Dzień, w którym nie ruszyła się ziemia

Anna Adamczak - Gilderoy

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia


Kosmita Klaatu wraz ze swoim bodyguardem, gigantycznym, humanoidalnym robotem Gortem, lądują w nowojorskim Central Parku w olbrzymiej, pulsującej kuli. Zanim zostaje nawiązany pierwszy kontakt, Klaatu zostaje postrzelony i pada wprost w ramiona pięknej pani astrobiolog Helen Benson (Jennifer Connelly), wezwanej w wielkiej tajemnicy na miejsce lądowania wraz z innymi naukowcami przez amerykanki rząd, który obawiał się zderzenia obiektu z Ziemią. W trakcie operacji kosmity okazuje się, że pod nieziemską powłoką jest on właścicielem jak najbardziej ludzkiego ciała (Keanu Reeves). Klaatu żąda spotkania z przywódcami wszystkich krajów naszej planety, ale amerykańska sekretarz obrony (w tej roli Kathy Bates) nie daje mu na to żadnej nadziei. Przybyszowi nie pozostaje więc nic innego jak uciec spod opieki ludzi, w czym ochoczo pomaga Helen. Kiedy okazuje się, że pozaziemskie cywilizacje zmówiły się, by zniszczyć ludzkość, zanim ta doprowadzi do zagłady Ziemi, pani doktor postanawia przekonać Klaatu, by do tego nie dopuścił.

Jednym z fascynujących aspektów science fiction jest to, że przedstawiając nawet bardzo odległą przyszłość, dzieła tego gatunku pozostają mocno zakorzenione we współczesności, odzwierciedlając nadzieje, ale przede wszystkim obawy i lęki społeczeństw swoich czasów. Oryginalny „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” wszedł na ekrany w 1951 r., czyli niedługo po drugiej wojnie światowej, w czasach zimnej wojny, maccartyzmu, czerwonej paniki i konfliktu w Korei, w który zaangażowały się USA i ZSRR, wzmacniając strach przed kolejną wojną światową i użyciem broni nuklearnej. Przesłanie o tragicznych skutkach wzajemnej agresji mocno trafiało do ludzi jeszcze do końca zimnej wojny i było podejmowane w wielu filmach, jak np. „Dr Strangelove” (1964) lub „Gry wojenne” (1983). Motyw kosmitów karzących ludzi za naszą napastliwą naturę pojawia się też jeszcze w 1989 r. w „Otchłani” Jamesa Camerona.

Oczywiście to przesłanie pozostaje aktualne i dziś, ale delikatnie mówiąc, od dawna trąci myszką i nie wzbudza już większych emocji, a dla fanów kina to po prostu odgrzewany kotlet. Zapewne dlatego scenarzysta nowego „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia” przeniósł nieco ciężar: z przemocy na niszczenie środowiska. Jednak mimo że słowa Klaatu wskazują na ekologię, Gort nadal reaguje na agresję; kosmici chcą ratować zwierzęta, ale w telewizji widzimy szabrowników i zamieszki. Choćby jednak twórcom filmu udało się zmienić przesłanie filmu na „zielone”, to w 2009 r. również nie jest ono dla widza niczym nowym, zwłaszcza że u Derricksona ten problem jest potraktowany topornie i prezentuje się miałko.

To zresztą niejedyny powód, dla którego twórców „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia” oskarżam o brak konsekwencji, a nawet hipokryzję. Z jednej strony mamy tu bowiem ideologiczne przesłanie, a z drugiej wyjątkowo rażący product placement – sceny z zegarkiem i telefonem komórkowym lub McDonald’sem nawet nie próbują być subtelne. Film ostro krytykuje agresję, ale, co ostatnio typowe dla amerykańskiego kina, choć dowództwo amerykańskiej armii faktycznie zostaje potępione, to żołnierze niższych szczebli dumnie wypinają pierś z naszywką „U.S. Army”.

Nie tylko pod względem przesłania fabuła pozostawia wiele do życzenia. Zepsute zostały także postacie, i to zarówno przez scenarzystę, jak i przez samych aktorów (ale im się nie do końca dziwię, ciężko musi być odgrywać bzdury). Keanu Reeves ze swoim oszczędnym sposobem grania wprawdzie nieźle nadaje się na obcego, ale wątek nawiązywania przyjaźni z Helen i jej pasierbem przez swą sztywność i chłód jest zupełnie nieprzekonujący. Fakt, że przeróżne dziury w scenariuszu twórcy próbują łatać akcją i efektami specjalnymi, więc nie zostaje miejsca na dialogi i budowanie psychologii. Może to jednak dobrze, bo skóra mi cierpła, kiedy dr Benson kolejny raz płaczliwie błagała Klaatu o drugą szansę dla ludzkości i obiecywała poprawę (w przeddzień inauguracji 44. Prezydenta Stanów Zjednoczonych, skojarzyło mi się to z „Yes we can” Obamy, a postawa wojska i rządu hołdująca zasadzie „najpierw strzelaj, potem pytaj” w jeszcze bardziej nieunikniony sposób przywodziła na myśl działania Busha). Okropna jest też między innymi scena, kiedy Klaatu słyszy muzykę (Bach) i ma się nią zachwycić, a tym samym nieco docenić naszą cywilizację. Ostatnio ten, swoją drogą ograny, motyw widzieliśmy np. w „Equilibrium” i tam mnie wzruszył, tutaj Reeves wypada po prostu żenująco.

Wracając jeszcze do postaci Helen – rozumiem, że w dzisiejszych czasach twórcy filmu zamienili sekretarkę z oryginalnej wersji na wykształconą panią doktor. Tylko po co, skoro po dwudziestu minutach filmu odebrali jej wszelką inicjatywę i kazali jedynie wozić kosmitę wte i wewte? Na dodatek Helen wszędzie ciąga ze sobą pasierba Jacoba (Jaden Smith), za co powinno się jej odebrać prawa wychowawcze, tym bardziej że jego nieobecność na ekranie oszczędziłaby widzom nerwów. Jest to postać schematyczna i przewidywalna aż do bólu. Od początku wiadomo, że chłopiec będzie próbował ściągnąć kłopoty na Klaatu oraz że w finale powie do Helen „mamo”, a po drodze będzie mocno irytujący.

Ciężko mi jednak winić młodego Smitha, bo z tym scenariuszem nie poradziła sobie nawet Kathy Bates. Na początku jej postać ciekawie się zapowiada, jest twarda, ale bystra i energiczna. Potem staje się jednak kolejnym dowodem na zagubienie pana Scarpy, który przerobił oryginalny tekst Edmunda H. Northa (swoją drogą, tylko ten ostatni, który nie mógł się bronić, bo zmarł w 1990 r., wymieniony jest w napisach). Szybko okazuje się „betonem”, by na końcu znowu zmienić front i odwodzić prezydenta od atakowania wielkiej kuli. Filmu Derricksona nie mogę podsumować inaczej niż słowami „nieudany” i „niepotrzebny”. Nawet efekty specjalne, którymi ta produkcja miała zachwycić, są może i dobrze wykonane, ale nie robią wrażenia, zwłaszcza kiedy filmowi w ogóle brakuje dramatyzmu. Scenariusz, jeszcze raz podkreślę, jest fatalny. Jako remake też się „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” nie sprawdza. Twórcy nieudolnie spróbowali uwspółcześnić oryginał, zwiększając jedynie liczbę nielogiczności. Brakuje temu filmowi inteligencji, lekkości i odrobiny humoru, jakie miała pierwsza wersja, nie ma też słynnych słów „Klaatu barada nikto” (fani twierdzą, że to tak jakby w „Gwiezdnych Wojnach” nie było „Niech moc będzie z Tobą”). Gdyby pokazać ten film kosmitom, mogliby się tylko utwierdzić w przekonaniu, że ludzkość należy zniszczyć.

Autor : Anna Adamczak - Gilderoy

Skomentuj recenzję :

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia

The Day the Earth Stood Still


Kraj : USA
Rok produkcji : 2008
Czas trwania : 103 minuty

Reżyseria : Scott Derrickson
Scenariusz : Edmund H. North
David Scarpa
Zdjęcia : David Tattersall
Muzyka : Tyler Bates
Montaż : Wayne Wahrman

Obsada :

Keanu Reeves Klaatu
Jennifer Connelly Helen Benson
Kathy Bates Regina Jackson
Jaden Smith Jacob Benson
John Cleese Profesor Barnhardt
Jon Hamm Michael Granier
Kyle Chandler John Driscoll
James Hong Pan Wu