![]() |
![]() |
![]() |
Niełatwa jest dola debiutującego reżysera. Z ubogim bagażem zawodowych doświadczeń, niepewnością względem obranej przez siebie drogi i stosem obaw przed finalnym spotkaniem z krwiożerczymi recenzentami debiutant musi podjąć ryzyko. Karierę może więc rozpocząć na przykład od mocnego tematu, aby psychicznie wyczerpać widzów. Może też spędzić długie miesiące na kompletowaniu wybitnej obsady i pozyskiwaniu funduszy na jej opłacenie. Wreszcie – może odizolować się na pewien czas od świata i podjąć próbę napisania scenariusza dopracowanego w każdym detalu. I jeśli coś z tego wyjdzie, chwała mu za to.
Pawłowi Borowskiemu wyszło. „Zero”, jego opowieść o ludziach żyjących w bliżej nieokreślonym miejscu, konsekwentnie meandruje, tworząc misterny splot wydarzeń. To klasyczny wielowątkowiec, który przyciąga uwagę precyzją wykonania. Reżyser w trakcie jednej filmowej doby przedstawia nam dość kompletny przekrój społeczeństwa, w którym mimo braku bliższych więzi los jednego człowieka bezwiednie oddziałuje na los kolejnego.
I tak oglądamy ponad dwudziestu bezimiennych bohaterów. Nazw nie mają także firmy, w których pracują, ani miasto, w którym żyją. Mamy biznesmena, taksówkarza, detektywa, gangstera, bezrobotnego, gwiazdkę filmów porno i wielu innych. W większości nie znają się, ani tym bardziej nie są świadomi wpływu własnych działań na otoczenie. Nie wiedzą, że jako część szarej masy bardzo łatwo mogą zostać uwikłani w zdradę, przestępstwo, miłość, ból, ludzką tragedię. Raz uruchomiony w pierwszych minutach filmu mechanizm rozprzestrzenia się reakcją łańcuchową, której nikt nie jest w stanie zatrzymać. Stać się to może jedynie samoistnie.
![]() |
![]() |
![]() |
Głęboko przemyślany scenariusz filmu ma na szczęście odzwierciedlenie także w elementach technicznych. Zdjęcia Arkadiusza Tomiaka dobrze wyrażają surowość wydarzeń. Reżyser, wierny scenariuszowi, zadbał natomiast o to, by przejścia między scenami odbywały się zgodnie z przyjętym na początku założeniem. Kiedy jedna sekwencja dobiega końca, nie następuje klasyczne cięcie. Bohater naturalnie spotyka innego, za którym z kolei zaczyna podążać kamera. Jest to zabieg pożądany przez reżyserów filmów o wielu równorzędnych wątkach. Czasem takie zamysły wymykają się spod kontroli. Paweł Borowski zdecydowanie na to nie pozwolił. Krótkie, dynamiczne sceny to również wyzwanie montażowe, któremu sprostała Magdalena Mikołajczyk.
Dla filmu, którego fabuła tak bardzo dba o uniwersalność poszczególnych jego elementów, ważne są zabiegi postprodukcyjne. Graficy subtelnie, lecz skutecznie ingerowali w krajobrazy, by uczynić Warszawę i Łódź (w których to miastach odbywały się zdjęcia) trudnymi do rozpoznania. Ujednolicono również rejestracje samochodowe, oznaczając je literami DOE, które wskazują na fikcyjny powiat. A wszystko po to, by przenieść uwagę widza z miejsc na wydarzenia i z postaci na uczucia.
„Zero” można nazwać dobrze zaplanowaną i wykonaną rozrywką intelektualną. Twórcy nie podają nam gotowych rozwiązań, a jedynie pozostawiają tropy do wykorzystania we własnej interpretacji. Można więc przypuszczać, że – zgodnie z tytułem – po upływie doby bohaterowie wrócą do punktu wyjścia. Będą jednak wzbogaceni o przeżycia i doświadczenia – umocnieni nimi lub osłabieni. Czy widz również wyjdzie z seansu o coś wzbogacony? Trudno tu mówić o poważniejszych formach zachwytu. Prawdopodobnie nie nazwie też filmu arcydziełem. Jednak uznanie dla formy oraz konsekwencji i precyzji w jej wykonaniu, będzie w tym wypadku co najmniej stosowne. Sądzę, że „Zero” nie pozostanie niezauważone w tłumie październikowych premier. A przynajmniej bardzo mu tego życzę.











4/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!