Psów jest 26. Tyle – ani mniej, ani więcej. Nie 25, nie 27. Dokładnie 26. 26 wciąż żywych wyrzutów sumienia powracających w snach Boaza, starego przyjaciela reżysera, Ari Folmana. Obaj znają się jeszcze z czasów libańsko-palestyńskiego konfliktu, w którym brały też udział siły zbrojne Izraela. Mieli wtedy po 19 lat, byli młodymi żołnierzami, nagle i bez przygotowania wrzuconymi w sam środek koszmaru. Boaz zabijał psy, gdy podkradali się do wiosek – wiadomo, że to właśnie czujne zwierzęta zawsze pierwsze wyczuwają nocnego nieprzyjaciela. Psy, ale czy również ludzi? Tego już nie pamięta, gdyż mechanizmy obronne jego psychiki zepchnęły traumatyczne wspomnienia na samo dno podświadomości. Teraz, po latach, powracają w snach przybierając surrealistyczne formy – pamięć tamtych dni domaga się przywrócenia i terapeutycznego przeżycia wspomnień na nowo... Dotyczy to nie tylko Boaza, ale także samego Folmana i innych jego wojennych towarzyszy: Carmiego, Roniego Dayaga i Frenkla.
„Walc z Bashirem” to bowiem przede wszystkim film o wojennej traumie – zawsze podobnej, niezależnie od tego, jaki to konflikt. Zawsze też dotykającej obu stron – zarówno ofiar, jak i agresorów. Tak, tych ostatnich również – i nie jest to żaden relatywizm moralny, Folman nie próbuje nikogo wybielać i przedstawiać okoliczności łagodzących, usprawiedliwiających rolę, jaką Izrael odegrał w masakrze palestyńskich uchodźców w obozach Sabra i Shatilah dokonanej
przez libańskich falangistów we wrześniu 1982 roku. Wydaje się wręcz, że twórców filmu nie interesują kwestie polityczne, które całkowicie odkładają na bok. O wiele ważniejsza jest psychologiczna wiwisekcja uczestników wojny, spojrzenie na konflikt z ulotnej i nieuchwytnej perspektywy psychiki. Jak oddać funkcjonowanie podświadomości? Jaki kształt nadać koszmarowi wojennych wspomnień, aby – jednocześnie – niczego nie pominąć i nie zbanalizować?
Folman zdecydował się na niezwykłą formę – pierwszy w historii filmu animowany dokument. W dodatku nie narysowany od razu, lecz najpierw nakręcony w plenerach i wnętrzach z udziałem prawdziwych postaci (lub zastępujących ich aktorów). Powstały materiał przekształcono potem za pomocą połączenia techniki rotoskopii (znanej choćby z „Przez ciemne zwierciadło” Linklatera) z animacją we Flashu i uzyskano oryginalną, intrygującą wizję będącą zarówno onirycznym zapisem podświadomości, jak i próbą odtworzenia prawdy o tamtych wydarzeniach.
Wracają one do świadków koszmaru w seriach niezwykłych, surrealistyczno-hipnotycznych obrazów. Oto wieżowce Bejrutu, upiornie żółte w świetle spadających pocisków rakietowych i jaśniejących flar. Animowane morze powoli faluje, połyskuje oleiście, jakby kryło w sobie zalążki traumatycznej magmy, która później swymi miazmatami nieodwracalnie zatruje umysł wszystkich, którzy tej nocy tam byli. Centralnym punktem kadru stają się stopy – na wodzie spoczywają ciała, unoszące się bezwładnie. Za chwilę jednak wstaną – nadzy jak w momencie narodzin, nowi ludzie: nie demiurgowie wojny, lecz bezwolne marionetki w miażdżącej machinie polityki i historii, symbolizowanej przez tytułowy „walc z Bashirem”, odwołujący się do układów Izraela z Libanem rządzonym przez prezydenta Bashira Gemayela.
Scena powraca w umyśle Folmana kilkakrotnie – za każdym razem obraz w pewien sposób staje się jaśniejszy. To symbol odżywania przeszłości, docierania do prawdy o tamtych wydarzeniach. Wyraźnie widać, że reżysera interesuje funkcjonowanie ludzkiej pamięci, pokrętne mechanizmy, jakimi rządzą się ścieżki naszych wspomnień. Niezwykła forma filmu jest również próbą odtworzenia tych procesów. Oniryczne wizje to zaszyfrowany pod postacią symboli rodzaj strumienia świadomości, nieprzefiltrowana przez umysł wizyjna mieszanka zdarzeń realnych i wyobrażonych konfabulacji. Rekonstrukcja tego wszystkiego, jak sam reżyser przyznaje w wywiadach, miała w założeniu pełnić funkcję terapeutyczną – świadome przywołanie wspomnień i dopuszczenie do siebie prawdy o swojej roli w tamtych wydarzeniach powinno uwolnić od wojennej traumy. W ten sposób „Walc z Bashirem” staje się czymś w rodzaju animowanych, prywatnych egzorcyzmów, filmem bardzo osobistym, psychoterapią jednostki przeprowadzoną na forum publicznym i wpisaną w kształt artystyczny.
Ale nie tylko o jednostkę tu chodzi, nawet nie o całe Folmanowe pokolenie umieszczone w konkretnym czasie lat osiemdziesiątych i ściśle określonej przestrzeni Bliskiego Wschodu. Dobre filmy (zresztą nie tylko filmy) mają tę charakterystyczną cechę, że są uniwersalne, mogą funkcjonować poza jednostkowym tu i teraz – i tak też jest z „Walcem z Bashirem”...
Tę historię, te przeżycia, tę żołnierską traumę można odnieść nie tylko do konfliktu libańsko-palestyńskiego. Także do każdej innej wojny. Nieprzypadkowo pewne kadry filmu Folmana przypominają nieśmiertelne antywojenne arcydzieło, czyli „Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli – młodzi chłopcy ubrani w mundury bawią się na pokładzie statku, rozbrzmiewa „Enola Gay” (świetnie dobrana muzyka przywołująca klimat tamtych lat to zresztą kolejny jasny punkt tej dopracowanej pod każdym względem produkcji), ciemne sylwetki tańczących wyginają się na tle jaśniejszego horyzontu. Jeszcze pełni brawury, jeszcze rozpiera ich energia, jeszcze nie wiedzą, czym jest wojna… Potem będzie już tylko dezorientacja, przerażenie i przejmujące uczucie wewnętrznego wypalenia – zupełnie tak, jakby ich dusza przez te kilka dni zestarzała się o kilkadziesiąt lat.
Fakt, że „Walc z Bashirem” jest filmem produkcji izraelskiej, kryje w sobie niebezpieczeństwo, iż dzieło Folmana może być odczytywane według wykładni politycznej. Izrael to wszak kraj, który wzbudza mnóstwo kontrowersji, a temat filmu jest tak śliski jak wszelkie zbrojne interwencje tego państwa. Z drugiej strony ten niezwykły, wizyjny dokument przepełniony symbolami-kluczami do psychiki „zarażonego wojną” kontynuuje swoją triumfalną podróż po światowych festiwalach, na których w większości jest doceniany – jak w Warszawie. Co ciekawe, na WFF nikt spośród widzów nie wystawił mu oceny „zły”, co chyba dobrze podkreśla obiektywizm Folmana i uniwersalne, antywojenne przesłanie tej historii w doskonale przemyślany sposób łączącej treść i formę.
*** Podziękowania dla Artemis za interpretacyjne inspiracje***
Autor : Marta Szelerska - Cziczio
Skomentuj recenzję : 
|