![]() |
![]() |
![]() |
Współczesna komedia made in Hollywood dogorywa i w agonii wypluwa z siebie przedśmiertną żółć. Do takich wniosków można było dojść już dawno temu. Filmy tego gatunku przez ostatnie dwie dekady zdołały osiągnąć różne stopnie upodlenia. Od najwyższego zaczynając, w którym o oblicze komizmu miały zadbać fekalno-ejakulacyjne dowcipy, poprzez mniej hardcorowe motywy z wiatrami (i bynajmniej nie mam na myśli zjawisk meteorologicznych) w roli głównej, zahaczając o infantylne bzdury dla nastolatków i na względnie normalnych, ale przy tym przeraźliwie nudnych, sztampowych fabułkach kończąc. Szczególnym przypadkiem były parodie filmowe, które im młodszym rocznikiem powstania mogły się pochwalić, tym większe stężenie wyżej wymienionych przywar zawierały. Potrzeba było dwóch Anglików i jednego łebskiego Amerykańca, żeby nakierować gatunek na właściwie tory, czego skutki możemy oglądać ostatnimi czasy na ekranach. Angielski duet, Simon Pegg i Edgar Wright, przywrócił do łask starą szkołę robienia parodii. Panowie przypomnieli o tym, że nie sztuką jest sięgnąć po jakiegoś blockbustera i nakręcić go na nowo z większą ilością kretynizmów i żenujących dowcipasów naśmiewających się ze zjawisk popkultury. Wyzwaniem jest natomiast wymyślenie zupełnie nowej historii (do tego interesującej widza), zawierającej elementy pastiszu gatunkowego. Mniej więcej w tym samym czasie po drugiej stronie oceanu pojawił się Jude Apatow. Filmowiec ten sukcesywnie wyrabiał sobie markę, a z czasem został ogłoszony przez krytykę mesjaszem amerykańskiej komedii. Cały wic w sukcesie artystycznym Apatowa polegał na tym, że sięgnął po tematy wykorzystywane przez twórców komedii z najwyższej półki… upodlenia fabularnego i zbudował wokół nich inteligentne historie, czerpiące garściami z kultury popularnej, stawiające na realizm (ale nie naturalizm) przedstawionego świata. Ta trójka (oraz towarzysząca im świta, która później dokładała swoje małe cegiełki do odbudowy podstaw filmowej komedii w innych projektach) konsekwentnie wysyłała w eter sygnały, że oto nadchodzi era powrotu do odgłosów roześmianych paszczy na blockbusterowych komediach. A Ben Stiller szybko wyłapał te impulsy i dołączył co nieco od siebie. Tym sposobem doszło do swoistego mariażu komedii spod znaku Apatowa z filmowymi pastiszami Brytolów.
![]() |
![]() |
![]() |
„Tropic Thunder” (wybacz czytelniku, że pozostaję przy oryginalnym tytule, ale ten koszmarek, jaki zaserwował nam polski dystrybutor, nie przejdzie mi przez klawiaturę) jest parodią filmów wojennych, ale to zaledwie jedno z wielu określeń, jakimi można go opisać. Stiller zrobił kompleksowy twór, który nie tylko wyśmiewa (bądź wysyła ukłony ku klasykom) filmy wojenne, ale zarazem stanowi zjadliwą krytykę filmowego światka. Dostaje się tu po równo aktorskim gwiazdom o rozbuchanych ego, otaczającym ich pijawkom walczącym o swój kawałek tortu, a także cynikom zasiadającym w fotelach prezesów oraz ich przeróżnym marionetkom-pomagierom (asystentom, producentom, niedoświadczonym reżyserom itd.). Tak więc skorygujmy nieco powyższy opis, jest to film o robieniu filmu, który dodatkowo balansuje pomiędzy elementami satyryczno-parodystycznymi.
Główne skrzypce gra tu aktorskie trio: Robert Downey Jr., Ben Stiller oraz Jack Black. Każdy z nich wyśmiewa określony rodzaj aktorskiej osobowości. Kirk Lazarus (Downey Jr.) jest przyzwyczajony do czołobitności ze strony krytyków i członków akademii filmowych. Wszyscy zachwycają się jego kolejnymi kreacjami i sukcesywnie obdarzają go nagrodami, oczywiście z Oscarami na czele. Lazarus do każdej roli przygotowuje się sumiennie, przechodzi stosowne treningi fizyczne, miesiącami pracuje w zawodzie swego bohatera, uczy się obcych języków – dla zwiększenia realizmu jest gotowy praktycznie na wszystko. Koledzy po fachu, nabierający czy też tracący do ról dziesiątki kilogramów, przy jego najnowszym osiągnięciu chowają się zawstydzeni w kąt. Żeby w pełni wczuć się w czarnoskórego żołnierza, poddał się mianowicie operacji plastycznej, zmieniającej kolor skóry. Technika aktorska wykorzystywana przez Lazarusa to równocześnie jego wielki atut i ogromne przekleństwo. Przybierając kolejne tożsamości, wchodząc zarówno fizycznie, jak i psychicznie w odgrywane role, zatracił siebie. Sam już nie wie, kim naprawdę jest Kirk Lazarus – jego osobowość została wymazana na rzecz kolejnych kreacji aktorskich.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Jeff Portonoy (Jack Black) to jego przeciwieństwo. Jeff specjalizuje się w debilnych komediach, z których największą sławę przyniosła mu seria filmów o pierdzącej rodzinie spaślaków (tak jest, skojarzenia z Eddiem Murphym jak najbardziej na miejscu). Otyłemu komikowi popularność zdecydowanie uderzyła do głowy. Notorycznie szokuje on opinię publiczną kolejnymi wyskokami w nietrzeźwym stanie na publicznych imprezach. Wątpliwą sławę przyniosło mu między innymi nasikanie na czerwony dywan (czym swego czasu naprawdę zasłynął jeden z członków ekipy programu „Jackass”). Gdy dodamy do tego uzależnienie od heroiny, mamy pełen obraz kolejnej gwiazdy kina staczającej się na samo dno.
No i w końcu Tugg Speedman (Ben Stiller), gwiazda popularnej niegdyś serii filmów akcji, która lata świetności ma już dawno za sobą. Jego ambicje do zaistnienia w bardziej ambitnym repertuarze zakończyły się wielką finansową i artystyczną klapą, a rola upośledzonego chłopaka z prowincji „zapewniła” mu niemalże wyrok skazujący na bezrobocie w świecie wysokobudżetowych produkcji. Projekt „Tropic Thunder” to dla niego aktorskie „być albo nie być” – ostatnia szansa na odzyskanie popularności widowni i przetrwanie w zawodzie.
Stiller w zjadliwy sposób wyśmiewa światek amerykańskich celebrytów. Jawnie nawiązuje do różnych niesławnych wyskoków gwiazd i gwiazdeczek, wyszydzając z jednej strony nadmierną ambicję aktorów, z drugiej zaś piętnując gwiazdorów drugiego sortu, pozbawionych wszelkich śladów tejże. Na nich jednak ostrze jego krytyki wcale się nie zatrzymuje. Dostaje się również obiecującym reżyserom teatralnym (Steve Coogan), których romans z kinem kończy się zniewoleniem i uzależnieniem od cynicznych prostaków użyczających im pieniędzy (Tom Cruise). Stiller nie oszczędza też agentów artystycznych (zaskakująco dobry Matthew McConaughey) wylegujących się w swoich drogich apartamentowcach na koszt klientów, którym wmawiają, że kwestia zadbania w kontrakcie o Tivio jest kwestią życia i śmierci. Zasięg batów ze strony Stillera jest ogromny, celne ciosy jego satyry rażą zarówno czarnoskórych raperów buńczucznie próbujących swych sił jako aktorzy (Brandon T. Jackson jako… Alpa Chino), jak i wyrachowanych pisarzy, wykorzystujących zamiłowanie amerykańskich odbiorców do pokrzywdzonych w służbie krajowi weteranów wojennych. Długo można jeszcze wymieniać, z czego stroją sobie żarty twórcy i co padło ofiarą ich prześmiewczej parodii.
Jakby tego było mało, sama historia, stanowiąca podstawę do śmiechu z Hollywood, jest wciągająca, napisana z pazurem i jajem, oparta na barwnych i pierwszorzędnie odegranych postaciach, w dodatku doprawiona świetną ścieżką dźwiękową. A w klimat satyrycznej historii wprowadzają nas poprzedzające seans, fałszywe zwiastuny filmowe reklamujące poprzednie produkcje z udziałem bohaterów. Jako dodatkowe smaczki mamy jeszcze między innymi dyskusje o wojnie formatów HD DVD-BluRay, przepis na wykreowanie postaci upośledzonej na umyśle, która urzeknie krytykę oraz… Nintendo Wii na drugim planie, dla miłośników świata gier.
Czy są więc jakieś minusy? W zasadzie to nie. Na te, które występują, można spokojnie przymknąć oko. Jack Black trochę zawodzi, pozostając w cieniu Stillera i Downeya Jr. (aczkolwiek i on ma w tym filmie swoją wielką chwilę), ale jest to usprawiedliwione scenariuszowo. Żart czasem sięga zbyt niskiego poziomu, ale ponieważ „Tropic Thunder” jest satyrą wyśmiewająca tego typu zabiegi w komediach, podobnie możemy zrzucić to na karb podjętej konwencji. Natomiast żarty i smaczki, które dostrzegą widzowie śledzący wydarzenia i zjawiska w popkulturowym światku filmowym, mógłbym jeszcze długo wyliczać. Nie chcę jednak odbierać przyjemności płynącej z zanurzenia się w historii napisanej przez trio Stiller-Thereoux-Cohen, najlepiej więc będzie, gdy już zamilknę. Dodam tylko dla formalności, że zachęcam do wizyty w kinie. Naprawdę warto.















8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!