![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
8 grudnia 1980 roku niejaki Mark David Chapman zastrzelił Johna Lennona, najsłynniejszego z Beatlesów, przed wejściem do jego rezydencji, słynnego nowojorskiego Dakota House. Niezrównoważony fan uwielbiał muzyka, wiedział o nim wszystko. Do tego stopnia chciał upodobnić własną egzystencję do życia swego idola, że – zupełnie jak on – poślubił Japonkę. Wielokrotnie zresztą posługiwał się nazwiskiem rockmana i tak właśnie się przedstawiał. Stopniowo dojrzewało w nim pragnienie zabicia tamtego –przecież nie może być dwóch Johnów Lennonów…
Jak widać, bycie idolem może okazać się niebezpieczne. Czyjeś życie staje się przedmiotem fascynacji, bardzo często chorobliwej. Robert Ford od dzieciństwa gromadzi wszystkie wycinki prasowe dotyczące Jessego Jamesa, słynnego bandyty okręgu Missouri, z wypiekami na policzkach zaczytuje się w groszowych powiastkach sławiących mniej lub bardziej zmyślone wyczyny świetnego rewolwerowca. Pieczołowicie strzeżone pudełko ze skarbami spoczywa na poddaszu, pod łóżkiem dziewiętnastolatka. James jest jego obsesją, niedoścignionym charyzmatycznym wzorem postępowania i zachowania. Dołączenie do bandy – największym marzeniem, które spełnia się pewnego dnia (Ford ma łatwiej, bo jego bracia to dobrzy znajomi banity).
Chłopak od samego początku nie podoba się starszemu z braci, Frankowi. To prawda, jest układny, uprzedzająco grzeczny, z całej jego postawy bije szacunek dla starych wyjadaczy, ale oprócz tego można w nim wyczuć coś jeszcze – jakieś wewnętrzne rozedrganie, rys fanatycznej nieobliczalności. Casey Affleck doskonale oddaje dwoistość swego bohatera – rozbiegane spojrzenie, charakterystyczny wysoki, momentami załamujący się głos, jakąś „śliskość”, wyrachowaną przebiegłość przy pozorach gładkości. Bardzo dobra rola, słusznie nominowana do wielu nagród.
Zresztą aktorstwo to zdecydowanie mocna strona filmu – członków bandy braci James przekonująco grają młodzi, nieopatrzeni aktorzy o dość charakterystycznych twarzach (Paul Schneider, Jeremy Renner i Garret Dillahunt), nie są to żadni przystojniacy, do złudzenia przypominają prawdziwych mieszkańców Dzikiego Zachodu ożywionych ze starych fotografii. Wyróżnia się również Sam Rockwell w roli niepozornego, nieefektownego Charleya Forda, który – choć zastraszony przez Jessego Jamesa – chce zachować przynajmniej pozory przyzwoitości i lojalności.
Również dla Brada Pitta jest to dobry występ – jego Jesse jest zmęczony życiem, podstarzały, poszarzały, przygaszony, zrezygnowany i wypalony. Ma dosyć kapryśnej sławy rozbójnika, najchętniej uciekłby przed tym wszystkim. Niezbyt przypomina butną i żywiołową legendę Far Westu – to jednocześnie brutalny psychopata i zgorzkniała ofiara własnej agresji, nad którą nie potrafi zapanować. Znęca się nad kilkunastolatkiem, bije bezbronnego człowieka.
Andrew Dominik przy wydatnej pomocy aktora z lubością dokonuje dekonstrukcji mitu romantycznego bandyty, zresztą w ogóle podważa nostalgiczną legendę Dzikiego Zachodu. Stawia na czysty, brutalny realizm (jednak bardziej niż z peckinpahowskim „baletem przemocy” kojarzący się z pozbawioną barw prawdą codzienności) – zamiast efektownych galopad, wbijających w fotel pojedynków i napadów mamy tu tylko jedną sekwencję ataku na pociąg, celowo pozbawioną widowiskowości, przeciągającą się, nieco chaotyczną, pokazaną zupełnie inaczej niż zwykło się to robić (choćby ostatnio w „3:10 do Yumy” – spektakularne sceny napadu na dyliżans przy użyciu… małej armatki). James masakruje bezbronnego człowieka pilnującego sejfu, banda musi zadowolić się nędznym łupem, padają bezładne strzały – nie ma radości z przechwyconego skarbu, nie ma lojalności, nie ma męskiej przyjaźni. Członkowie gangu są wewnętrznie skłóceni, momentami się nienawidzą, nie ufają sobie i żyją w ciągłej paranoi lęku przed swoim charyzmatycznym szefem, który również im nie wierzy.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Ktoś, kto spodziewał się tradycyjnego, widowiskowego westernu z nieodzowną dawką romantyzmu, z pewnością wyjdzie z kina rozczarowany. Krytyczne oceny, jakich nie szczędzi się temu filmowi, w większości wynikają właśnie z faktu, że znacznie odbiega on od tego, czego oczekują widzowie. Myląca jest przede wszystkim etykietka westernu – to raczej dramat psychologiczny rozgrywający się w realiach Dzikiego Zachodu. Napad na pociąg to sam początek – potem mamy już tylko obraz upadku, staczanie się po równi pochyłej. Nic z mitu, nic z gloryfikacji minionych czasów i tamtych ludzi – nawet ulice miasteczek są brudne, pokryte błotem, które plami również ludzkie dusze. Nagie ciało jednego z bandytów zastrzelonego przez kumpla zostanie rzucone w śnieg. Jesse James zerwie z życiem bandyty i spróbuje wieść nudny żywot porządnego mieszczanina. Nawet jego żona, grana przez Mary- Louise Parker jest zmęczona, rozczochrana, nieefektowna. To nie żadna Southern Belle, romantyczna towarzyszka zabijaki – po prostu przedwcześnie postarzała kobieta, przytłoczona domowymi obowiązkami.
Dla kogoś, kto szuka w tym filmie akcji, część druga będzie nie do zniesienia – James odwiedza dawnych kumpli, w rozmowach świdruje ich uważnym spojrzeniem, sprawia wrażenie, że wie wszystko o ich nielojalnych myślach i nieczystych sumieniach. Oni pocą się pod jego wzrokiem, popełniają błędy, zwyczajnie po ludzku się boją. Jesse igra z nimi, manipuluje – wszystko rozgrywa się w sferze dialogu, to doskonale nakreślone rozgrywki psychologiczne. Po co to robi? Może szuka finału swej nędznej egzystencji, może chciałby, żeby któryś z nich, zdenerwowany, poruszony do żywego – po prostu go zastrzelił.
„Zabójstwo…”, szczególnie jego druga część, to bowiem gorzka ballada o poszukiwaniu śmierci. Na ekranie niezmiennie króluje zima, pokryte śniegiem bezdroża, kikuty drzew, spadające płatki współgrają z chłodem w duszy bohaterów, budują klimat nadejścia Nieuchronnego. Jak smętny refren powraca balladowa powtarzalność monotonnych czynności – następne przeprowadzki, odwiedziny u kolejnych kumpli, powtórne podłości i słabości. James jest tak wypalony, że momentami robi zresztą wrażenie żywego trupa – pojawia się w tych miejscach motyw czegoś w rodzaju wyrzutów sumienia, ponurej pokuty za popełnione winy (moim zdaniem nieco naciągany, jakby dodany na siłę, by choć trochę wybielić tę postać, może na życzenie Pitta – bardziej przekonuje mnie sadystyczny, charyzmatyczny choć w żaden sposób nieromantyczny psychopata). Mówi coś o następnym napadzie w South Platte, od początku jednak domyślamy się, że to tylko mrzonki, w które sam nie wierzy. Wie, że dla niego istnieje tylko jedna droga, jego los został przypieczętowany i nie może już być odwrotu…
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
Balladowy rytm podkreśla niespieszna epickość akcji. Jej ważnym elementem jest narracja zza kadru – głos Hugh Rossa towarzyszy wszystkim poczynaniom bohaterów, komentuje ich działania niczym chór w greckiej tragedii, tworzy klimat opowieści– właśnie OPOWIEŚCI z Dzikiego Zachodu, nie montażowej migawki, nie atrakcyjnego teledysku. Opowieści o pełnym patosu tytule jak z nagłówka ówczesnych gazet, opowieści dla dorosłych, brutalnej i gorzkiej, pozbawionej szlachetności i piękna, naznaczonej złym, brudnym życiem, złą, brudną zdradą i złą, brudną śmiercią. Tak właśnie mogło być, tak pewnie było – to tylko potem życie, to tylko potem spragnieni piękna i patosu ludzie wymyślają porywające historie, przekształcają rzeczywistość w mit.
To właśnie tacy ludzie zaszczują potem Roberta Forda, zabójcę legendy. A myślałem, że czekają mnie oklask – zamiast braw będzie gryząca pogarda, niechęć i niesmak ze strony amerykańskiego społeczeństwa, w świadomości którego zapisze się jako that dirty little coward who shot Mr. Howard. [Wyjaśnienie - tym właśnie nazwiskiem posługiwał się Jesse James pozostając w ukryciu].
Twórcy filmu w intrygujący sposób pokazują ambiwalencję związaną z postacią bandyty-rewolwerowca. Nie ma w nim nic mitycznego, szczególnie tutaj – pobudza jednak ludzką wyobraźnię. Jego ciało zostanie wystawione na widok publiczny, a po spektakularnym pogrzebie rekordy popularności będzie biło tandetne widowisko, podczas którego prawdziwy Ford każdego wieczoru będzie po raz kolejny uśmiercał Jamesa granego przez Charleya. Oto przetrawiona, przeżuta, strywializowana legenda przykrojona do rozmiarów makabrycznej groteski. Brat Roberta nie wytrzyma tego ciężaru – nocą, w brudnym pokoiku, pijany strzeli sobie w łeb. „Pogromca” bandyty stanie się pogardzanym pośmiewiskiem tłumów, choć – racjonalnie rzecz biorąc – to właśnie on powinien być bohaterem. Nie tak łatwo jednak zastąpić swojego idola. Trzeba mieć coś nieuchwytnego, skupiać w sobie magię króla ludzkiej wyobraźni, którą posiadał tylko tamten.
Ludzie szanują bandytów, natomiast kompletnie nie cenią zdrajców. A sława jest kapryśna i nieprzekupna – boleśnie przekona się dziewiętnastowieczny Herostrates, Robert Ford. W dodatku rozgłos przyciąga szaleńców. Skoro było głośno o tym, który zabił Jesse Jamesa, to z pewnością mówić się będzie i o tym, który zastrzelił zabójcę słynnego rewolwerowca…
Ale za decyzją Forda o uśmierceniu Jamesa będzie kryło się nie tylko pragnienie sławy. Także rozczarowanie jego słabością i zwyczajnością, tym, że nie dorósł on do wyobrażeń. Także strach – zwykły, ludzki – przed utratą własnego życia. Ambitny dziewiętnastolatek przystaje do gangu, poznaje swojego idola, jest blisko, może go dotknąć, może uczestniczyć w jego istnieniu. Charyzmatyczny szef dopuszcza go do siebie, dostrzega oddanie i fascynację. Potem, w miarę upływu czasu, coś zaczyna się psuć, coś się zmienia…
![]() |
![]() |
Relacja Jessego i Roberta jest najsłabszym punktem filmu. W pewnym momencie się jakby urywa, rozmywa, pozostaje niedookreślona. Dwa wnikliwe portrety psychologiczne tworzone są jakby mimochodem, w oderwaniu od siebie, nie w interakcji. Psychopata i męczennik, legenda i zwykły, wypalony człowiek – obok niego nadmiernie ambitny młodzieniec, przeciętniak bez zasad i skrupułów. Decyzją o zabiciu Jamesa przypieczętuje także własne życie – od tego momentu nie będzie mógł się już uwolnić od konsekwencji własnego czynu, stanie się jego niewolnikiem . Operetkowo uszminkowany blisko 800 razy będzie na scenie wyciągał rewolwer, znienawidzony, wyszydzony i samotny skończy marnie, a jego nazwisko stanie się symbolem niesławy.
Ten wątek zostaje wtopiony w epicką opowieść o pewnym końcu. Nie tylko człowieka, również całej epoki – na ekranie ożywieni zostają ludzie jak ze starej fotografii w sepii, na moment budzi się nieistniejący już dawno świat. Wskrzeszają go zdjęcia Rogera Deakinsa, epickie i malarskie, surowe i chłodne, utrzymane w przygaszonych barwach zimy – ogromne, bezludne przestrzenie, kołysane wiatrem łany zbóż, ujęcia stalowosinego nieba.
„Zabójstwo…” to modelowy wręcz przykład filmu nie dla każdego. Ze względu na temat jest dość hermetyczny. Zawodzi oczekiwania, nie oferuje efektownej akcji ani nie uwodzi sympatycznymi bohaterami. Pokazuje drugą, gorzką stronę mitu, ludzką brzydotę i podłość. Tytuł ten pojawił się wprawdzie na kilku listach nagród i nominacji, jednak mnożą się również głosy krytyczne. Z pewnością będzie to jeden z najbardziej niedocenionych filmów ostatniego czasu, ale taki już los produkcji trudnych…



















8/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!