![]() |
![]() |
Na początku swojej ekranowej kariery Tim Burton nakręcił wraz ze swoim późniejszym scenografem Rickiem Heinricksem krótki, animowany film pod tytułem „Vincent”. Został on zrealizowany metodą poklatkową, którą Burton w późniejszych latach ulepszał i wreszcie osiągnął doskonałość w „The Nightmare Before Christmas”. Co jest jednak aż tak szczególnego w „Vincencie”, że warto o nim wspominać jeżeli chce się mówić o twórczości Tima Burtona? Wiadomo, że pierwsze dzieła determinują dalsze filmy reżysera i już na zawsze pozostaną pewnym punktem odniesienia, do którego będzie się wracać. Tak więc Spielberg ma swój bezbłędny warsztatowo „Pojedynek na Szosie”, David Lynch „Głowę do wycierania”, a Burton ma właśnie „Vincenta”.
Tytułowy Vincent z pozoru jest normalnym, absolutnie niczym nie wyróżniającym się chłopcem. Jedyne co czyni go wyjątkowym to jego wyobraźnia, ponieważ z jej powodu wewnątrz własnego umysłu staje się mrocznym i cierpiącym naukowcem-romantykiem. Wokół bardzo standardowej rzeczywistości otaczającej Vincenta, tworzy on otoczkę groteskowej i przerażającej fantazji, w której domowy pupil może stać się przerażającym monstrum, a ciotka wylądować w kotle z gorącym woskiem. Jednak wyobraźnia wymyka się spod kontroli i zaczyna przejmować świadomość głównego bohatera. W poszukiwaniu wybranki swojego życia zakopanej żywcem, Vincent w rzeczywistości rozkopuje matczyny ogródek. Wreszcie imaginacje przejmują świadomość chłopca, który udręczony i owładnięty szaleństwem próbuje uciec od swojego świata, jednak ponosi klęskę.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ciężar filmu jest o wiele mniejszy, niż sugeruje powyższy opis, bo nacechowany jest charakterystyczną dla Burtona umownością przypowieści. Reżyser jak zwykle opowiada nam bajkę, której wysłuchujemy z zainteresowaniem, ale nigdy nie bierzemy jej na poważnie. Owa umowność płynie z wyjątkowej estetyki obrazu, która już tutaj zapowiada późniejsze rozwiązania wizualne dalszych filmów Burtona. Ten, kto choć raz widział „Batmana”, „Powrót Batmana”, „Edwarda Nożycorękiego”, „Sok z Żuka”, „Jeźdźca bez Głowy” czy „The Nightmare Before Christmas” bez problemu wyłapie charakterystyczne symbole, których pełen jest zaledwie pięciominutowy „Vincent”. Brakuje chyba jedynie płonącej dyni, występującej w większości późniejszych dzieł reżysera. Oprócz tego, kiedy spojrzy się na portret wybranki serca Vincenta, można znaleźć uzasadnienie obsadzenia w paru filmach Winony Ryder i Christiny Ricci, aktorek o krągłych twarzach i dużych oczach. Jednak płaszczyzna wizualna nie jest jedyną, na której można znaleźć tego typu podobieństwa.
Aby rozpoznać je wszystkie należy zidentyfikować typowego bohatera burtonowskiego. Nie występuje on we wszystkich filmach reżysera, ale bohaterowie wyżej wspomnianych „Batmanów”, „Edwarda Nożycorękiego”, „Jeźdźca bez głowy” i nawet do pewnego stopnia „Eda Wooda” oparci są na jednakowym wzorze, który w zależności od filmu jest mniej lub bardziej modyfikowany. Człowiek ten jest przede wszystkim rozdarty wewnętrznie za sprawą traumatycznego przeżycia z lat młodości. Filmy najczęściej ukazują dążenie do równowagi między sprzecznymi osobowościami bohatera, co nie zawsze zwieńczone jest sukcesem. Jest to wyjątkowo trudne, a to za sprawą pielęgnacji owego wewnętrznego rozdarcia, która czyni powrócenie do „normalności” niemal niemożliwym. Tak więc Bruce Wayne/Batman buduje ogromne przestrzenie dla swoich obydwu osobowości. Piękne i wystawne wnętrza dla dość niepozornego biznesmena oraz chłodne i mroczne pieczary dla rycerza ciemności. Ichabod Crane z „Jeźdźca bez głowy” to sceptyk, który bardzo chętnie analizuje miast czuć. Jednak dalej dręczą go koszmary, czyli jednak sfera snu i marzeń nie została całkowicie wykorzeniona przez naukowe księgi i aparaty badawcze. W tym kontekście racjonalizm, może być nie tyle świadomym wyborem „światłej i logicznej metody”, co ucieczką od romantyzmu, który kojarzy się jedynie ze śmiercią matki. Bez wątpienia bohaterowie Burtona nie przepadają za stanem, w jakim się znajdują. Ichabod, mimo uwielbienia dla anatomii, nie lubi widoku krwi i martwych ciał. Wayne natomiast ma pretensje do Alfreda, że podał mu zimną zupę i czuje lekkie zmieszanie kiedy dowiaduje się, chłodnik powinien być zimny. Nieskomplikowany człowiek myśli nieskomplikowanie, jak zupa – to ciepła, ta niepozorna scena idealnie i wyjątkowo subtelnie ukazuje niechęć bohatera do swojej osobowości.
Istotną rolę w tej właśnie niechęci odgrywa także miłość. Bo jeżeli kobieta ma pokochać Bruce’a Wayna, to musi pokochać też Batmana. Celina Kyle najchętniej rzuciła by się w ramiona swojemu wybrańcowi, ale jako kobieta-kot prędzej wydrapałaby mu oczy. Podobnie Christina ukochała nie samego Ichaboda, ale resztki romantyzmu w jego duszy takie jak zabawka optyczna, którą otrzymał od matki, czy znaki na jego dłoniach. W finale konieczna jest przemiana głównego bohatera i taka też zawsze zachodzi. Rozprawia się on z demonami przeszłości robiąc duży krok w kierunku wewnętrznej równowagi (Ichabod Crane nawet ją osiąga). Jednak bez zewnętrznego bodźca rozdarcie prawdopodobnie pogłębiałoby się. Bez Jokera i Vicki Vale Batman dalej tkwiłby w swoim wewnętrznym rozdwojeniu. Edward Nożycoręki nie opuściłby mrocznego domu na wzgórzu gdyby nie wścibstwo mieszkańców miasteczka. Tragizm wszystkich postaci polega na ich bezwładności i pewnego rodzaju obojętnym przyzwoleniu na obecny stan rzeczy. Jednak zawsze znajduje się ktoś lub coś, co popycha bohatera w słusznym kierunku. Jest oczywiście jeden wyjątek.
Tym sposobem dochodzimy do „Vincenta”, w którym Tim Burton wyjątkowo pozostawił bohatera własnym fobiom, nie dając mu żadnego powodu ani zachęty na powrót do normalności. Ten swoisty eksperyment, kończy się załamaniem bohatera i ostatecznym tryumfem jego alter ego. Jednak nie tylko to jest wyjątkowe w „Vincencie”. Każdy inny bohater tworzył swoje alter ego z fizycznych i namacalnych rzeczy, a postać wyjściowa była niewinna i obdarzona uczuciami. W ucieczce przed dzieciństwem, które nieodparcie kojarzy się z wyobraźnią, Bruce Wayne ukształtował ciężki i gotycki świat Batmana. Chęć zapomnienia o straconej możliwości posiadania normalnych dłoni popycha Edwarda do tworzenia rzeźb żywopłotowych, które są pewnego rodzaju pocieszaniem się przez łzy. W „Vincencie” sprawa jest odwrócona. To postać wyjściowa jest bohaterem praktycznie pozbawionym osobowości i uczuć. Normalny chłopiec, normalna rodzina. Dopiero jego alter ego „czuje”, jednak czuje inaczej. Na tym polega wyjątkowość Vincenta Malloya w odniesieniu do wszystkich pozostałych postaci burtonowskich. Kiedy wszyscy na początku „czuli”, a potem tworzyli „inne”, martwe światy, tak Vincent, na początku był martwy, a w wyobraźni stworzył świat pełen uczuć i emocji. W tym kontekście jest to najciekawsza postać Burtona, bo kiedy każda inna zachowywała pewną równowagę w nierównowadze, Vincent Malloy był skrajnie rozdarty i dlatego ponosi klęskę.
Powyższa analiza mogłaby być jedynie wstępem do szerszej analizy twórczości wyjątkowego reżysera jakim jest Tim Burton. Ja jednak chciałem spojrzeć na filmy reżysera przez pryzmat jego pierwszego dzieła, które idealnie ukazuje rozwój nie tylko jego, ale i jego jakże charakterystycznego bohatera.














10/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!