![]() |
![]() |
![]() |
Lubię filmy, które bawią się oczekiwaniami widza. Sztuka to wielce niebezpieczna, przypominająca stąpanie po kruchym lodzie, bo bardzo łatwo przedobrzyć i sprawić, że odbiorca poczuje się jakby potraktowano go środkowym palcem bądź jak naiwniak, który łyknął marketingowy szwindel. Zazwyczaj proces „urabiania” widza zaczyna się już na etapie promocji, gdy unika się zdradzenia istotnego zwrotu fabularnego, do jakiego dojdzie prędzej czy później w filmie, bądź akcentuje elementy określonego gatunku, które w ostatecznym produkcie występują w niewielkim natężeniu. Efekty daje to różne, czasem jesteśmy totalnie zaskoczeni jak w „Wiosce” (o ile nikt nie zdradził nam wcześniej twistu fabularnego), innym razem rozczarowani, że istota zwiastuna w gotowym filmie szybko zeszła na dalszy plan („Hancock”). Bywa też, że żałujemy, iż koło zamachowe całej promocji (jak wendetta Bękartów w najnowszym filmie Tarantino) okazuje się niezbyt wyeksponowane, ale akceptujemy taką decyzję reżysera. Najgorzej, gdy kończy się rozdrażnieniem, że film promowany jako pełen szybkiej akcji i licznych wybuchów, okazuje się spokojną historią, która tempa nabiera jedynie miejscami. (No dobra, mnie osobiście akurat takie „rozczarowania” zazwyczaj nie przeszkadzają).
„World’s Greatest Dad” niewątpliwie zaskakuje widza, igrając z jego oczekiwaniami, ale bazuje to raczej na konstrukcji filmu niż jego promocji (która była raczej licha). Przez pierwsze trzydzieści minut oglądamy historię szarego, niewyróżniającego się nauczyciela (Robin Williams), bezskutecznie usiłującego zainteresować wydawców swoimi kolejnymi książkami, które zazwyczaj kończą w śmietniku. Z jednej strony jest szczęściarzem, ma ładną i uroczą dziewczynę, z drugiej zaś musi się zmagać z rozwydrzonym synem, który pomiata całym światem, włącznie ze swoim ojcem (w roli nastoletniego potwora znany z „Małych agentów” Daryl Sabara). Mijają kolejne minuty i zaczynamy się przyzwyczajać do myśli, że będzie to komediodramat o szaraku, który nie potrafi naprostować w swoim życiu pewnych spraw… aż tu nagle całość w mgnieniu oka zamienia się w cyniczną opowieść o nieco amoralnym posmaku. Bohater okazuje się spryciarzem, który z osobistej tragedii wyciąga korzyści kosztem otoczenia. Jego dziewczyna – pustą lafiryndą niewartą funta kłaków (chociaż to w zasadzie można było dostrzec niemal od razu). A syn… no cóż, sami zobaczycie.
![]() |
![]() |
Rodzi to u widza mieszane uczucia. Najpierw lekko rozbudza uwagę ze względu na nieoczekiwany rozwój wydarzeń. Następnie rośnie zainteresowanie, dokąd to będzie zmierzało, a jednocześnie pojawia się lekki niepokój, czy aby całość nie zakończy się stereotypowo: skruszony bohater wyzna grzechy, spotka się z ostracyzmem społecznym, a w finale zmaże swoje winy. Co ciekawe, gdy historia zbliżała się do końca i nic takiego nie następowało, z zaskoczeniem odkryłem, że zaczyna mi to przeszkadzać. Przyczyną był brak głębszej myśli stojącej za całą historią (bądź – jak kto woli – przekazu, chociaż w tym przypadku to nieco mylące określenie, bo bynajmniej nie oczekiwałem filmu z tezą), błyskotliwej idei na pociągnięcie początkowo interesującego pomysłu, kiedy klimat skręcił w zupełnie nowym kierunku. Bohater miotał się w stworzonej przez siebie bajce, dodawał do niej kolejne rozdziały, ale większego sensu w tym nie było, a reakcja świata okazała się nieprzekonująca, przesadnie przerysowana, niemieszcząca się nawet w ramach filmowej umowności i zwyczajnie naiwna. Ot, skrojona, żeby zabawić widza, ale przy założeniu, że nie będzie on wymagał od bohaterów chociażby minimalnej dawki logiki. Koniec końców, zgodnie z początkowymi obawami, zakończyło się jednak w pewnym stopniu sztampowo: światu zdjęto klapki z oczu, bohater naraził się tym samym lokalnej społeczności, ale rzecz jasna prawdziwi przyjaciele stanęli na wysokości zadania i zostali przy nim.
A zatem zły film? Nie, raczej dość banalny i błahy, ale przy tym odważnie kreujący odstręczające ludzkie charaktery oraz śmiało sięgający po cynizm i wyrachowanie. Bawiący, kiedy ma bawić, lekko wzruszający, kiedy ma wzruszać, ale ocierający się przy tym momentami o kicz i infantylizm. Chwilami też zbyt nachalnie próbujący budować klimat za pomocą muzyki; jeżeli nie podobało wam się to chociażby w „Garden State”, tutaj na pewno będziecie kręcili nosem (a w zasadzie uchem). O ile w filmie Zacha Braffa częsta dominacja muzyki nad obrazem podobała mi się, tak tutaj zazwyczaj przeszkadzała (aczkolwiek końcowa scena na basenie jest bardzo fajna). Mimo tego mamy do czynienia z miłym w odbiorze filmem, po którym widz nie będzie sobie wyrzucał zmarnowanego czasu, ale ostrzegam, że momentami może poczuć konsternację i lekkie zażenowanie.










6/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!