Amerykańscy producenci lecą po linii najmniejszego oporu. Nie dość, że rimejkują na potęgę wszystko jak leci, to jeszcze są na tyle leniwi, że jak już zwrócą uwagę na tytuł z konkretnego kraju, to po chwili zaczynają węszyć po okolicy w poszukiwaniu kolejnych filmów do przemielenia w Hollywood. Najpierw była Japonia, „zafascynowanie” którą przelało się na inne kraje zamieszkiwane przez skośnookich reżyserów kręcących miejskie horrory. Gdy już widownia zdradzała objawy apopleksji na widok dziewczynek o czarnych włosach, porzucono pociesznych Azjatów na rzecz gorącokrwistych Hiszpanów, którzy udanie balansowali między klasycznym kinem grozy a współczesną modą na fikcyjne materiały dokumentalne. O ile jednak zwrócenie uwagi na Hiszpanię nie było wielce zaskakujące (wszakże jeszcze przed amerykańskim „The Ring” powstał „Vanilla Sky”, będący remakiem hiszpańskiego „Otwórz oczy”), tak już obecne pospolite ruszenie na kinematografię skandynawską niewątpliwie jest. Na razie zrobiono wprawdzie tylko angielskojęzyczne wersje „Pozwól mi wejść” i „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”, ale w planach jest już kilka innych projektów, w tym m.in. sięgnięcie po właśnie goszczącego u nas w kinach „Łowcę trolli”.

W przypadku recenzowanej „Dziewczyny z tatuażem” można jednakże dyskutować, czy mamy do czynienia z remakem „Mężczyżn, którzy…”. Odpowiedzialna zań ekipa konsekwentnie się tego wypiera, wskazując na książkowy pierwowzór jako materiał źródłowy. Czyli generalnie podobna sytuacja (wymówka?) jak z „Prawdziwym męstwem” braci Coen i podobnie jak w tamtym wypadku porównania obu adaptacji podczas seansu są rzeczą nieuniknioną. Tak więc żeby było jasne, osoby znające wersję szwedzką niewiele zobaczą nowego w filmie Finchera. Przynajmniej jeśli chodzi o samą historię.
Nie oznacza to jednak, że obie wersje są identyczne. Zmieniono (a raczej nieco skorygowano) chociażby charakter Lisbeth, budując postać bliższą tej książkowej. Aktorka pozwala sobie na zachowanie pewnej dozy kobiecej wrażliwości, to już nie jest ten sam wytatuowany i naszpikowany ostrym piercingiem cyborg jak w wersji Noomi Rapace. I to jest fajne, bo postać zyskuje na autentyczności. Ten pierwiastek kobiecy dochodzi do głosu szczególnie w jej relacjach z Blomkvistem. W wersji szwedzkiej zostaje on w pewnej chwili przez nią dosłownie – za przeproszeniem – zerżnięty, wykorzystany do chwilowej przyjemności i pozostawiony niemalże bez słowa. Nie to, żeby specjalnie narzekał.
Lisbeth w wykonaniu Rooney Mary również inicjuje całe zbliżenie, ale jakże inne jest jej późniejsze zachowanie względem Mikaela. Pojawia się czułość, ostrożna, bo ostrożna, ale czułość, potrzeba bliskości, dotyku. O natychmiastowym wyjściu z sypialni nie ma już mowy. Ta zmiana jednak owocuje największym zgrzytem w filmie: ostatnimi minutami, w których lekko zaśmierdziało banałem (czy wręcz uczuciowym kiczem rodem z telenoweli). No ale to w zasadzie małe potknięcie w naprawdę pierwszorzędnie stuningowanej ekranizacji. Bo trzeba pamiętać, że zarówno szwedzki film, jak i książka mają jeden poważny problem. Fabułę. Kręgosłup historii, czyli zagadka morderstwa, początkowo obiecujący, rozczarowuje w ostatnim akcie. Rozwiązanie sprawy, jak i jej skutek, pozostawia mieszane uczucia.

David Fincher dwoi się i troi żeby zamaskować niedoskonałości fabularne. I świetnie mu to wychodzi. Już szwedzka wersja broniła się przede wszystkim klimatem i postacią Lisbeth. Podobnie jest w przypadku „Dziewczyny z tatuażem”, ale tutaj dochodzi jeszcze reżyserski sznyt autora „Siedem”. Strona techniczna, jak zwykle u niego, stoi na najwyższym poziomie. Wyśmienite są zdjęcia, montaż, prowadzenie kamery, no i rzecz jasna muzyka. Współpraca z Trentem Reznorem zaowocowała kolejnym, po „Social Network”, świetnym soundtrackiem z wisienką w postaci kapitalnego covera „Immigrant Song” zrobionego z pomocą Karen-O.
„Wisienkę” wykorzystano zresztą w oszałamiających wizualnie napisach początkowych stanowiących krótką formę filmową. Skojarzenia z cyklem filmów o Jamesie Bondzie nasuwają się same, zwłaszcza z dwoma najnowszymi, w których wystąpił zresztą Daniel Craig. Przypadek? Pytanie tym zasadniejsze, że to nie jedyne mrugnięcie okiem do widza. Nieco później jednego z przyjaciół Lisbeth Fincher ubiera w koszulkę Nine Inch Nails. Ale ochocie do frywolnych żartów, w mrocznej skądinąd opowieści, najbardziej daje upust pod koniec, w scenie tortur, zaprawionej muzyką Enyi. Na tych zabiegach cierpi nieco spójność filmu, mroczny klimat się ulatnia, ustępując metatekstualnym zabawom reżysera. Odbieram to jednak jako celowy wybieg, spuszczający nieco powietrza z dość ciężkich tematów poruszanych w filmie. Bo czego tu nie ma: gwałty oralne, analne, kazirodcze, przemoc wobec wszystkiego co żyje, mężczyzn, kotów, no i przede wszystkim kobiet. To już nie jest Fincher znany z czasów „Siedem”, wciąż ostro dokręca śrubę, ale dba przy tym, żeby zbytnia nie sponiewierać psychiki widza. Miło z jego strony, ale ortodoksi będą kręcić nosem.

Od strony reżyserskiej jest to więc niewątpliwie tytuł zrobiony wzorcowo. Porównania ze szwedzką wersją przyjmuje dzielnie na klatę i bynajmniej nie pada w efekcie na kolana. Na temat „Rooney Mara kontra Noomi Rapace”, powstanie zapewne szereg dyskusji i obie strony będą miały trochę racji, bo w obu przypadkach to kreacje znakomite. Do mnie osobiście lepiej trafiła Amerykanka, kreśląca bardziej kobiecą Lisbeth, postać, która szorstkością, rzucającym się w oczy wyglądem i antyspołecznym zachowaniem stara się zakryć spore pokłady wrażliwości i rozczarowania mężczyznami, którzy począwszy od pierwszego życiowego wzorca, ojca, nie mieli jej do zaoferowania niczego więcej niż cierpienie, terror i poniżenie. Mara wskoczyła niniejszym do rezerwowej listy pierwszoligowych aktorek młodego pokolenia i o ile kreacja nie okaże się definiującą jej przyszłe wybory zawodowe, to powinna jeszcze na niej nieźle zamieszać.
Wszystko pięknie, ale wielokrotnie spotykałem się z pytaniem, czy warto sięgać po film Finchera, jeżeli widziało się już wersję szwedzką. Zwłaszcza że to wersje niemalże bliźniacze. Pytanie zasadne i zadaję je sobie przy okazji wszystkich amerykańskich remaków, najczęściej odpowiadając negatywnie. W przypadku „Dziewczyny z tatuażem”, mimo wątpliwości i lekkiej niechęci, wygrało oddanie reżyserowi, na którego filmy od lat wiernie chodzę do kina. I dobrze na tym wyszedłem, bo chociaż jest odtwórczy względem wersji szwedzkiej, to zachowuje własny charakter, przywołując w pamięci echa tak przeszłych („Siedem”), jak i współczesnych („Social Network”) filmów Finchera, nie wspominając już o technicznym fetyszyzmie zarówno od strony realizatorskiej, jak na płaszczyźnie samego scenariusza. Dość powiedzieć na koniec, że o ile o wersji szwedzkiej zapomniałem krótko po seansie i nie zamierzałem do niej wracać, tak o amerykańskiej ekranizacji długo nie mogłem zapomnieć, wspominając poszczególne sceny, fantastyczne napisy początkowe i postać Lisbeth. Niewątpliwie jeszcze nieraz wrócę do tego filmu. A zatem można to chyba potraktować jako odpowiedź na powyższe pytanie.





8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
„David Fincher dwoi się i troi żeby zamaskować niedoskonałości fabularne. I świetnie mu to wychodzi.”
No nie wiem. Odniosłem wrażenie, że jeśli nie liczyć naprawieniu paru słabizn czy bzdurek, intryga kryminalna oderwana od książkowego tła społeczno-kulturowego wydaje się właśnie słabsza… Rafał Lisowski – NegrinCytuj