The Limits of Control (The Limits of Control) – Użyłem wyobraźni

Kategoria: Recenzje

Nie będę udawał, że wiem, o czym są „The Limits of Control”, jeśli w ogóle są o czymś. Powiedzmy sobie to szczerze na samym początku, żeby nie było nieporozumień. Jim Jarmusch po długiej przerwie idzie na całość w nieopowiadaniu, niedzianiu się, niemówieniu. I trudno jednoznacznie stwierdzić, na ile bombarduje widza megatoną pretensjonalności, a na ile robi go w konia. Ja uznałem, że nie warto dociekać.

Do „Limits of Control” potrzeba znacznych pokładów cierpliwości; widzów, którzy nie podejrzewają siebie o wysoką tolerancję na, za przeproszeniem, artyzm, z miejsca przestrzegam. Wyjdą z kina jak nic. Natomiast tych, którzy – jak ja – gotowi są zaryzykować podróż, w której sensem jest nie cel drogi, a ona sama, zapraszam. Film Jarmuscha oszałamia obrazem i hipnotyzuje towarzyszącą mu ścianą dronemetalowych dźwięków (których, jak się przy tym okazało, jednak da się słuchać). Długie, piękne, statyczne ujęcia hiszpańskich miast, miasteczek i krajobrazów wydają się istotą rzeczy samą w sobie. Bezimienny bohater filmu, posągowy Murzyn o kamiennej twarzy, przemierza tę scenografię, wykonując jakąś misję. Jaką? dla kogo? – w zasadzie nie wiemy, gdyż instrukcje, które otrzymuje w początkowej scenie, są dla nas enigmatyczne, by nie powiedzieć: bełkotliwe. Rozumiemy, że w grę wchodzi brudny interes – choć kierujemy się raczej intuicją ukształtowaną przez klisze zaczerpnięte z setek innych filmów niż specyfiką faktycznych poczynań bohatera. (Stylistyczne powiązanie ubranego w nieskazitelne, jednobarwne garnitury Murzyna z typowymi filmowymi „cynglami” jest oczywiste – nawet dzieci pytają go, czy jest amerykańskim gangsterem). Samotny człowiek czeka w kawiarniach, niezmiennie zamawia dwa espresso w oddzielnych filiżankach, wymienia z kolejnymi dziwnymi postaciami komunikaty w zawsze takich samych pudełkach od zapałek, czyta umieszczone w środku kartki, połyka je i czeka na dalsze polecenia. Analogiczne sceny powtarzają się, replikują z doskonałą monotonią: spotkania, w których on nic nie mówi, lecz mówią do niego, marsze przez miasta, wizyty w muzeum sztuki, tai-chi w pokojach hotelowych. Jarmusch przeciąga ujęcia, jakby chciał znużyć odbiorcę, przegonić sprzed ekranu niedzielnego widza, zbadać jego granice samokontroli przed wstaniem z fotela – choć widz bardziej wyrobiony, zaprawiony w bojach z kinem prawdziwie monotonnym, przyzna, że w tej swojej awangardowości amerykański reżyser wciąż, można by rzec, pozostaje w mainstreamie.

O co zatem chodzi w „The Limits of Control”? Czemu nie zmieszać z błotem filmu pozbawionego fabuły i celu, jak uczyniło to wielu krytyków? Powstrzymuje mnie jedna, szalenie zasadnicza kwestia: choć w trakcie seansu walczyłem z opadającymi powiekami, choć nie było łatwo pokonać znużenie, to zwyczajnie podobało mi się to, co oglądam. Sam Jarmusch powiedział ponoć (i możemy mu wierzyć lub nie), że film ten ma zapewniać rozrywkę, tylko że innego typu. I wiecie co, moi drodzy? Zapewnia. Bohater grany przez Izaacha de Bankolé ogląda obrazy w galerii – i chyba nie bez kozery, gdyż i ja zdałem sobie sprawę z tego, że patrzę na „Limits of Control” nie jak na film, nie jak na narrację, toczącą się historię, lecz właśnie jak na dzieło sztuk plastycznych, które – choćby to nie wiem jak dęto zabrzmiało – bardziej niż treścią oddziałuje na mnie formą, a bardziej niż na intelekt działa na zmysły. Jak często u Jarmuscha, w centrum jest droga, podróż bez celu, podróż dla samej podróży. Epizody przemykają i nie znajdują dalszego ciągu (można by powiedzieć: jak w życiu – choć to akurat nie moja myśl), akcja tonie w monotonii, a ostateczny sens jest nieznany aż do końca.

Bezimienny bohater nie mówi wiele. To inni mówią do niego, wygłaszają monologi o kinie, sztuce, muzyce, nauce, seksie. Serwują banalne w gruncie rzeczy, może nawet kiczowate mądrości takie jak: „wszystko jest względne”, „wszechświat nie ma środka ani krawędzi”, „rzeczywistość jest arbitralna” czy „życie jest garścią kurzu”. Można to potraktować dosłownie, przewrócić oczami na dźwięk myśli o głębi rodem z (anty-)Paolo Coelho, lecz można także uznać za część poetyki filmu, tej wizualnej i tej treściowej, a nawet za element jego melodii. Powracające w „The Limits of Control” słowa o życiu jako garści kurzu pojawiają się zresztą także jako tekst słyszanej w sewilskiej knajpie pieśni flamenco – notabene jest to jedyny moment, gdy bohater się uśmiecha. Dlaczego? Ja tego nie wiem.

Obraz Jarmuscha niewątpliwe jest również autotematyczny. Reżyser nawiązuje do Wellesa, Godarda, Hitchcocka, Tarkowskiego, Kaurismäkiego, sama zaś konstrukcja filmu – z tajemniczymi postaciami wypowiadającymi zagadkowe kwestie i scenami, w których zacierają się granice między jawą a snem – silnie kojarzy się z twórczością Davida Lyncha. Postać Tildy Swinton mówi o kinie; wspomina między innymi, że lubi, kiedy bohaterowie siedzą i milczą. Niektórzy twierdzą wręcz, że Jarmusch sprawdza, jak bardzo można zredukować film, by wciąż pozostał filmem, lecz wydaje mi się, że do owej „granicy” pozostało jeszcze trochę miejsca. John Hurt rozwodzi się nad ideą bohemy, do której wszak należałoby zaliczyć samego Jarmuscha. Główny bohater nienawidzi telefonów komórkowych i posługuje się tylko karteczkami – jakby odrzucał nowoczesność? Z kolei Gael García Bernal opowiada o pejotlu (tu natychmiast przychodzi na myśl „Truposz” – pod niejednym względem bodaj najbliższy „Granicom kontroli” z całej filmografii Amerykanina), mówi o mocy halucynacji i wrażeń – co również wydaje się ze wszech miar na miejscu w hipnotycznym, subtelnie surrealistycznym filmie. Dorzućmy jeszcze wspomniane wcześniej nawiązania do sztuk plastycznych, do autentycznej sztuki jako takiej, niemal z pewnością nieprzypadkowe wobec oszałamiających, przepięknych zdjęć Christophera Doyle’a. W końcu zaś cały ten świat bohemy skonfrontowany zostaje z bezduszną korporacyjną pogardą w osobie Billa Murraya. O czym to wszystko świadczy? O dobrym samopoczuciu i samozadowoleniu twórcy? O artystycznej misji? Czy raczej o dystansie, ujęciu w nawias? O chęci opowiedzenia o procesie twórczym? Przypuszczalnie odpowiedź, jakiej widz będzie skłonny udzielić, okaże się zależna od nastawienia do całokształtu „Limits of Control”.

Ciężko rozprawić się z takim filmem, by z jednej strony nie popaść w niesmaczną, artystowską egzaltację, z drugiej zaś oddać cesarzowi co cesarskie i zamiast ulec pokusie płytkiego szyderstwa, dać reżyserowi wolną rękę, by poprowadził widza tam, gdzie zechce. „Granice kontroli” nie obronią się przed zarzutem o artystyczne nadęcie – że o przysłowiowym „przeroście formy nad treścią” w świetle powyższych akapitów nawet nie wspomnę. Jednakże odnoszę wrażenie, iż pomimo tego nie są bynajmniej filmem pustym. Z pewnością skazanym na porażkę u zdezorientowanej multipleksowej widowni, którą być może zwabi silna obsada, a jednak wartym odbycia medytacyjnej podróży przez Hiszpanię. Choćby na próbę. Odbiór dzieła Jarmuscha będzie sprawą indywidualną. Nie obrażę się na nikogo, kto odsądzi mnie od czci i wiary. Może to kwestia dnia? Może kiedy indziej nie zostawiłbym na filmie suchej nitki? W końcu „wszystko jest względne”.

Komentarz do artykułu “The Limits of Control (The Limits of Control) – Użyłem wyobraźni”

  • michuk pisze:

    Jestem właśnie tuż po rajdzie po berlińskich galeriach sztuki współczesnej i przyszło mi na myśl (jeszcze przed przeczytaniem Twojej recenzji), że film Jarmuscha wpisuje się właśnie doskonale w ten trend. Pokazuje coś, ale faktycznie widzimy tylko kontury, jakieś kształty, pod które możemy podłożyć sobie „różne treści”, że zacytuję rejsowego filozofa.

    I to jest właśnie genialne w tym filmie. W „Limits of control” bliżej Jarmuschowi do Matthwe Barney’a niż do tradycyjnego kina pod które się podszywa.  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: The Limits of Control
Oryginalny tytuł: The Limits of Control
Rok:
Czas trwania: 116 minut
Zdjęcia:
Obsada:
Samotny mężczyzna
Blondynka
Amerykanin
Meksykanin
Gitarzysta
Naga kobieta
Molecules
Kierowca
Skrzypek
Kreolczyk
Ocena:  4/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!