![]() |
![]() |
![]() |
Powstałe w 1977 roku „Wzgórza mają oczy” Wesa Cravena, chyba trochę na wyrost zyskały miano „klasyka”. To film niezły, ale w żadnym wypadku wybitny, w dodatku garściami czerpiący z „Teksańskiej masakry piłą łańcuchową” Tobe’a Hoopera, a więc dziełem oryginalnym również trudno go nazwać. Mimo to doczekaliśmy się remake’u. Moda na nowe wersje starych hitów zaczyna przybierać zatrważające rozmiary, a jej zmierzchu trudno w najbliższym czasie się spodziewać. Na domiar złego wszystkie te filmowe powtórki z reguły są przynajmniej o klasę gorsze od oryginałów. A jak jest z nowymi „Wzgórzami”? Niespodzianka – chyba po raz pierwszy mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nowa wersja pod każdym względem przewyższa pierwotną.
Fabuła jest prosta, jasna i klarowna. Amerykańska rodzina jedzie do Kalifornii. Beztroska wycieczka szybko jednak zamienia się w koszmar, gdy samochód psuje się na pustyni, pośród surowych, majestatycznych wzgórz, spomiędzy których wychodzą żądne krwi i ludzkiego mięsa mutanty – efekt wojskowych eksperymentów z bronią jądrową. Film Alexandre’a Aji, twórcy uznanego w niektórych kręgach „Haute tension„, jest dość wiernym remakiem dzieła Cravena. Z życiem uchodzi nawet ten sam zestaw bohaterów. Jeśli chodzi o scenariusz, również nie ma większych różnic między obiema wersjami. Dodano lub wydłużono kilka scen i tyle. Czym więc dzieło Aji różni się od filmu twórcy „Krzyku”? To chyba jasne. Jest krwawiej, mocniej, momentami wręcz nihilistycznie (choć oczywiście hooperowskiej „Teksańskiej masakry piłą łańcuchową” nie udało się w tej kwestii przebić). U Cravena pierwszy atak mutantów nie wywołał na mnie większego wrażenia. Z kolei oglądając w kinie film Aji siedziałem na krawędzi fotela. Widać, że ten młody Francuz zna się na rzeczy i ma wyczucie gatunku. Wszystkie elementy, od montażu począwszy, przez zdjęcia, na znakomitej, dysharmonicznej, ocierającej się o industrial muzyki skończywszy, składają się na scenę o niezwykłej intensywności i mocy. To chyba najlepszy moment filmu, choć na wyróżnienie zasługuje jeszcze parę sekwencji. Wrażenie robią zwłaszcza momenty, których w cravenowskim oryginale nie było: pojedynek z mutantami w testowej osadzie służącej wojsku do obserwowania efektów eksplozji nuklearnej, oraz przepiękna scena w której Doug, jeden z bohaterów, odwiedza znajdujące się w powstałym po wybuchu bomby kraterze cmentarzysko samochodów, jedynych namacalnych pozostałości po ofiarach krwiożerczych mutantów. Dobrym posunięciem Alexandre’a Aji była rezygnacja z zatrudnienia pierwszoligowych aktorów. Fakt, Ted Levine i Kathleen Quinlan to znane nazwiska, ale gwiazdami trudno ich nazwać. Dzięki temu do końca nie wiadomo kto przeżyje (o ile oczywiście nie zna się oryginału). A aktorom trudno w sumie cokolwiek zarzucić, choć osobowości na miarę Michaela Berrymana z pierwotnej wersji tym razem trudno się tu doszukać.
![]() |
![]() |
![]() |
Podobnie jak trudno doszukać się jakichś głębszych treści stojących za tą rzeźnią, choć scenarzyści obu wersji starają się zasygnalizować pewne rzeczy. Mutanci to potomkowie górników, którzy pomimo prób z bronią nuklearną zdecydowali się nie opuszczać rodzinnej ziemi (jakakolwiek by ona nie była), efektem czego stali się potworami o kanibalistycznych skłonnościach. Twórcy obu filmów obwiniają wojsko za zarówno fizyczne, jak i psychiczne deformacje pierwotnych mieszkańców tych terenów. „Ludzie ludziom zgotowali ten los” i tyle.
„Wzgórza mają oczy” są niezwykle krwawe. Rozłupywanie głów siekierą, bądź ucinanie palców wyżej wymienionym narzędziem, jest tu na porządku dziennym. Nie jest to oczywiście taki poziom brutalności, jak co poniektóre undergroundowe pozycje gore, a Aja oszczędził nam obecnej w wersji Cravena sceny przegryzania przez psa ścięgna Achillesa jednemu z mutantów, ale jak na film mainstreamowy jest ostro, nie ma co ukrywać.
Film nie jest pozbawiony minusów, choć w moim mniemaniu są to drobiazgi w żadnym wypadku nie mogące przesłonić pozytywnej oceny całości. Trochę w konfrontacji z oryginałem rozczarowuje końcówka, u Cravena mocna, nagle się urywająca, pozostawiająca widza samego z napisami końcowymi i mocno walącym sercem. W remake’u jest łagodniej, bardziej – że tak powiem – pozytywnie, choć furtka do sequela zostaje otwarta.
W pewnym momencie do filmu wkrada się też specyficzny…patos. Zdaję sobie sprawę, że zabawnie to brzmi, ale są sceny, w których jeden z bohaterów filmowany jest od dołu na tle nieba, a z głośników płynie podniosła muzyka. W świetle poprzednich brutalnych i nihilistycznych sekwencji wygląda to dosyć dziwnie, dlatego mam wrażenie, że był to żart, kpina Aji z amerykańskich superherosów. Po prostu Francuz wcześniej udowodnił, że jest na tyle utalentowany, że nie musi uciekać się do tak tanich chwytów.
Trzeba przyznać, że ze wszystkich podgatunków horroru, to właśnie gore ma największe szczęście do remake’ów. Najpierw znakomity „Świt żywych trupów” Snydera, później niezła „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Nispela, teraz „Wzgórza mają oczy”… Film Aji jest jednak jako jedyny z nich ewidentnie i bezwarunkowo lepszy od oryginału. Polecam…choć chyba tylko fanom takiego kina.











7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!