Premiery „Mrocznego rycerza” wyczekiwano jak powtórnego nadejścia Mesjasza. Jeszcze żaden film nie miał takiej kampanii: gazety z Gotham, wiadomości od Jokera, plany miasta, plakaty wyborcze Harveya Denta, kontrolowane przecieki… Internet wrzał i parował. A potem – euforia, wariacka kampania głosowania na IMDb, ogłuszający pisk fanboyów. Łatwo, oj łatwo zawieść takie nadzieje. Łatwo o rozczarowanie. Mimo to atmosfera święta udzieliła się nawet mnie. Siedząc na przedpremierowym pokazie i obserwując, jak przed rozpoczęciem projekcji wypełnia się sala, miałem poczucie, że to jednak nie jest seans jak każdy inny. Magia kina… wróć: magia marketingu zadziałała.
Nie będę owijał w bawełnę i odwlekał tego werdyktu: „Mroczny rycerz” to świetny film. Ogłoszenie takiej prawdy najlepiej mieć za sobą jak najprędzej. Czy Christopherowi Nolanowi udało się dosięgnąć absolutu? Jeśli zapuścić się w odpowiednie rejony internetu, łatwo w to uwierzyć. Tymczasem nie. „Świetny film” to wystarczająco nobilitujące określenie. Nolanowi udała się za to sztuka z praktycznego punktu widzenia ciekawsza: stworzył na ekranie konsekwentną, mainstreamową, a jednocześnie niepozbawioną ambicji wersję komiksowego Batmana. Pierwszy film o Nietoperzu w jego reżyserii – przyjęty niezwykle ciepło przez wielu, również przeze mnie – od dłuższego czasu traktowałem wyłącznie jako preludium do właściwej opowieści, na jaką zasługuje mściciel z Gotham. Takie preludium to nic zdrożnego, nawet wręcz przeciwnie – kolejna oznaka twórczej konsekwencji.
„Mroczny rycerz” wydaje się filmem paradoksów. Jest jednocześnie pełen splątanych wątków, pełen dialogów – i piekielnie naładowany akcją. Fakt ten łatwo wytłumaczyć niebagatelną długością filmu. (Skądinąd wpuszczenie do kin dwuipółgodzinnego blockbustera, którego tytuł nie zaczyna się od „władca” i nie kończy na „pierścieni”, to również odważny ruch). Kontynuując: „Mroczny rycerz” jest niebanalny i ponury, a zarazem – komiksowy, ujęty w cudzysłów i nie stroni od uproszczeń. Nolan jeszcze wyraźniej niż w „Batman – Początek” umieszcza swego bohatera w brudnym mieście, w którym króluje całkiem realna przestępczość, zupełnie tak, jakby chciał, aby widz uwierzył, że ogląda prawdziwy film gangsterski. Jak zatem pogodzić z tym wszystkim groteskowego klauna-anarchistę? Jak umieścić w takim świecie zamaskowanego mściciela o żelaznych zasadach? Jak zadbać o to, by w „świecie bez zasad” zgodnie z regułami mitu o bohaterze zwyciężyło dobro? Wreszcie: jak dopilnować, by blockbuster był blockbusterem? Tych, którzy nie widzieli jeszcze „Mrocznego rycerza”, uspokajam: można. Tym, którzy seans mają już za sobą, zwracam uwagę na mnogość kryteriów, które dzieło Nolana od samego początku musiało spełniać. Kto naliczył wszystkie?
Nie bez kozery padają tu słowa o tym, co się „wydaje”. O tym, w co „można uwierzyć”. Widz łatwo bowiem wpada w pułapkę niesłusznych oczekiwań. Wierząc sygnałom wysyłanym przez reżysera (świadomie? nieświadomie? fałszywie? czy to zatem oznaka twórczej porażki?) i licząc na dramat sensacyjny, sam skaże się on na rozczarowanie. Choć surowość i względna wiarygodność świata, w którym porusza się Bruce Wayne, jest jedną z najsilniejszych stron filmu, choć bohaterowie mniej już przypominają wycinanki z kartonu, a ich poczynaniami kierują motywacje złożonością wykraczające poza ciasne ramy „superhero movie”, to kluczem do „poczucia” nowego filmu Christophera Nolana jest zrozumienie, iż w tej produkcji głównym narzędziem jest umowność, a nadrzędną wartością – mit. Spostrzegawczemu kinomanowi dość będzie spojrzeć na jakże wymowny tytuł. To właśnie kanoniczna wersja mitu o Batmanie – Mrocznym Rycerzu Mrocznego Miasta – przede wszystkim interesuje reżysera. Prawdą jest, że Nolan redefiniuje format kina superbohaterskiego, osadzając go w (starannie dozowanej) wiarygodnej namiastce rzeczywistości. Ale nie redefiniuje samego superbohatera. Zmusza go do zakwestionowania swych niezłomnych zasad, ale nie do ich porzucenia. Quasirealistyczna konwencja służy uatrakcyjnieniu legendy, jednak legenda ani na moment nie może się rozmyć w realizmie przyjętej konwencji.
![]() |
![]() |
Jako film akcji „Mroczny rycerz” musi zadowolić chyba nawet najbardziej wybrednych. Christopher Nolan co prawda nie jest wizjonerem kina, ale to reżyser z wizją. Oglądanie Batmana (nawet Batmana-gadżeciarza) w działaniu to czysta przyjemność. Jednak główną siłą napędową produkcji jest – jak się tego można było spodziewać – osoba jego antagonisty. Powiedzieć, że Joker w interpretacji Heatha Ledgera to postać nietuzinkowa, to nic nie powiedzieć. Groteskowy klaun-morderca, napisany przez braci Nolan i zagrany przez Australijczyka, to – znów: paradoksalnie – kreacja bardzo… subtelna. Chociaż rolę Jokera bardzo łatwo przeszarżować, popychając w stronę absolutnej parodii, tym razem ten antybohater (tu powrót kolejnego lejtmotywu) jest w swej nierealności uwiarygodniony. To wielowarstwowa postać, zarazem straszna, szalona, okrutna i nieprzewidywalna, ale też diablo inteligentna i… autentycznie piekielnie zabawna, choć to humor czarny jak smoła. Co najważniejsze – wszystkie te elementy współgrają, jak powinny. Śmiejemy się z dowcipów Jokera, czując przy tym wyrzuty sumienia. Z wytęsknieniem czekamy, gdy po raz kolejny pojawi się na ekranie, mimo dużego prawdopodobieństwa, że kolejną scenę z jego udziałem znów ktoś przypłaci życiem. Słuchamy padających z groteskowo przeciętych ust paru gorzkich prawd o świecie, przeplatanych stekami komunałów i bredni, i jesteśmy skłonni dać się nabrać, przytaknąć klaunowi – z niewygodną świadomością, że przytakujemy „temu złemu”. Bo przewrotne zło w wydaniu Jokera – jak często zło we współczesnej baśni – potrafi być bardziej atrakcyjne niż posągowe dobro. Tak posągowe dobro „Białego Rycerza”, prokuratora Harveya Denta (który zmaga się ze swymi demonami po cichu), jak i „Mrocznego Rycerza” Bruce’a Wayne’a (który czyni to bardziej spektakularnie na dachach Gotham). Aby mit był kompletny, dobro, choćby nawet bardzo mdłe, musi zwyciężyć nad złem, lecz film Nolana również pod tym względem wprowadza nową wartość w kinie superbohaterskim: chociaż doczekamy się zwycięstwa, to nastąpi ono na zasadach klauna.
Czy jest to zatem film-ideał? Jako się rzekło: nie. Wspaniale nakręcony, koncertowo zagrany – nie tylko przez brawurowego Ledgera, ale też przede wszystkim przez skromniejszych Eckharta i Oldmana, a także asystujących Batmanowi na liniach Michaela Caine’a i Morgana Freemana w roli Morgana Freemana – mądrze pomyślany i niegłupio napisany, potrafi jednakże irytować. Nie warto się rozwodzić nad faktem, iż tak długi film jest niemalże skazany na nierówny poziom. Dlatego „Mroczny rycerz” posiada także sceny słabsze, chociaż z drugiej strony – znów z racji czasu trwania – ma również tak wiele fenomenalnych, by z lekkim sercem wybaczyć „dołki”. Inna rzecz, że Nolanowi zdarza się zagalopować, a wtedy nawet coś tak fajnego jak gadżety Batmana (pamiętacie, jak dwadzieścia lat temu Nicholsonowski Joker zastanawiał się z zachwytem, „skąd on bierze te zabawki”?) zaczyna żenować. Trójwymiarowy sonar z sygnału telefonów komórkowych? Naprawdę?
A irytacje fabularne? Jak ocenić nieprzekonującą przemianę Harveya Denta? Jak potraktować trudne do opisania relacje Wayne’a z Rachel, dawną ukochaną? Co począć z idealistycznymi zasadami Batmana i jego naiwną wiarą w ludzi, która stoi w konflikcie z obrazem ulic Gotham? I wreszcie co z idealizmem samego Nolana? Czy rozwiązanie, które serwuje nam pod koniec filmu, należy odbierać jako manifest osobistego przekonania o ludzkiej szlachetności? Wątpię. To wszystko kolejne składniki mitu. Współczesnego mitu, który – jak każdy mit – jest przeznaczony dla szerokiego odbiorcy. Christopher Nolan potrafi go opowiedzieć. „Mrocznym rycerzem” pokazuje, że jak mało kto w dzisiejszym kinie umie wycisnąć z hollywoodzkiego mainstreamu ostatnie soki.







9/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!