojej anglosaskiej czystości nieżonatego mężczyzny. Rasa pozostaje nieskażona.”11 Dawna miłość przemienia się w nienawiść, a czułość w brutalność – „Robota wykonana, dziwka nie żyje” - powiadamia przez telefon londyńską centralę i kończy grę uczuć.

Tylko jedna kobieta może przeciwstawić się agentowi i tylko jednej może on słuchać - to M, zwierzchniczka, która wydaje mu rozkazy. Dla Bonda jest to osoba posiadająca pełną informację dotyczącą wydarzeń. Wyższość M nie pochodzi z utrwalonej relacji kobiety i mężczyzny, ale z przewagi mającej swoje korzenie właśnie we władzy i posiadanej pozycji. Tylko dzięki niej może działać i tylko jej rozkazy wykonuje - choć, jak widzimy, robi to często nieszablonowo, potrafi nawet włamać się do jej mieszkania. Nie ma tutaj miejsca na jakiekolwiek uczucia i miłość. To wielki zwrot w nowych produkcjach o Bondzie, zapoczątkowany filmem „GoldenEye” z 1995 roku. Przez wiele lat postać M grana była przez mężczyzn, tu jednak - pomimo wielu protestów - powierzono ją brytyjskiej aktorce Judi Dench.

Sylwetki kobiet w „Casino Royale” zostały pokazane z zupełnie innej strony. Nie są one już tak naiwne jak piłująca paznokcie panna Moneypenny. Stanowią trzon akcji, wpływają na nią i na głównego bohatera, są źródłem jego niepowodzeń i załamań.

Nieśmiertelny

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy obecny kształt Jamesa Bonda jest tym idealnym, wypracowywanym przez wiele lat. Jak stwierdza Umberto Eco: „Wybrał on [Fleming] bowiem model bajki, a bajka musi być traktowana jako prawdopodobna, w przeciwnym bowiem razie przemienia się w satyryczny apolog. Mogłoby się wręcz wydawać, że autor pisze swoje książki po to, aby zostały one odczytane w dwojaki sposób, adresuje je zarówno do tych, którzy wezmą wszystko za dobrą monetę, jak i do tych, którzy potraktują rzecz z dystansem. Warunkiem jednak takiej ambiwalencji jest ton autentyczny i wiarygodny, opisywanie okrucieństw na poważnie. Ktoś, kto dokonuje takiego wyboru, nie jest ani faszystą, ani rasistą: jest po prostu cynikiem, inżynierem opowieści przeznaczonej dla mas”12. Pomimo, iż większość starego klimatu przepadła, nowe filmy ogląda się bardzo dobrze. Sprawny i orientujący się widz będzie w stanie spojrzeć na niektóre elementy z przymrużeniem oka i przez prawie dwie i pół godziny zapomnieć o otaczającej go rzeczywistości. Na tym przecież polega magia kina.

________________________________________
  1 Syska R., Między konwencją a fizjologią. Kilka uwag o przemocy w kinie, Kultura Popularna, SWPS ACADEMICA, Warszawa, 0/2002, s. 81.
  2 Tamże, s. 82.
  3 Umberto Eco, Superman w literaturze masowej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1996, s. 190.
  4 Baudrillard J., Społeczeństwo konsumpcyjne: Jego mity i struktury, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2006, s. 138.
  5 Tamże, s. 139.
  6 „Znak”, 10/2004, s. 37.
  7 Pęczak M., Parnas dla mas, Polityka, 45/1999, s. 45.
  8 M. Czubaj, Biodra Elvisa Presleya: Od paleoherosów do neofanów, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2007, s. 18.
  9 Tamże, s. 18.
  10 Tamże, s. 235.
  11 Umberto Eco, Superman w literaturze masowej, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1996, s. 203.
  12 Tamże, s. 216.






Autor : Maciej Kotula - Luke

Skomentuj tekst :