UWAGA! Akapit 5 zawiera spoilery!
Literacki pierwowzór „Musimy porozmawiać o Kevinie”, powieść amerykańskiej autorki Lionel Shriver, jest jedną z tych książek, które ostatnio zrobiły na mnie duże wrażenie. To wnikliwa psychologiczna wiwisekcja uczuć kobiety, dla której macierzyństwo nie jest cudem i jedynym sensem życia. Eva Khatchadourian nie umie pokochać swego syna, choć bardzo się stara. Kevin od najmłodszych lat różni się od innych dzieci – przewyższa je inteligencją, którą jednak koncentruje wyłącznie na dokuczaniu matce i wyprowadzaniu jej z równowagi, zupełnie tak, jakby ciało małego chłopca kryło w sobie jakąś dogłębnie złą istotę. Powieść ma interesującą formę listów Evy do męża, pierwszoosobowa narracja pozwala oddać psychologiczne skomplikowanie tej postaci, utrwala wszelkie niuanse jej trudnej, złożonej relacji z synem i oczywiście czyni zakończenie naprawdę wstrząsającym. W filmie takiego efektu zaskoczenia brak, z rozbudowanej analizy pozostały wyłącznie ramy, nie znaczy to jednak, że „Musimy porozmawiać o Kevinie” Lynne Ramsay rozczarowuje. Wprost przeciwnie – to bardzo dobry film, dopuszczający możliwość przynajmniej kilku interpretacji.

Po pierwsze – na historię Kevina i jego matki możemy spojrzeć od strony psychologicznej (odmiennie niż w powieści, gdzie wygrywa perspektywa filozoficzna, o której za chwilę). Kevin rodzi się, nie jest specjalnie oczekiwanym dzieckiem, choć nie dzieje się też tak, że ciąża to dla Evy tragedia. Dużo płacze, jest niespokojny, matka nie ma do niego cierpliwości (lub nie potrafi z nim postępować). Bawi się z nim, zajmuje, bo tak wypada, tego wymaga jej rola, ale w głębi duszy wie, że coś jest nie tak, że nie czuje do swego dziecka tego, co czuć powinna. W chwilach złości mówi mu, że była szczęśliwa, dopóki Kevinek się nie pojawił. Chłopiec nie ułatwia jej rodzicielskich zadań – jest krnąbrny, złośliwy, uparty. Nie chce mówić, choć ma już trzy lata, z premedytacją robi kupę w pieluchy, choć wie, że matka tego nienawidzi. A może właśnie dlatego? Może w taki sposób Kevin w swym dziecięcym uporze mści się na matce, bo szóstym zmysłem czuje, że ona nie potrafi go kochać?
Poczucie odrzucenia przeradza się najpierw w bierny bunt, potem w złość, której eskalacja narasta w finale. Być może zatem, jeżeli spojrzeć z psychologicznego punktu widzenia, zwichrowana osobowość Kevina jest efektem braku miłości, dorastania w chłodzie emocjonalnym. Z drugiej strony – a może to nie wina Evy (kwestia winy jest w filmie bardzo istotna, kilkakrotnie w różnych odsłonach kobieta mówi: To moja wina. Ale czy rzeczywiście?)… Może Kevin po prostu urodził się zły? Może matka to wyczuła i właśnie na to nic nie mogła poradzić, może dlatego nie umiała pokochać swego dziecka?

W filmie Ramsay, podobnie jak w „Dziecku Rosemary” Polańskiego (choć to oczywiście i inny temat, i inna liga, ale jednak bardzo podobny mechanizm interpretacji), mamy zatem dwa sposoby odczytania całej historii. W przypadku pierwszym winna (?) jest Eva, która nie umie Kevina kochać jak matka. W przypadku drugim, gdy spojrzymy na film od strony filozoficznej, mamy do czynienia z odwiecznym pytaniem, które ludzie zadawali sobie od początku istnienia – unde malum?, czyli skąd zło? A jeśli dziecko to nie tabula rasa, którą najpierw zapisuje miłość rodziców, może po prostu niektórzy rodzą się źli, tak po prostu jest i nic na to nie można poradzić? Może taki właśnie od początku był Kevin – może jego kaprysy i grymasy, krnąbrność i bunt to po prostu dziecięce oznaki tkwiącego w nim i rosnącego zła?
W takim ujęciu ocena postaci Evy byłaby zupełnie inna. Przy interpretacji psychologicznej jest ona nieudolną, niedobrą matką, główną przyczyną tego, że Kevin jest taki, jaki jest. Jeżeli natomiast przyjmiemy, że Kevin jest z gruntu zły i taki też był od początku – pani Kchatchadourian staje się bohaterką, matką heroiczną, która kocha – właśnie – kocha pomimo wszystko. Ostatnia scena dowodzi przecież niezbicie, że w przypadku Evy nie można mówić o żadnym „braku miłości” do syna, że ona przez cały czas go kocha. Pomimo tego, że zabrał ją do piekła na ziemi, kazał płacić za swoje winy i odebrał wszystko, co było dla niej najdroższe – przecież to dlatego zabił ojca i siostrę, a matkę pozostawił przy życiu, by cierpiała jak Hiob z powodu utraty, by do końca, ostatecznie ją udręczyć…

Zły z natury Kevin od najmłodszych lat prowadzi z matką osobliwą, psychologiczną grę-walkę. Stosuje zmyłki i uniki, manipuluje, by uśpić czujność i tym mocniej uderzyć (tak można wytłumaczyć zmianę jego zachowania w czasie choroby, choć z drugiej strony scena ta rzuca nam równie interesujące światło na postać Kevina, gdy przyjmiemy, że zły nie jest, że to tylko niedostatecznie kochane dziecko). Dlaczego wybiera sobie matkę, nie ojca? Po prostu to w niej widzi godnego siebie, skomplikowanego przeciwnika – ojciec jest zbyt dobry, zbyt prosty w swej bezwarunkowej, nieskomplikowanej ojcowskiej miłości, zbyt łatwowierny. Nie ma pojęcia o mrokach duszy, okrutnych myślach, które lęgną się w chłopięcym umyśle. Wydaje mu się, że żyje w bajce o Happy American Family. Kevin podtrzymuje tę jego pewność – z jego punktu widzenia ojciec jest przydatny, można nim manipulować, można wykorzystać go przeciwko matce.
Jest ona zresztą o wiele bardziej skomplikowaną postacią nie tylko z punktu widzenia Kevina. Przeciwko niej występuje nie tylko syn – także jeden z najtrwalszych, najmocniejszych międzyludzkich stereotypów. Zgodnie z nim macierzyństwo jest objawieniem, cudem, naturalnym i jedynym powołaniem oraz spełnieniem każdej kobiety, która natychmiast powinna odnaleźć się w najpiękniejszej i najwspanialszej na świecie roli rodzicielki. Gdy tego nie potrafi – cóż, w oczach otoczenia jest po prostu zimną suką, wyrodną matką. Eva (zresztą imię symboliczne, znaczące dla opowiadanej historii – po hebrajsku oznacza przecież matka życia) nie umie odnaleźć się w tej roli, tęskni za wolnością, swobodą, podróżami – swą życiową pasją. I choć pani Kchatchadourian jest kobietą wykształconą, choć ma świadomość istnienia tego stereotypu, schematu od wieków niezmiennie wdrukowywanego w ludzki umysł, już po dokonaniu się tragedii podświadomie czuje się winna. To dlatego biernie przyjmuje społeczny ostracyzm, nie broni się, w jakimś milczącym, fatalistycznym pogodzeniu się z losem potulnie przyjmuje na swoje barki małomiasteczkowy krzyż społecznego oburzenia.

Tildzie Swinton udało się idealnie oddać wewnętrzne skomplikowanie Evy. Dramat tej postaci rozgrywa się w ciszy i milczeniu, zarówno przed, jak i po tragedii. Eva jest jakby zawsze sama, odrębna, osobna i nierozumiana – najpierw przez męża, potem przez ogół. Na tym właśnie założeniu Swinton buduje swą kreację – tragizm jej bohaterki wyraża się nie w krzyku, nadekspresji, choć powodów do tego ma ona aż nadto, zamiast tego kryje się w ułamkach udręczonych spojrzeń, ledwie dostrzegalnych drgnięciach mimiki twarzy. Pomimo oszczędności środków aktorskiego wyrazu aktorce udało się pokazać różnicę pomiędzy elegancką kobietą z klasą, dobrze wychowaną Evą sprzed tragedii a tą po niej, psychicznie wypaloną, jakby wewnętrznie martwą, ale jednak wciąż żyjącą, idącą do przodu pomimo wszystko – straciła wszystkich, ale przecież został jej jeszcze syn…





8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Chapeau bas!!! Wspaniała recenzja, w której pojawiło się wszystko , co najważniejsze w tym filmie, nota bene – moim zdaniem najciekawszym obrazie 2011 roku. W tym samym okresie pojawił się film o bliżniaczej tematyce – Beautiful Boy. Bardzo chciałabym przeczytać recenzję tego filmu autorstwa Pani Marty.
Pozdrawiam alessandra19Cytuj
Dziękuję za miłe słowa i również serdecznie pozdrawiam :)
O recenzji „Beautiful Boya” myślałam, to również ciekawy film, choć może nie aż tak efektowny jak „Musimy porozmawiać…” i trochę o czymś innym, spoglądający na podobne zdarzenie od innej, bardziej intymnej strony – raczej psychologiczny portret rodziców próbujących poradzić sobie z traumą. Poczułam się zachęcona, chyba wrócę do tego filmu i coś napiszę, bo też jest o czym :)
A jeśli chodzi o „Kevina”, przede wszystkim polecam książkę – świetna! cziczioCytuj