![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Oscarowe nominacje w roku 1998, chociaż rozdysponowane w głównych kategoriach pomiędzy piątką różnych filmów, wyraźnie dzieliły się na dwie tematyki połączone tym samym gatunkiem – kinem historycznym. Z jednej strony mieliśmy okres elżbietański („Elżbieta”, „Zakochany Szekspir”), z drugiej – II wojnę światową („Szeregowiec Ryan”, „Życie jest piękne”, „Cienka czerwona linia”). Dziesięcioletnia cezura czasu pozwoliła zrewidować wartość poszczególnych tytułów i nośność poruszanych przez nich tematów.O „Zakochanym Szekspirze” przeciętni widzowie już od dawna nie pamiętają. Miłośnicy kina kojarzą go natomiast z mocno dyskusyjnym przyznaniem statuetki Gwyneth Paltrow. Sam film (skądinąd niezły) utonął już jednak w mrokach ludzkiej niepamięci. Zdecydowanie nie można tego powiedzieć o „Elżbiecie”. Tytułowi temu niewątpliwie pomógł fakt, że historyczne produkcje o renesansowej Anglii wciąż nie przestają być modne w kinie i telewizji (a wręcz powiedziałbym, że przeżywają odrodzenie zainteresowania). Równie popularna jest zimna jak lód Cate Blanchet, nie wspominając już o tym, że niedawno goszczący na ekranach kin sequel przypomniał o istnieniu pierwszej części.
Także nie wszystkie filmy spośród trójcy przedstawiającej wątek II wojny światowej utrzymały zainteresowanie widowni. Humorystyczne, lekkie podejście do tragedii Holocaustu, szokujące ówczesnych odbiorców włoską ekspresją artystyczną i radością bijącą z filmu (wprawdzie o ponurym zabarwieniu, ale to jakoś często pomijano w komentarzach), zostało z czasem zepchnięte w cień przez o wiele bardziej ponurego „Pianistę” i „Listę Schindlera”. „Szeregowiec Ryan”, jak to z większością filmów Spielberga bywa, nie pozwolił o sobie zapomnieć i wciąż utrzymuje silną pozycję we wszelakich plebiscytach najlepszych filmów wojennych (co jest zresztą głównie zasługą fenomenalnej sekwencji otwierającej). A „Cienka czerwona linia”? No właśnie… Niby utrzymuje równie solidną pozycję w rzeczonych plebiscytach i jest wymieniana przez miłośników tematu jednym tchem wśród tuzów gatunku. A jednak odnoszę wrażenie, że na dobrą sprawę mało kto ogląda ten odstraszający długością film (prawie trzy godziny, co w przypadku emisji na Polsacie oznacza przynajmniej cztery godziny czasu antenowego!). Jak to z długimi, powszechnie docenianymi filmami bywa, każdy je chwali, mało kto zaś ma ochotę na częsty z nimi kontakt. A szkoda, bo „Cienką czerwoną linię” zobaczyć warto, ale uprzednio się do tego przygotowując – trzeba się wyspać, ewentualnie uzbroić w kubek gorącej kawy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Historia dotyczy mniej znanej karty z dziejów II wojny światowej, czyli konfliktu na Pacyfiku. No cóż, w sumie nie ma co się dziwić, dzielni amerykańscy chłopcy dość się nastrzelali do skośnookich w filmach o Wietnamie, więc na swój sposób logiczne wydaje się, że opowiadając wojenną historię z czasów Roosevelta, filmowcy wolą postawić na szkopów i ich ponure mundury. Europejscy twórcy natomiast, siłą rzeczy, wolą zajmować się losami własnego kontynentu. A szkoda, bo jak pokazuje chociażby świetna książka „Król szczurów”, również i o tym rozdziale ostatniej – jak dotąd – globalnej wojny można by opowiedzieć niejedną fascynującą historię.
W „Cienkiej czerwonej linii” Japończyków jest jednak jak na lekarstwo. Przez ponad godzinę filmu trup amerykańskich żołnierzy ściele się gęsto, chociaż ich przeciwników niemal nie uświadczymy na ekranie. Żołnierze pocą się i krwawią, próbują zdobyć pozornie niedostępne wzniesienie obsadzone przez azjatyckie karabiny maszynowe stopniowo ginąc z rąk niewidzialnego przeciwnika. W ten sprytny sposób Mallick oddaje klimat pola walki, miejsca, w którym w przeciągu ułamka sekundy można zejść z tego świata, nie wiedząc nawet, z której strony padł strzał i z czyjej ręki. W filmach wojennych przeciwnicy zazwyczaj mają jakąś osobowość, czasem jest to jedynie bezosobowy tłum nacierających żołnierzy, ale mimo wszystko spełnia swoją rolę, koduje w umyśle widza postać adwersarza zagrażającego życiu bohaterów. A tymczasem w „Cienkiej czerwonej linii” odnosimy wrażenie, że wojacy muszą się ścierać z… górą. Niezdobytą, plującą ogniem karabinowym i nic nie robiącą sobie z artyleryjskiego ostrzału… A wszystko to ze względu na, zdawałoby się, idiotyczną ambicję dowódcy, który za nic ma padających jak muchy podwładnych. A jednak jest w tym szaleństwie metoda, nieustanne wywieranie presji na podwładnych prowadzi w efekcie do zamierzonego celu – zdobycia góry. Polegli po drodze są jedynie tragicznym zobrazowaniem przysłowia o omlecie i zbitych jajkach.
„Cienka czerwona linia”, chociaż nie gloryfikuje wojny, daleka jest od stawiania antywojennych tez rodem z filmów Coppoli i Olivera Stone’a. Mallick zrezygnował z mnożenia obrazów wojennego okrucieństwa oraz rejestracji wydarzeń świadczących o procesie dehumanizacji kadry wojskowej. Jego uwaga skupiła się na innym elemencie – przeżyciach, lękach i wątpliwościach targających sługami Aresa na polu bitewnym. Zachowaniom bohaterów filmu daleko do stereotypowego zestawu cech składających się na filmowe bataliony – nie ma tu bohaterskiego idealisty, zmęczonego życiem starego wyjadacza, okrutnika mającego w poważaniu konwencję genewską, płaskiego emocjonalnie specjalisty od jakiegoś konkretnego rodzaju broni itd. W „Cienkiej czerwonej linii” wszyscy w mniejszym bądź większym stopniu są niewolnikami własnej psychiki, spętanymi różnymi rodzajami lęków, przerażonymi otaczającym ich szaleństwem oraz kruchością życia, które mogą utracić w ułamku sekundy. Paraliżuje ich bolesna wiedza, że każdy szturm na przeciwnika jest okrutną loterią, w której stawką okazuje się własne życie. Świadomość, że sekunda nieuwagi, wychynięcie z okopu w złym momencie, wybiegnięcie zza załamu skalnego, ba, przypadkowe naruszenie zawleczki z granatu zawieszonego na własnym pasie, może niespodziewanie zakończyć życiową podróż, największego chyba twardziela potrafi zamienić w przerażone dziecko.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
A przecież są jeszcze inne rodzaje lęków dopadających żołnierzy. Chociażby przytłaczająca odpowiedzialność za los innych. Strach przed wysłaniem swych towarzyszy broni w objęcia śmierci, przerażenie, że jedna błędna decyzja może zaważyć na ich losie, dojmujące poczucie winy po stracie podwładnych-przyjaciół. To są rzeczy, z którymi niejeden dowódca ma większy problem niż z obawą o samego siebie. Dowodzenie wymaga solidnej gruboskórności i umiejętności patrzenia na wojenne działania z szerszej perspektywy, usprawiedliwiającej własne straty na poszczególnych etapach batalii jako prowadzące do końcowego punktu – zwycięstwa, pozwalającego w efekcie ocalić wiele innych istnień. Niektórzy potrafią się od tego odciąć, odsuwając od siebie lęki i obawy. Uciekają we wspomnienia o ukochanej, w wyidealizowany świat wolny od przemocy, znajdują sposób na emocjonalne wyłączenie się i niedopuszczanie do siebie świadomości ogromu ludzkiej tragedii, jakiej są świadkami. Inni ciągną resztką sił, każdą minutę wojennego szaleństwa traktując jako wizytę w piekle.
Ogromny respekt wzbudza zebrana przez Mallicka obsada. Obok starych wyjadaczy takich jak Sean Penn, Nick Nolte i John Travolta, mamy świeżo odkryte aktorskie osobowości – Woody’ego Harrelsona, Jima Caviezela, Johna Cusacka i George’a Clooneya, oraz osoby, które uznanie szerokiej widowni miało dopiero zdobyć, czyli Johna C. Reilly, Adriena Brody, a także wciąż niedocenianego Eliasa Koteasa. Nie odczuwa się tu gwiazdorowania, każdy robi swoje nie dążąc usilnie do wybicia się ponad resztę kolegów. Niektórym wprawdzie nie udaje się w pełni przekonać do swych kreacji i taki np. George Clooney wciąż pozostaje sobą, tyle że ubranym w wojskowy mundur. Ale żaden z członków obsady z pewnością nie wprawia widza w zażenowanie. To po prostu solidne aktorskie rzemiosło z kilkoma małymi perełkami.
„Cienka czerwona linia” nie jest filmem łatwym w odbiorze, wymaga od widza dużej cierpliwości. Zawiera wprawdzie wiele perfekcyjnie zrealizowanych scen batalistycznych, ale chociaż jest ich dużo, to jednak i tak są jedynie urywkiem w tej trzygodzinnej opowieści, skupiającej się bardziej na losie żołnierzy, ich fobiach i lękach niż na samej batalistyce, która służy wyłącznie jako element spajający wydarzenia i dopełniający obrazu wojennego żywota. Mallick raczy nas potężną dawką filozofii, zawartej w – często natchnionych – przemyśleniach z offu jednego z bohaterów. Serwowane w dużej dawce niejednego mogą one zmęczyć bądź zirytować. Dopełnione niespiesznymi, wysmakowanymi zdjęciami (czytaj – wieczorową porą bez kawy lepiej nie podchodzić) rzutują na końcowy odbiór filmu. Jedni przebrną (niektórzy nawet z zadowoleniem) przez długie sekwencje powolnej akcji, z uwagą sprostają ambicjom filozoficznym reżysera, otrzymując ciekawą, niebanalną historię wojenną, inni odpadną gdzieś po drodze, zasypiając bądź wyłączając film. Przyznaję, sam niejednokrotnie czułem, że odpływam w środkowej części filmu (bywam najwyraźniej mało pojęty na wcześniejsze lekcje, ponieważ za każdym razem puszczam film późno w nocy), ale akcja ratunkowa w postaci odpowiedniej dawki kofeiny pomagała w kontynuacji seansu. A film jest fascynujący i przepiękny wizualnie, ale żeby się nim rozkoszować, niestety trzeba być wypoczętym i wyspanym. Szybki piątkowy seansik przed snem, po tygodniu pracy, niestety nie wchodzi w rachubę. Kończąc więc, życzę wszystkimi chociaż trochę wolnego czasu do wykorzystania, żeby mogli delektować się tym wspaniałym dziełem.

















9/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!