The Last Drop – It’s a hell of a war!

Kategoria: Recenzje
The Last Drop
The Last Drop
The Last Drop

Fabuła „The Last Drop” jest prosta jak budowa cepa. Mamy rok 1944. Mamy „zarekwirowane” przez nazistów złoto i dzieła sztuki. Mamy kilka stron, które chętnie zaopiekowałyby się tymi kosztownościami – major SS Kessler ma zadanie przewieźć je bezpiecznie do Berlina. Niemieccy dezerterzy pragną zaś po prostu się wzbogacić, choć w grę wchodzi tu także wątek osobistej zemsty. Nie należy zapominać również o Brytyjczykach i Amerykanach, którzy łatwo takich pieniędzy nie odpuszczą. A tłem do zmagań o wspomniane precjoza jest operacja Market-Garden mająca miejsce w Holandii niecały rok przed zakończeniem Drugiej Wojny Światowej.

Nie wiem kto był odpowiedzialny o dbałość o realizm i wierność historii, ale zadanie domowe odrobił na „jedynkę”. Niemcy używają sprzętu rosyjskiego albo produkowanego długo po wojnie, operacja Market-Garden przypomina piknik, jeden z bohaterów strzela z MP-38 jedną ręką… Wprawne oko wychwyci mnóstwo takich mniej lub bardziej drobnych nieścisłości. Poza tym sporo tu dziur w fabule oraz nieprawdopodobnych zachowań bohaterów. Gra aktorska fatalna, zresztą czego się spodziewać po takich „artystach” jak Michael Madsen, który w roli amerykańskiego oficera wypada zupełnie niewiarygodnie. Poza tym jak tak w ogóle można, z wielkiej tragedii jaką była Druga Wojna Światowa robić zabawę, przygodę dla dużych chłopców. Ja czegoś takiego tolerować nie mogę. Zresztą przestałem oglądać to „dzieło” po trzydziestu minutach. Na pewno na lepsze dalej się nic nie zmieniło. Gardzę takim kinem – komercyjnym w najgorszym wydaniu, napakowanym kiepskimi efektami specjalnymi, słabym aktorstwem (Daniel Auteuil to by im dopiero pokazał jak się powinno GRAĆ), pozbawionego jakichkolwiek głębszych treści i jeszcze na dodatek kpiącego z wydarzeń podczas których ginęli nasi dziadkowie. Ja dziękuję, wolę kolejnego Almodovara.

Nie, nie odbiło mi. Chciałem tylko pokazać jak ta recenzja mogłaby wyglądać, gdyby jej autorem był Mossakowski, Felis czy inny „krytyk” z bożej łaski. Jak jednak co bardziej spostrzegawczy zauważyli, nie jestem Mossakowskim, ani tym bardziej Felisem. Jeśli więc jesteście fanami wyżej wymienionych panów, mogę z góry zapewnić, że ten film się wam nie spodoba. Jeżeli szukacie prawdy historycznej, lub jeśli drażni was brak realizmu czy logiki w działaniach bohaterów, również dajcie sobie spokój. Natomiast, jeżeli chcecie niezobowiązującej rozrywki na sobotni wieczór, lubicie filmy sensacyjno-wojenne w starym stylu, i nie macie w głębokiej pogardzie kina czysto i świadomie komercyjnego, „The Last Drop” jest pozycją jak najbardziej godną polecenia. Tym bardziej, że całość dodatkowo skąpana jest w aurze produkcji z jakich słynie Guy Ritchie.

The Last Drop
The Last Drop
The Last Drop

Po pierwsze i najważniejsze, reżyser Colin Teague inspirował się nawet nie tyle amerykańskimi filmami takimi jak „Złoto dla zuchwałych„, co raczej włoskimi typu „Inglorious Bastards” czy „Commandos„. Humor, pewien specyficzny chaos (niekoniecznie w złym tego słowa znaczeniu), luźne potraktowanie realiów i ten trudny do wyrażenia słowami, ale jakże charakterystyczny posmak kina klasy B, bądź niższego. To wszystko to także atrybuty wojennego kina spod znaku spaghetti. No i nie ma tu żadnego oszukiwania widza. To tylko i wyłącznie czysta rozrywka.

Po drugie – nie mogę nie wspomnieć o obsadzie, która jest znakomita. Hmm…to znaczy jak dla kogo znakomita. Nie ma tu Daniela Auteuila, ale jest za to Laurence Fox, którego pamiętam z udanej roli w „Deathwatch„. W „The Last Drop” Fox wciela się w rolę majora SS Kesslera, przerysowując go i doprowadzając niemal do groteski. To karykatura nazisty – młody, bezlitosny, kochający fuhrera i ostre narzędzia blondyn. Aktor fajnie bawi się tą rolą. Nie ma Zbigniewa Zapasiewicza, ale jest Michael Madsen, który parodiuje tu samego siebie. Jego pułkownik Colt to połączenie porucznika Kilgore’a z „Czasu apokalipsy” i zadowolonego z siebie głupola z amerykańskiej prowincji. Jego rozkazy wyglądają mniej więcej tak: „Poruczniku! Powiedzcie ludziom, żeby zrobili to, co powinni zrobić!”. Świetny występ, szkoda tylko że krótki. Ale to niezła wprawka przed tarantinowskim „Inglorious Bastards”. Poza nimi w filmie występują także takie asy jak Sean Pertwee, Karel Roden i Tommy Flanagan. W napisach początkowych na pierwszym miejscu wymieniono Billy’ego Zane’a, ale on akurat poza paroma one-linerami nie pokazał niczego szczególnego. Jako ciekawostkę można uznać występ Davida Ginoli, kilka lat temu błyskotliwego skrzydłowego Tottenhamu Londyn i reprezentacji Francji, dziś idącego w ślady Erica Cantony i próbującego swych sił w aktorskim fachu.

Nie ukrywam, że ja bawiłem się świetnie oglądając „The Last Drop”. Uśmiech chyba ani razu nie zniknął z mojej twarzy. Brakowało mi takiego filmu. Co z tego, że niski budżet, że efekty specjalne chwilami nie wyglądały najlepiej. Widać wyraźnie, że ekipa znakomicie czuła się na planie i to jest najważniejsze, bo ten dobry nastrój udziela się widzowi. No chyba, że jest się Moss… zresztą nieważne.

Aha. Nie wiem, czy to świadome nawiązania Colina Teague, czy tylko przypadek, ale klika scenerii wygląda jak żywcem wyjętych z gry komputerowej „Hidden & Dangerous”.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: The Last Drop
Oryginalny tytuł: The Last Drop
Kraj: Wielka Brytania
Rok:
Czas trwania: 103 minut
Reżyseria:
Scenariusz:

Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Płk. J.T. Colt
Oates
Beck
Por. Voller
Kpr. Baker
Sierżant McMillan
Major Kessler
Szer. David Wellings
Kpr. Powell
Saskia
Ocena:  7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!