Zdobyć Woodstock (Taking Woodstock) – Legenda od kuchni

Kategoria: Recenzje

Czy wiecie, że niewiele brakowało, by w zeszłym roku świat obchodził czterdziestą rocznicę słynnego festiwalu w Wallkill, nie w Woodstock? Tam bowiem, o kilkadziesiąt mil od Bethel w stanie Nowy Jork, miały pierwotnie odbyć się trzy dni muzyki, pokoju i miłości, legendarne dziś wydarzenie, które stało się jednocześnie ukoronowaniem i symbolem hipisowskiej kontrkultury, żywym znakiem magicznej Ery Wodnika. Czy wiecie, że gdyby nie determinacja jednego człowieka, festiwalu nie byłoby w ogóle? Czy wreszcie wiecie, że można zrobić film o Woodstock, w ogóle nie pokazując na ekranie tego wydarzenia? Film Anga Lee dowodzi, że jest to całkowicie wykonalne. Co więcej – że taki eksperyment może nawet wypaść interesująco…

„Taking Woodstock” jest dla mnie skromną rewelacją tego roku. Skromną z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że pojawił się na ekranach kin bez żadnego rozgłosu, nikt właściwie na niego specjalnie nie czekał. Po drugie – ze względu na samo pozbawione rozmachu ujęcie słynnego kultowego wydarzenia. Na ekranie nie zobaczymy spoconej Janis Joplin, pociągającej na scenie z butelki Jacka Danielsa, nie będzie też ubranego na biało Hendrixa, mistycznie zatopionego w dźwiękach swej gitary. Joe Cocker nie wychrypi „With a Little Help From My Friends”…

Na Woodstock spojrzymy z perspektywy Elliota Tibera, potomka pary europejskich Żydów prowadzących podupadający motel “El Monaco”, który w owe magiczne dni stanie się bazą organizacyjną koncertu. Tiber jest nieco nieśmiałym, choć sympatycznym i kontaktowym młodzieńcem. Jest też społecznikiem – to najmłodszy prezes Izby Handlowej Bethel – chętnie i z zapałem włączającym się w rozliczne działania mające na celu rozwój lokalnej społeczności. Jest także gejem, choć na razie tego sobie jeszcze nie uświadamia – no i, last but not least, również niezłym, sprytnym i zmyślnym organizatorem.

Ostatnie okaże się szczególnie ważne – to właśnie on ściągnie do White Lake Michaela Langa, hipisowskiego młodego boga, będącego skrzyżowaniem Jima Morrisona, Roberta Planta i Bergera z „Hair”. Lang wysiądzie z samolotu z błyskiem w oku i wiarą w dobre wibracje. Nic to, że pierwsza planowana lokalizacja festiwalu okaże się grząskim, zarośniętym bagnem – Tiber w porę przypomni sobie o słynnym z produkcji czekoladowego mleka Maksie Yasgurze i jego farmie Bethel. Nic to, że Yasgur z 5 tysięcy za wynajem placu podniesie cenę do 75 tysięcy – machina ruszyła i do Bethel niczym nieprzebrany strumień z całej Ameryki płyną coraz to nowi uczestnicy, wnosząc do zatęchłej, konserwatywnej mieściny odżywczego i zwariowanego ducha sympatycznej, idealistycznej anarchii.

Hasła hipisów wydają się nam dziś naiwne, ale wtedy, podczas tych niezwykłych kilku lat, wierzono, iż mogą one rzeczywiście zmienić oblicze świata, uczynić ludzi lepszymi, powstrzymać wojny, zaprowadzić cywilizację pokoju i miłości. Angowi Lee udało się w niezwykły sposób uchwycić klimat tamtych dni – odtworzył na ekranie nie tylko ich wizualną imitację, ale także magiczną atmosferę wiary w dobro, miłość i braterstwo. Reżyser pokazuje rzeczy pozornie niezbyt pasjonujące – oglądanie placu, negocjacje finansowe, całą tę organizacyjną kuchnię – a jednak robi to w sposób fascynujący. Oto jesteśmy świadkami narodzin legendy…

Cały czas patrzymy na nią z perspektywy Tibera, młodego wizjonera i ideowca, znajdującego się w samym oku hipisowskiego cyklonu, w samym środku Woodstockowego młyna. Gdy nawałnica się przetoczy, nic już nie będzie takie samo – odżywczy duch kontrkultury zmieni zarówno Tibera, jak i jego rodziców (skądinąd „El Monaco” możemy potraktować jako metaforę Ameryki w ogóle – również i w całym kraju wszystko zmieni się nieodwracalnie).

Elliot nauczy się, jak walczyć o swoje marzenia, uwierzy, że wszystko jest możliwe. Odkryje i zaakceptuje prawdziwego siebie. Ktoś może powiedzieć, że to banalne – wszak motyw wewnętrznej przemiany bohatera to stary jak świat konstrukcyjny chwyt każdej szanującej się fabuły. Metamorfoza Elliota (co ciekawe, pomimo wewnętrznego wyzwolenia paradoksalnie pozostaje on tym samym nieśmiałym, lecz przebojowym, nieodparcie sympatycznym facetem) jak w ogóle wszystko w tym filmie, zostaje jednak ukazana w sposób całkowicie bezpretensjonalny, bez jakiegokolwiek fałszywego patosu czy zadęcia.

Jego rodzice, Jake i Sonia, także odkryją inne oblicze samych siebie. Państwu Teichberg należą się zresztą osobne słowa – ta para Żydów jakby żywcem przeniesiona z jakiegoś europejskiego sztetlu, matka w znoszonym fartuchu i rozdeptanych kapciach oraz ojciec w workowatych spodniach, wprost surrealistycznie nie pasuje do ucieleśniającej się właśnie w Bethel hipisowskiej rewolucji.

Zderzenie tych dwóch światów bawi – Imelda Staunton jest świetna jako żydowska mama o poczciwej acz zawziętej twarzy, niestrudzenie goniąca po krzakach kochające się pary i prześladująca z miotłą grupę golasów z hipisowskiego teatru. Matka jest zabawna, ale jej postać kryje w sobie również gorycz – niepokój dawnych traum, ciasne uwięzienie w gorsecie własnych, jeszcze europejskich lęków. Także i ją na moment wyzwoli hipisowska rewolta, przyniesie jej chwilowe ukojenie – frenetyczna zabawa po zjedzeniu ciasteczek z haszyszem przywodzi na myśl marihuanową sesję w „Odlocie” Milosa Formana czy spotkanie z rodzicami w udanej satyrze na kontrkulturę, „Kocham cię, Alicjo B. Toklas” z Peterem Sellersem z roli głównej.

Rodzice Tibera są zabawni, przedstawieni na pół satyrycznie, na pół ze współczuciem. W filmie jest zresztą znacznie więcej interesujących, świetnie sportretowanych i zagranych postaci – dzięki nim wizja Anga Lee żyje, nie jest tylko historyczną bezduszną okolicznościową rekonstrukcją. Emile Hirsch, który ostatnio konsekwentnie stawia na role niekomercyjne i wszechstronne, gra weterana z Wietnamu w stanie całkowitej psychicznej dezintegracji. Zwraca też uwagę Jonathan Groff w roli wyluzowanego, pozytywnie zakręconego Langa oraz Mamie Gummer, córka Meryl Streep, jako jego dziewczyna.

Wszystkich przebija jednak absolutnie wspaniały Liev Schreiber w niezwykłej roli Vilmy, mrukliwego, różowo ubranego transwestyty stylizowanego na seksbombę Mamie Van Doren, w dodatku weterana z Korei i opiekuńczego anioła Tibera. Oprócz nich jest jeszcze całkowicie odjechany Paul Dano grający totalnie naćpanego hipisa w rozklekotanym volkswagenie, do którego Tiber trafia w noc koncertu. W jego psychodelicznej wizji Woodstock staje się morzem falujących głów, przypomina rozświetlony niezwykłą energią żarzący się ocean.

Sekwencja narkotycznego odlotu w niczym jednak nie przypomina radosnej, psychodelicznej, uroczo obrazoburczej komunii z „Hair”. W tę wizję wkrada się niepokój – niepokój wynikający z tego, iż wiemy, jak to wszystko wcale niewesoło się skończyło. Podobnie niepokojące jest zakończenie – hipisi wyjechali, po wspaniałym koncercie zostały tylko góry śmieci. Lang nie traci jednak animuszu. Z naiwną wiarą mówi do Tibera, że teraz będzie pracował przy czymś naprawdę wielkim – jedzie do Kalifornii organizować koncert Stonesów. To będzie piękne – dodaje. Nie było – niesławny koncert w Altamont stał się symbolicznym zakończeniem ery Flower Power. Zamiast dobrych wibracji spod znaku peace & love publiczność spowijały duszne opary kwasowego bad tripu, a nawaleni metaamfetaminą Hell’s Angels mordowali pod sceną bezbronnego Mereditha Huntera…

W filmie Anga Lee trwa jednak jeszcze Woodstock. Reżyser starannie odtworzył najbardziej znane sceny, rozmowy i ujęcia ze słynnego dokumentu, nakręcił je na nowo, umiejętnie wplatając w fabułę. Zrobił to tak dokładnie, że nawet dobrał identycznych statystów, choćby mieli pojawić się tylko na moment. W ten sposób „Taking Woodstock” staje się skrzyżowaniem osobistej historii Tibera z okołokoncertowym tłem odtworzonym z legendarnej rejestracji – los jednostki splata się i uzupełnia z historią popkulturowej legendy (z naciskiem na „kulturę”, nie na „pop”). Dzieje się coś niezwykłego – kultowy dokument ożywa na naszych oczach, nabiera barw, na nowo wypełnia się emocjami. Aby jednak w pełni je odczuć, musimy choć trochę lubić tamte czasy…

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Zdobyć Woodstock
Oryginalny tytuł: Taking Woodstock
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 120 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Elliot Tiber
Sonia Teichberg
Jake Teichberg
Billy
Michael Lang
Tisha
Vilma
Max Yasgur
hipis z volksvagena
dziewczyna z volksvagena
Ocena:  5/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!