![]() |
![]() |
![]() |
Motyw podróży w czasie to swoisty samograj. Zawiązanie fabuły w większości produkcji traktujących o zabawach z continuum czasoprzestrzennym (a co, zna się fachową terminologię dzięki trylogii „Powrót do przyszłości”!) jest w większości tytułów banalnie proste. Ktoś przenosi się w przeszłość, tam umyślnie bądź przypadkowo powoduje zmianę w historii, w efekcie czego jego teraźniejszość zmienia się w zauważalny sposób (zazwyczaj na gorsze). A potem jest już tylko odplątywanie tego, co się zepsuło, i próba skierowania biegu historii na właściwe tory.
„Timecrimes” w zasadzie wpasowuje się w ten schemat i pomijając nieco poważniejszy klimat i zawartość scen przeznaczonych dla dojrzalszego widza (nagość i krew), niewiele różni się od przygód Marty’ego McFly’a. Oczywiście diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Sama historia opowiada o niezbyt lotnym mężczyźnie, którego leniwe popołudnie w domku w górach przeradza się w zwariowane kilkadziesiąt godzin naginania praw fizyki. Zaczyna się od „niewinnego” podglądania przez lornetkę nieznajomej kobiety rozbierającej się w pobliskim lesie. Potem następuje atak tajemniczego mężczyzny z głową okrytą bandażami, bohater ucieka przez las i trafia do laboratorium zakręconego naukowca, który podstępnie zwabia go do wnętrza stojącej tam maszyny. Okazuje się ona wehikułem czasu. BŁYSK. I cała zabawa w zasadzie dopiero się zaczyna.
W tego typu historiach science fiction mamy do czynienia z dwoma kierunkami, którymi twórcy mogą podążyć: z beztroską i lekka rozrywką spod znaku „Powrotu do przyszłości”, umownie traktującą logikę podróżowania w czasie, oraz z przeładowaną naukową terminologią, dopracowaną pod względem logicznym i ciężką do ogarnięcia fabularnie materią spod znaku filmu „Primer” (średnio znany tytuł, z którym szczerze polecam się zmierzyć). Pomiędzy tymi dwoma biegunami mamy całą paletę mniej lub bardziej udanych tytułów, opartych na scenariuszach o różnym poziomie logiki. „Timecrimes” leży gdzieś pośrodku; niby pozuje na poważniejszy tytuł, nie szafuje gadżetami pokroju Deloreana i fruwającej deskorolki, ale za to szybko przeradza się w skondensowany i nie do końca przekonujący przykład schematu, o którym pisałem powyżej. Z poważniejszymi tytułami łączy go fakt, że nie wszystko jest początkowo jasne i musimy wysilić nieco szare komórki, żeby dopasować do siebie wszystkie elementy układanki. Nie trwa to jednak zbyt długo, bo i historia jest w gruncie rzeczy prosta jak budowa cepa, a próba wikłania jej niewiele daje, bo widz bez większego problemu wszystkiego domyśla się sam.
![]() |
![]() |
![]() |
Co gorsza, poziom filmu chwilami za bardzo ociera się o tanie kino klasy B. Zachowanie bohatera śmieszy początkową nieporadnością, no ale dobra, nie każdy musiał wyrastać na niezliczonych historiach o wehikułach czasu i w lot ogarniać wszystko, co się z nimi wiąże. Gorzej, że gdy Hector zaczyna już wszystko pojmować, po pewnym czasie wykazuje się zupełnym brakiem logiki i nieco irytuje swą głupotą. Zbyt dużo tu komplikacji, podczas gdy całą sytuację dałoby się naprawić na wiele innych, prostszych sposobów. Warto natomiast pochwalić reżysera za pierwszorzędny klimat dreszczowca w pierwszych minutach filmu. Gdy jeszcze nie wiadomo, o co chodzi (chociaż pomysły już zaczynają kiełkować w naszej głowie), a wydarzenia zaczynają się nawarstwiać, można autentycznie poczuć niepokój i z pewną nerwowością kręcić się w fotelu. Wierzę, że przy odpowiednim scenariuszu Nacho Vigalondo byłby w stanie nakręcić pierwszorzędny thriller – talent i umiejętności ku temu niewątpliwie posiada.
Atmosfera ciężkiego dreszczowca niestety szybko pryska i całe napięcie ulatnia się z chwilą pierwszego skoku w czasie, po którym emocje diametralnie spadają. Później film miewa jeszcze wzloty, ale do poziomu z pierwszych kilkunastu minut projekcji już się nie zbliża. Za szybko staje się jasne, co i jak, oraz zbyt oczywista wydaje się odpowiedź na pytanie o to, co dalej.
Pochwalić za to należy rozplanowanie wydarzeń i czas filmu. Tempo historii jest dość intensywne i chociaż jest ona przewidywalna, to występujące chwilami obawy o znużenie podczas niektórych powtarzających się sekwencji okazują się nieuzasadnione. Twórca kilkukrotnie wraca do tych samych wydarzeń, za każdym jednak razem pokazując je w nowym świetle, zmieniającym (bądź uzupełniającym o istotne informacje) naszą dotychczasową wiedzę. Na tym wypadałoby zakończyć temat scenariusza, bo nie chciałbym zbytnio zdradzić fabuły, która mimo wszystko oferuje kilka niezłych „twistów”, zwłaszcza osobom, które nie gustują w namiętnym wyprzedzaniu faktów własnymi domysłami.
Kończąc, zaznaczę jeszcze, że pomimo umiarkowanie krytycznej wymowy tej recenzji po „Timecrimes” warto sięgnąć. Po pierwsze jest to kolejny dowód na to, że sci-fi można nakręcić nie tylko bez CGI, ale w ogóle unikając elementów dlań charakterystycznych (scenografia, gadżety, kostiumy) – co więcej, przy wykorzystaniu zaledwie czterech aktorów, w tym samego reżysera w roli naukowca. Po drugie odstaje klimatem od większości filmów o podróżach w czasie i to nie tylko dlatego, że jest produkcją hiszpańską. Po trzecie – pomimo zgrzytów dobrze się to ogląda i z perspektywy czasu mile wspomina. No i w końcu po czwarte – zwyczajnie warto przeżyć te pierwsze kilkanaście minut filmu.











6/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Nie wiem skąd porównanie „Los Cronocrimenes” do „Powrotu do przyszłości”. Poza samym motywem podróży w czasie tych filmów nie łączy absolutnie NIC. D’mooNCytuj
Hmm, a to ja dokonywałem jakiś specjalnych porównań? Napisałem tylko, że na podstawowym poziomie filmy są o tym samym. Zresztą nie bez powodu w tekście padł też tytuł „Primer”. Te dwa tytuły są dla mnie takim swoistym wyznacznikiem kierunków w jakich mogą podążyć historie o podróżach w czasie. I tak, zdaję sobie sprawę, że dokonałem uproszczenia, więc daruj sobie ewentualne wytykanie tego :) Krzysztof Bogumilski – Tyler DurdenCytuj
Ok, zatem na podstawowym poziomie „Bitwa o Ziemię” jest o tym samym co „2001: Odyseja Kosmiczna”. Bo o kosmitach przecież.
I nie wytykaj mi tego, to tylko uproszczenie przecież. D’mooNCytuj
Masz rację, to dokładnie to samo! Świetny przykład porównawczy! Szkoda, że nie zestawiłeś jeszcze ze sobą „Niezniszczalnego” i „Liberatora 2″, w końcu w obydwu ważną rolę odgrywa pociąg. Bosh…
Nie wspominając o tym, że mnie nie zrozumiałeś. Jeszcze raz. O „Powrocie do przyszłości” i „Primerze” wspominam w tekście z jednego powodu. Tytuły te są dla mnie przeciwnymi biegunami tego samego tematu. Jeden traktuje go na tyle poważnie i naukowo na ile to możliwe w tej tematyce, drugi umownie, z przymrużeniem oka i humorem. „Timecrimes” pod tym względem jest czymś po środku, niby powaga i realizm, ale jednak nie do końca, i o tym pisałem w tekście. Jeżeli dalej tego nie rozumiesz albo się z tym nie zgadzasz, to trudno, twoje prawo. Krzysztof Bogumilski – Tyler DurdenCytuj
[[[ „Timecrimes” w zasadzie wpasowuje się w ten schemat i pomijając nieco poważniejszy klimat i zawartość scen przeznaczonych dla dojrzalszego widza (nagość i krew), niewiele różni się od przygód Marty’ego McFly’a. ]]]
No tak, bo przecież wyraźnie nakreślona deterministyczna wizja to prawie to samo co zupełny brak ekranowej logiki… D’mooNCytuj
hej wlasnie obejrzalem ten film i w sumie nawet mi sie podobal. Ale jedna rzecz bardzo nie daje mi spokoju i mozliwosci uwierzenia w to ze takie cos „moglo by” sie wydarzyc :) Mianowicie to dlaczego glowny bohater wogole po raz pierwszy wszedl do tej maszyny ? Skoro facet w bandarzach i naga kobieta , czyli to co zwabilo go tam, bylo efektem tego ze on juz tam raz wszedl ? Rozumiecie o co mi chodzi ?? Aby on zobaczyl te kobiete w lesie w pierwszych scenach filmu to on juz musial raz do tej maszyny wejsc ale w takim razie co sprawilo ze on tam wszedl bo to nie mogla byc ta kobieta przeciez , prawda ?? Bo sama by sie tam nie rozbierala z wlasnej woli. robiCytuj