Na skrzydłach orłów

Przemysław Murzyn - Stark

Tylko dla orłów

<<< menu >>>



Początek roku 1944. Trwają przygotowania do stworzenia Drugiego Frontu. Jeden z twórców planu – generał George Carnaby leci na Kretę aby tam spotkać się z Rosjanami. Jednak nad Alpami, gdzie w promieniu paruset kilometrów miało nie być żadnych samolotów wroga, trafia się zbłąkany Messerschmitt i maszyna generała zostaje zestrzelona. Sam Carnaby ratuje się z katastrofy , lecz trafia do niewoli, do Schloss Adler – mieszczącej się w Werfen głównej siedziby wywiadu w południowej Bawarii. Alianci decydują się wysłać kilkuosobową ekipę komandosów, pod wodzą majora Jonatana Smitha, aby ci uwolnili generała z rąk Nazistów. Jednak później okazuje się, że misja ma drugie dno...

Tak w skrócie przedstawia się fabuła najwspanialszego filmu sensacyjno-wojennego jaki kiedykolwiek powstał. Za scenariusz odpowiada mistrz takowej literatury czyli Szkot Alistair MacLean. I podobnie jak w jego powieściach, choć akcja znamion prawdopodobieństwa raczej nie nosi, intryga, poza kilkoma wpadkami poprowadzona jest całkiem logicznie, czasem zaskakująco. No i bardzo często jej elementy są pretekstem do ukazania na ekranie efektownych strzelanin, pogoni, eksplozji i walk wręcz. Myliłby się jednak ten, który uważa, że „Tylko dla orłów” to wyłącznie akcja akcją poganiana. W momentach, kiedy aktorzy mają okazję się wykazać, nie marnują szansy i dają prawdziwy popis swego kunsztu. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Richard Burton. Choć rzadko się uśmiecha, nietrudno wyczuć dystans do roli. I całe szczęście, że nie potraktował swej postaci stuprocentowo poważnie, gdyż to dopiero byłby dramat. Jego Smith jest zimnym, przepełnionym ironią cynikiem, który na każdą okazję ma przygotowaną błyskotliwą ripostę. Potrafi z jednej strony być czarującym dla kobiet, z drugiej zaś mordować Nazistów z zimną krwią. Prawdziwe mistrzostwo można ujrzeć w słynnej scenie konfrontacji Smitha i Schaffera, Niemców i generała Carnaby'ego w sali konferencyjnej w Schloss Adler. Smith z kamienną twarzą zwodzi pułkownika Kramera i marszałka Rosemeyera, miesza w głowach Thomasowi, Christiansenowi,Berkeleyowi oraz samemu Schafferowi tak, że nawet oni w pewnym momencie zaczynają mieć wątpliwości dla kogo w rzeczywistości pracują. Po czym, kiedy dostaje to na czym mu zależało nie waha się zrobić idiotów z całej siedzącej przy stole ekipy.

W rolę prawej ręki, lub raczej palca na cynglu Smitha wciela się nie kto inny a sam Clint Eastwood znajdujący się wtedy w okresie przejściowym między „trylogią dolarową” Leone, a najważniejszym chyba filmem w karierze czyli „Brudnym Harrym”. Morris Schaffer mało mówi, za to dużo strzela. Robi to chwilami w sposób wręcz ujmujący. Szczególne wrażenie robi strzelanina w wąskim korytarzu prowadzącym do radiostacji, kiedy Smith próbuje połączyć się z centralą, a w tym czasie Schaffer zabija około dwudziestu Niemców. Ta scena jest przepiękna. Po prostu esencja kina! Schaffer, choć głównie zajmuje się obsługą broni palnej bądź materiałów wybuchowych, od czasu do czasu nawet się odezwie. Z reguły są to celne, krótkie, nie pozbawione humoru spostrzeżenia na temat sytuacji panującej w konkretnej chwili. Generalnie rzecz biorąc Clint całkiem się rozgadał w porównaniu ze spaghetti westernami Sergio Leone. Nie będę ukrywał, że jest to moja ulubiona postać w filmie. Przynajmniej po stronie Aliantów. No i jak kapitalnie się prezentuje w nazistowskim mundurze.

Mary Ure wciela się w postać swej imienniczki Mary Ellison. Dla Ure, głównej postaci kobiecej rola w 'Tylko dla orłów” była największym sukcesem. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie zagrała w tak ważnym obrazie. Podczas całej kariery zaliczyła ledwie dziewięć filmów. Mary Ellison to jakby szara eminencja całej operacji. Nie rzuca się tak w oczy jak wyżej wymienieni koledzy, nie wykonuje jakichś wyjątkowo spektakularnych czynów, ale tak naprawdę bez niej misja nie miałaby szans powodzenia. Ta drobna, niepozorna blondynka, która „kręci” ze Smithem, jako pierwsza dostaje się do Schloss Adler i niejako od wewnątrz przygotowuje grunt na nadejście kolegów. Bez jej udziału misja najprawdopodobniej nie miałaby szans powodzenia. Komandosom pomaga też Heidi – na co dzień kelnerka w karczmie „Zum Wilden Hirsch”, w rzeczywistości także tajna agentka Secret Service. Jest przepiękną kobietą, a przy tym roześmianą i sympatyczną. Niemcy ją uwielbiają, mają do niej słabość, którą Heidi bez skrupułów wykorzystuje.

Wśród Niemców na pierwszy plan wysuwa się major von Hapen z Gestapo. To typowy aryjski blondyn, z którego Hitler na pewno byłby dumny. Szczwany lis, podejrzliwy i bardzo inteligentny. Szarmancki w stosunku do kobiet, bezwzględny dla tych, którzy wejdą mu w drogę. Bardzo ciekawa postać, szkoda tylko, że chyba troche niewykorzystana w stosunku do potencjału jaki ze sobą niosła. Nie zmienia to jednak faktu, że to moja ulubiona postać jeśli chodzi o nazistów.

Jeśli zaś chodzi o sceny akcji, na pierwszy plan wysuwa się tu ucieczka czerwonym autobusem z miasteczka pełnego Niemców na lotnisko w Oberhausen, gdzie czekać ma samolot gotowy do ewakuacji. Warta wspomnienia jest także sekwencja walk na wagoniku kolejki górskiej. Ta scena mrozi krew w żyłach nie tylko bohaterów, dla których każdy krok na oblodzonym dachu mógł być tym ostatnim, ale i widza siedzącego na fotelu i nerwowo obgryzającego paznokcie. Reżyser Brian G. Hutton kapitalnie wyreżyserował te momenty, wykazując wyjątkowy talent do budowania dramaturgii, w tej było nie było, dosyć krótkiej sekwencji. Trzeba w tym miejscu wspomnieć także o muzyce autorstwa Rona Goodwina, która właśnie podczas owej walki na wysokościach dodatkowo potęguje napięcie. A moment, gdy mroczne, dramatyczne tony przeplatają się z jękami błagającego o litość Christiansena, są wręcz dźwiękowym majstersztykiem.

Warto zwrócić uwagę na atmosferę panującą w filmie. Akcja w większości dzieje się w półmroku, podczas śnieżnych zawiei, albo w otoczeniu zimnych murów gotyckiego Zamku Orłów. Choć oczywiście film nie ma z tym nic wspólnego, mnie jednak klimat chwilami kojarzył się ze starymi hammerowskimi horrorami. Także w Orłach mamy do czynienia ze starym zamkiem, wioską u jego podnóża, wspomnianym półmrokiem, charakterystyczną muzyką. Wrażenie to potęguje także mająca w karierze sporo niskobudżetowych filmów grozy Ingrid Pitt oraz także nawet takie drobiazgi jak gotyckie czerwone litery w czołówce.

„Tylko dla orłów” to znakomite widowisko sensacyjno-wojenne. Śmiem twierdzić, że zdecydowana większość dzisiejszych filmów mieniących się filmami „akcji”, nie posiada tyle akcji co film Briana G. Huttona. A już na pewno nie mają tyle klasy z jednej i dystansu do opowiedzianej historii z drugiej strony. Wielkie kino, o którym można pisać jeszcze długo... ot tak, jak choćby tutaj.





Autor : Przemysław Murzyn - Stark

Skomentuj recenzję :

Tylko dla orłów

Where Eagles Dare


Kraj : USA, Wielka Brytania
Rok produkcji : 1968
Czas trwania : 148 minut

Reżyseria : Brian G. Hutton
Scenariusz : Alistair MacLean
Muzyka : Ron Goodwin
Zdjęcia : Arthur Ibbetson
Montaż : John Jympson

Obsada :

Richard Burton Mjr Jonathan Smith
Clint Eastwood Por. Morris Schaffer
Mary Ure Mary Elison
Patrick Wymark Płk. Wyatt Turner
Michael Hordern Adm. Rolland
Donald Houston Kpt. James Christiansen
Peter Barkworth Edward Berkeley
William Squire Kpt. Philip Thomas
Robert Beatty Gen. George Carnaby
Ingrid Pitt Heidi