Wychodząc z seansu „Transformers: Zemsta upadłych”, miałem wrażenie, że oto obejrzałem film całkowicie kuloodporny. Z jednej strony bez zastanowienia można by rozpocząć długą litanię szyderstw i krytycznych uwag, ale… po co? Cóż to da, że opowiem o szczątkowej fabule, braku dramaturgii, dłużyznach, niewyszukanym humorze, a nawet rozczarowujących (choć przecież z technicznego punktu widzenia pozornie bajecznych) scenach akcji? Czy odkryję Amerykę? Czy kogoś zaskoczę? Czy odwiodę od wycieczki do kina kogokolwiek, kto miał ją w planie? Skądże. Przecież i ja świetnie wiedziałem, co mnie czeka, a jednak nie odmówiłem sobie zakupu biletu. Dlatego też rezygnuję z klasycznej recenzji na rzecz niniejszego artykułu.

Kilka miesięcy temu opisałem na łamach Ofilmie wielki hit dla młodych dziewcząt pod tytułem „Zmierzch”. Wówczas, pomimo krytycznej opinii, nie potrafiłem pastwić się nad tym filmem. Choć korciło, by okrzyknąć go „obiektywnie złym”, to jednak – jak pokazują nie tylko kasowe rezultaty, ale także do dziś niesłabnący entuzjazm wśród „swojej” publiczności – „Zmierzch”, za przeproszeniem uszu co bardziej wrażliwych czytelników, perfekcyjnie trafił w swój target. A skoro tak, to kim jestem, żeby odmawiać widzom przyjemności z seansu? Jeżeli ją znajdują, to czy film, nawet zły, można uznać za nieudany?
Tym razem jest podobnie. Kontynuacja cyklu o Transformerach to produkcja dla trzynastoletnich chłopców. W gruncie rzeczy nie warto z tego faktu szydzić. Robić kino dla dzieci to nie wstyd, a nie każdy podchodzi do zadania z ambicjami godnymi studia Pixar. Warto uzmysłowić sobie fakt, że pożywka, którą kilkanaście lat temu karmiłem się ja i zastępy podobnych mi młodzieńców – choć pod wieloma względami inna, bo zakorzeniona w odmiennych czasach – nie była ani trochę „lepsza”. Jeśli się nad tym zastanowić, pod względem prostoty fabularnej (by nie powiedzieć: prostactwa) „Zemsta upadłych” kopiuje schematy licznych, raczej bezmyślnych kreskówek dla chłopców. Są jacyś źli, są jacyś dobrzy, ci pierwsi chcą zdobyć coś, co da im władzę i niszczycielską moc, ci drudzy próbują temu zapobiec, są eksplozje, są żołnierze, czołgi, samoloty… Tak było dwadzieścia lat temu, dziesięć i tak jest dziś. Różnica polega na tym, że kiedy my byliśmy smarkaczami, efektowne brednie rysowali dla nas animatorzy, a my oglądaliśmy je na ekranach telewizorów. Filmy aktorskie, nawet te ze złymi robotami, były „dla dorosłych”. Dziś zaś dla uciechy młodocianej widowni (i nabicia kiesy) wykłada się dwieście milionów dolarów.

Dlatego też przypuszczam (jakkolwiek nie poświęciłem czasu na zbadanie sprawy w Internecie), że segment publiczności tuż przed mutacją jest „Zemstą upadłych” zachwycony. Czy Michaelowi Bayowi należy czynić z tego zarzut? Czy panowie Alex Kurtzman i Roberto Orci – którzy dopiero co błysnęli świeżym i zgrabnym „Star Trekiem” – powinni się wstydzić prostego i głupawego scenariusza, pełnego topornych żartów? Czy może raczej „tak właśnie miało być”? I czy można usprawiedliwić tym po prostu słaby film? Bądźmy szczerzy, „Transformers 2” to nie dzieło – to produkt. Porzućmy święte oburzenie, że przez takie podejście współczesne kino umiera. Co się stało, to się nie odstanie. A prostackie dowcipy oraz język, który zdaniem niektórych testuje pojemność ram amerykańskiej kategorii wiekowej PG-13? A kusząca Megan Fox? Po pierwsze dawno minęła era dziecięcej niewinności; dzisiejszemu „smarkaczowi” nie wystarczy symboliczna skórka od banana i kilka łagodnie szpanerskich odzywek. Po drugie… Cóż, podobnie jak wśród fanek „Zmierchu” trafiają się całkiem duże dziewczynki, tak „Transformers” podoba się także nieco starszym (a czasem wręcz dorosłym) widzom o mało wysublimowanych gustach. Im również należy pokazać coś, na co lubią patrzeć.
Powtórzmy: „Transformers: Zemsta upadłych” to zły, za długi, nieraz nudny film z nieangażującymi scenami akcji, które wywierają zaledwie letnie wrażenie. Wypełnia go „militarna pornografia” w postaci niedorzecznie wyeksponowanego sprzętu wojskowego wszelakiego rodzaju, który wszystkie roboty spycha na dalszy plan. Tym samym Michael Bay zdradza swe prawdziwe fascynacje, filmując manewry wojaków z taką miłością, że Transformery mogą się czuć niemalże zaniedbane. Jedynym prawdziwie jasnym punktem filmu jest John Turturro, który faktycznie potrafi rozśmieszyć. Część pierwsza budziła we mnie nieco nostalgii. Część druga przypomina natomiast, że na nic krytyka, jeśli to nie ja miałem się tu dobrze bawić. Wrodzony dystans nie pozwala mi potępić w czambuł twórcy za to, że schlebia niewyszukanym gustom. Wiele wskazuje na to, że wie, co robi.






2/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Jest sporo prawdy w tym co piszesz. Za gnojka strasznie byłem podekscytowany ekranizacją „Wojowniczych żółwi ninja”, na kolejne części biegłem z podekscytowania do kina a teraz pewnie nie zdzierżyłbym 15 minut z tym filmem. A przecież geneza filmów podobna. Franczyza dla dzieciarni egzystująca najpierw na małym telewizorze w postaci serialu animowanego, na półkach z gazetami jako komiks i w sklepach z zabawkami w formie przeróżnych figurek na które ostrzyło się zęby żeby zaszpanować przed kolegami, która trafiła w końcu i na duży ekran. Tyle że target już niekoniecznie taki sam (a konkretniej znacznie mniej ograniczony wiekowo). Wtedy na widzach powyżej pewnego wieku takie adaptacje nie wzbudzały zbytniego zainteresowania a kontakt z filmem kończył się dla „dojrzałego” widza znużeniem i pogardliwym prychnięciem dla infantylizmów i kretynizmów fabularnych. Dziś na „Transfomersy” widownia (bynajmniej nie tylko nastoletnia) wali drzwiami i oknami i tylko „wykształciuchy” kręcą na nie nosem – co i tak większości z nich nie przeszkadza prędzej czy później obejrzeć filmu na dużym bądź małym ekranie:). Nie sądzę więc żeby był to film robiony tylko z myślą o pryszczatych młodzieńcach(przy takim budżecie raczej nikt nie nastawia się jedynie na portfele wycieczek klasowych) i skoro rozczarowuje bądź żenuje należy o tym głośno mówić. A że to walenie głową w mur, ludzie swoje wiedzą, mają ochotę na kolejną lekką i przyjemną ferię kolorków i do kin będą uderzali jeszcze na dziesięć kolejnych części, a w kolejnych sequelach nic się pod wpływem głosu krytyków nie zmieni, to inna sprawa. Ale krytykować należy, może (tak wiem, naiwny jestem) do kogoś to jednak dotrze i kolejne odsłony będą odrobinę znośniejsze i nie trzeba będzie się przed nimi odurzać alkoholem :)
A tak na koniec, to sam jestem nie bez winny, pewnie też się w końcu wybiorę na jakiś popołudniowy seans w środku tygodnia i tym samym przyczynię się do sukcesu finansowego filmu i utwierdzenia twórców w przekonaniu o słuszności dokonanych przy realizacji wyborów… :) Krzysztof Bogumilski – Tyler DurdenCytuj
„Nie sądzę więc żeby był to film robiony tylko z myślą o pryszczatych młodzieńcach(przy takim budżecie raczej nikt nie nastawia się jedynie na portfele wycieczek klasowych)”
Jasne. Zresztą wspominam w tekście także o doroślejszej publiczności. Krytykować należy (w końcu moja recenzja to także forma krytyki), ale z głową. „Transformers” to kinowy odpowiednik superłatwego do przyswojenia popu. Osoby o w miarę wyrobionym guście muzycznym kręcą nosem, ale przecież nie sposób uznać takich produktów za nieudane, skoro są idealnie skrojone na miarę i z powodzeniem trafiają do rzeczy fanów w różnym wieku. Czyli skutecznie zaspokajają jakieś potrzeby. A z „Transformerami” rzeczywiście jest tak, że kino „dziecinne” wypłynęło na szerokie wody. To w sumie świadczy tylko o umiejętnościach producentów, reżysera i scenarzystów. Mieszając dziecięce schematy z klimatami dla nastolatków, a także motywami, które mogą się spodobać widzom w każdym wieku (spektakularne efekty, te wszystkie militaria, wreszcie Meganka), odnoszą sukces. Bynajmniej nie artystyczny, ale to się rozumie samo przez się. Ot, taki paradoks. Bo na pewnym poziomie w TF2 wszystko trzyma się kupy. Zresztą obejrzysz (a jestem pewien, że w końcu to zrobisz ;P ), to sam się dowiesz :) Rafał Lisowski – NegrinCytuj
Bay doskonale wie, co robi. I za to należą mu się wielkie brawa. Argumenty trafiają, choć zjawisko, jakim jest Transformers 2, lepiej nazwać po imieniu, choćby nawet było skrojone na miarę. Pozwolę się zareklamować, ok? :) http://www.film.org.pl/prace/transformers2_esej.html desjudiCytuj
Tylko czy to wszystko przypadkiem nie dlatego, że 1) jest taka możliwość, 2) jest taka potrzeba? Des, stawiasz w jednym szeregu obciach pod tytułem „Transformers” i obciach pod tytułem Grochola oraz Ich Troje. Powtórzę: wszystkie te przejawy niewyszukanej kultury zapełniają jakieś luki. Możemy wobec tego łamać ręce nad stanem społeczeństwa (czy szerzej: ludzkości), ale — i teraz będzie z grubej rury — czy maluczkim też coś się nie należy? Jakoś nie wierzę, żeby można było wyedukować ludzi, kontrolując poziom serwowanej im rozrywki. My jesteśmy w mniejszości, więc i „nasza kultura” jest w mniejszości. Ja to zaakceptowałem. Rafał Lisowski – NegrinCytuj
Mam jeszcze komiksy Transformers które mimo że nie najwyższych lotów to są dużo lepsze od super głupich i żałosnych Transformersów Baya.
W Transformers 3 może pojawi się Unicron który będzie chciał zniszczyć Ziemie a nie planetę Transformersów Cybertron, bo w ten sposób będzie można dalej pokazywać żałosne postacie pokroju Sama (Shia „no no no” LaBouf) którego wolałem nawet w IJ 4 i Eagle Eye może dla tego że nie irytował mnie tak bardzo jak w Transformersach Baya, Shia może i jest dobrym aktorem ale potrzebuje dobrego reżysera typu Michael Mann, Chris Nolan, Neill Blomkamp J.J. Abrams czy Singera z czasów Podejrzanych, Uczeń Sztana i X-Men 1 i 2
i dobrego scenariusza bo z takim Michaelem Bayem zajdzie do filmowej piaskownicy.
Mikaela (Megan Fox) czy Leo (Ramon Ramirez) który nawet mi się podobał w bardzo przeciętnym Pride and Glory (w Polsce tytuł przerobiony na W cieniu chwały) a w TF 2 taki upadek i to na samo dno. Scenarzyści Alex Kurtzman i Roberto Orci także wypadli słabo co jest zasługą Baya bo pod „opieką” J.J. Abramsa i Martina Cambella potrafili pracować dużo lepiej a mają podobno z Bayem robić Transformers 3 i 2012: War for Souls (o Jezu). Mr. ??Cytuj