Okrutny, brutalny, wstrząsający (część osób wyszła z sali w trakcie seansu) – „White Lightnin’” to prawdziwy film z gatunku tych, o których możemy powiedzieć, że stanowią ekstremalne przeżycie. Wszystkie „Piły” i „Hostele” mogą się schować przy mrocznej, ponurej – i przede wszystkim autentycznej – historii Jesco White’a, „tańczącego przestępcy” z Appalachów w Zachodniej Wirginii. Tak, to te same góry, z których na swą traumatyczną wyprawę wyruszyli bohaterowie „Deliverance” Johna Boormana. Jeśli ktoś oglądał, na pewno pamięta niesamowitą postać niedorozwiniętego chłopca, którego melodyjka wygrywana na banjo wieszczy podróży mieszczuchów niepokojące memento.
![]() |
![]() |
Chłopiec i jego rodzina mogliby mieszkać w sąsiedztwie Jesco, dziecka urodzonego w Bandytown, w rodzinie tzw. white trashes. White przyszedł na świat pod złą gwiazdą, od samego początku naznaczony był autodestrukcyjnymi instynktami i skłonnościami. Już w wieku sześciu lat po raz pierwszy wąchał klej, niedługo potem doszła amfetamina i pierwszy pobyt w domu poprawczym. Jak powszechnie wiadomo, przybytki takie raczej nie resocjalizują, a jeśli kogoś zmieniają, to na pewno na gorsze. Od tego momentu życie naszego bohatera zaczęło przypominać zjazd po równi pochyłej odbywany w przyspieszającym tempie. Przemoc, narkotyki, alkohol, schizofrenia, kolejne ataki destrukcyjnego szału przerywane – właśnie – szukaniem ratunku w tańcu.
Ojciec Jesco, D Ray White był bowiem jednym z najbardziej znanych w całym kraju mistrzów stepowania zwanego mountain dancing. Swą sztukę postanowił przekazać synowi, jakby w nadziei, że to pomoże mu naprawić nędzne życie. Od tej chwili egzystencję bohatera możemy podzielić jakby na dwa przeplatające się etapy – ataki szału i autodestrukcji towarzyszą chwiejnym chwilom spokoju, kiedy to Jesco jeździ po okolicy i występuje w przeróżnych klubach i tancbudach, popisując się swoim tanecznym kunsztem (fragment jego występu włączono do popularnego niegdyś teledysku Becka „Loser”).
![]() |
![]() |
Nie jest już sam – towarzyszy mu przedziwna miłość jego życia, starsza o trzydzieści lat kobieta, gospodyni domowa z Południa, która porzuciła ustabilizowaną egzystencję żony i matki na rzecz szalonej podróży u boku nieprzewidywalnego White’a, stanowiącego swoiste skrzyżowanie Charlesa Mansona z Elvisem Presleyem. „White Lighnin’” przenosi nas bowiem do krainy, gdzie każdy potrafi zacytować Biblię, lecz wiara w Jezusa Chrystusa miesza się z równie podniosłym kultem króla rock’n’rolla. Jesco bardzo chce być współczesną reinkarnacją swojego mistrza, nadaje ukochanej miano Cilli (od Priscilli, oczywiście), w jego umyśle chwile spokoju trwają jednak krótko – to pewne, że za jakiś czas rozświetli go jasna błyskawica szaleństwa, a w piosenki Elvisa, Waylona Janningsa i Hanka Williamsa wedrze się demoniczny country-growling samego Szatana. Tym bardziej, że wkrótce trzeba będzie zemścić się na mordercach ojca, który zginął równie brutalną jak bezsensowną śmiercią.
Film o Jesco nie jest bowiem konwencjonalną biografią; to raczej czarno-biała impresja, fabularyzowana wariacja oparta na motywach rzeczywistej egzystencji „artysty przeklętego”. Producent filmu, Mike Downey, w pofilmowych Q&A powoływał się na analogię z „Wojaczkiem” Lecha Majewskiego, filmem opartym nie tyle na rzeczywistym życiu poety z Mikołowa, ile na jego „biografii wyobrażonej”, czyli opowiadaniu „Sanatorium”. Podobnie jest i tutaj – historia życia stanowi tylko punkt wyjścia do szaleńczego ciągu sugestywnych obrazów przemocy i autodestrukcji, co jakiś czas przerywanego apokaliptycznymi obrazami sunących po niebie złowróżbnych obłoków nad szarymi, ogołoconymi kikutami drzew, czemu towarzyszy biblijnie stylizowane złowrogie wieszczenie kaznodziei. Od pewnego momentu filmu wizje Jesco zaczynają mieszać się z rzeczywistością i już nie wiemy, co wydarzyło się naprawdę, a co jest tylko majakiem znarkotyzowanego, obłąkanego umysłu.
![]() |
![]() |
Dominic Murphy mierzy się z wyobrażeniem artysty przeklętego, nieprzewidywalnego, naznaczonego demonami, które nigdy nie zasypiają. Próbuje też opowiedzieć historię człowieka, który szuka spokoju we własnej sztuce, jednak najlepiej wychodzi mu ukazanie osobowości „pękniętej”, niespójnej, rozpadającej się jakby na dwie części toczące ze sobą nieustanny bój – w umyśle White’a trwa niekończąca się psychomachia, walka Dobra ze Złem, Jezusa z Szatanem.
Skojarzenia religijne są całkowicie nieprzypadkowe, bowiem tym, co w filmie fascynuje najbardziej, jest także stosunek mieszkańców tych ziem do problemu wiary. Żyją oni jakby w ciągłej świadomości grzechu, drżą przed karą piekielną, ale jednocześnie nie przeszkadza im to dopuszczać się licznych nieprawości i nurzać się w otchłani zapamiętałego seksu. To świat jakby żywcem wyjęty z prozy Flannery O’Connor, klasycznej przedstawicielki Southern Gothicu, przestrzeń wynaturzenia, patologii i degeneracji, wynikających również z niewłaściwej, zbyt gotyckiej interpretacji słowa Bożego.
Impresyjna biografia Jesco White’a nie byłaby tym, czym jest, gdyby nie odtwórca głównej roli, charyzmatyczny Edward Hogg, młody, dotychczas słabo znany aktor o bezczelnym uśmieszku i niezwykłych oczach psychopatycznego szaleńca. Co ciekawe, jego trzydzieści lat starszą ukochaną gra zmieniona nie do poznania Carrie Fisher, czyli pamiętna księżniczka Leia z „Gwiezdnych wojen” – trudno zrozumieć postępowanie tej bohaterki, która dla młodego szaleńca i straceńczego życia w jednej chwili opuściła męża i dzieci, ale śpiewany przez nią w jednej z tancbud kawałek, jakże adekwatnie zatytułowany „It Wasn’t God Who Made Honky Tonk Angels”, to jeden z magicznych momentów tego niezwykłego filmu…











5/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!
No cóż, pozostaje mi tylko zazdrościć, że miałaś okazję zobaczyć tak ciekawy film i czekać na okazję, być może uda mi się go kiedyś zobaczyć. Fascynująca opowieść. Donia AgataCytuj
Rzeczywiście, film jest jedyny w swoim rodzaju, szkoda, że w naszym repertuarze nie pokazują także tego typu kina, innego, eksperymentalnego, skierowanego nie do wszystkich. Jedyna szansa to to, że może pokażą w którymś z programów telewizyjnych, np. na Ale Kino! lub HBO – jest to w sumie możliwe… cziczioCytuj
szczerze mówiąc, sama chciałam o tym filmie napisać, ale tu już chyba nie ma nic do dodania… ArteClaireCytuj
ten film jest prawdziwy. jak ktoś nie może patrzeć na ból, tzn że się boi bólu. nie można się bać. oglądać, oglądać bo film naprawdę dobry hejhohejCytuj