Doskonale zdaję sobie sprawę, z jak delikatnej materii utkany jest ten film. Bezwzględna egzekucja wartości artystycznej byłaby raczej bezsensowna. Produkt mający zaspokoić proste emocje, dostarczyć wzruszeń i nie zawieść społecznych oczekiwań, a zatem: udać się z założenia, często na skali estetyki osiąga zero absolutne lub jest mu bardzo bliski. Czy „Świadectwo” wpisuje się więc w ramy „wyrobu filmopodobnego”, skrojonego na miarę oczekiwań, ale całkowicie zawodzącego pod względem artystycznym? W moim przekonaniu odpowiedź na to pytanie jest twierdząca. Jednak to, co uważam za największą słabość filmu, a co stanowi w istocie jego twórczy rdzeń, nazwę roboczo metafizycznym wygodnictwem. Wypełnia ono szczelnie wszystkie doklejone na siłę przestrzenie narracyjne, mości uśrednionemu, całkowicie przeciętnemu widzowi wygodne siedzonko i wmawia mu, że dostępuje on czegoś wielkiego, dotyka tajemnicy. Jeszcze niedawno Piotr Rubik udowadniał swoim fanom, że dzięki jego twórczości mają kontakt z muzyką poważną. Piotr Pitera, twórca „Świadectwa”, oferuje jarmarczną transcendencję, odwracając się na pięcie od personalistycznych koncepcji. Czy rzeczywiście nie mają one racji bytu w świecie sztuki? Albo inaczej – czy kiedykolwiek doczekamy filmu pokazującego indywidualny, złożony i nie zawsze zrozumiały, fenomen Jana Pawła II?
Grzechem większości produkcji dotykających tej tematyki jest bezmyślne dążenie do ukazania absolutnie wszystkich aspektów życia Papieża i sprasowanie ich tak, by czas trwania filmu nie przekroczył 120 minut. Prostota hagiografii dopuszcza generalizację, a widok z lotu ptaka jest często wbrew pozorom łatwiejszy do ogarnięcia niż dogłębna analiza detalu. Dodatkowym problemem jest to, że twórcy filmowi nie są w stanie (nie chcą?) wyjść poza obręb powtarzających się w różnych formach, ale zaczynających powoli zjadać własny ogon pastelowych bajeczek. Odbiorca widzi i słyszy wszędzie to samo, jego wzruszenie (którego nie podważam) stymulowane jest podniosłym podkładem muzycznym, nadętym aktorstwem i rozwodnionymi dialogami, przepłukującymi skutecznie serce, lecz nie docierającymi do mózgu. Ten ostatni organ jest wyraźnie przez hagiografów ignorowany. Reżyser „Świadectwa” refleksję odkłada na bok i postanawia zająć się tym, co nigdy nie zawodzi: zbiorowymi emocjami. Na ekranie widzimy tłumy machające chorągiewkami w różnych konfiguracjach, a indywidualne spotkania z wiernymi są wyłącznie efektowną egzemplifikacją otwartości i życzliwości głowy Kościoła.
Wytykając bezcelowość strategii „totalnej”, dążę do pokazania, że wystarczyłoby wybrać jeden element z życia Jana Pawła II i przyjrzeć mu się dokładniej. Dotrzeć do żywych ludzi, pytać i nie bać się odpowiedzi. O co pytać? Na przykład o ich relację z JPII. Czy fakt, że wyłącznie przy jego grobie ustawiono wielkie kosze, do których można wrzucać karteczki z zapisem swojego doświadczenia lub intencją, nie jest dostatecznie inspirujący? Czy nie mógłby stać się impulsem do poszukiwań? Chyba nie do końca, bo tak samo, jak nie wypada przyznawać się do trudnej, momentami bolesnej relacji z Bogiem, nie jest w dobrym tonie wykłócać się o coś z Papieżem. Nieważne, że takie trudności generują prawdziwe duchowe napięcie w życiu wielu wierzących. Pozycja na klęczkach jest wbrew pozorom najwygodniejsza. Buczymy pod nosem modlitewne murmurando, bo tak nas nauczono. Zachwycamy się „Świadectwem”, bo jak tu się nie zachwycać, wzruszamy, bo jak tu się nie wzruszać, chorobą i cierpieniem wielkiego rodaka. Zgrzeszyłam ciężko? Wobec konserwatystów w średnim wieku na pewno. Cóż jednak poradzę, że nie widzę wokół siebie przełożenia doświadczeń z 2 kwietnia 2005 r. na dynamiczny i zmienny układ wartości młodych ludzi. To, co wielkie i rozdmuchane, nigdy nie wystarcza na długo. Wyciska kilka łez i rozwiewa się jak dym. To, co indywidualne, jedyne w swoim rodzaju, choć nie zawsze łatwe, dotrze do mniejszej ilości osób, ale odciśnie trwalsze piętno. Twórcy filmowi to wiedzą. Czego się boją? Odpowiedź wisi w powietrzu, wystarczy sięgnąć, a potem uśmiechnąć się z politowaniem.
To właśnie doświadczenie zbiorowe jest głównym bohaterem „Świadectwa”. Opowieść kard. Dziwisza to lichy (pod względem ilościowym!) zbiór anegdot. Dlaczego tak mało świadectwa w „Świadectwie”? Paweł Pitera powiedział w wywiadzie dla portalu film.onet.pl, że spotkanie z kardynałem to „największa przyjemność dla filmowca”, a „Stanisław Dziwisz jest znakomitym rozmówcą – dyskretnym i dowcipnym”. Wszystko się zgadza. Opowieść duchownego snuta jest z perspektywy „ja”, a to właśnie pozwala na pełne zanurzenie się w ukazywanej na ekranie historii. Inteligencja i wysoka kultura narratora wymuszają także koncentrację. I tu pojawia się pytanie: skoro w opowieści kardynała tkwił taki potencjał, to dlaczego faktograficzna i totalnie bezosobowa płaszczyzna narracyjna dominuje, czyniąc ten film nie tyle uniwersalnym, co łopatologicznym? Jej brak byłby jeszcze gorszy, biorąc pod uwagę fakt, iż jest to produkcja przeznaczona do międzynarodowej dystrybucji, a wiele zdarzeń z życia Jana Pawła II mogłoby okazać się niejasne dla widza spoza Polski. Jednak formułki przytaczane przez Michaela Yorka z gorliwością prymusa zadziwionego losami dalekiego kraju kradną czas, który mógłby być przeznaczony na opowieść kardynała. Dodatkowo sprawę komplikuje niewidoczny trzeci narrator, komentujący zdjęcia archiwalne (czytaj: usiłujący przebić się przez grzmoty ścieżki dźwiękowej), będący w praktyce echem słów Yorka.
Zachwycony Dziwiszem Pitera nie miał odwagi uczynić jego wspomnień ramą narracyjną filmu. Myślę, że najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem takiego uniku jest monotonny, z natury usypiający głos duchownego. Reżyserowi filmu papieskiego nie wolno przecież zapominać o tym, że wygoda widza jest najważniejsza. Efektowny brytyjski aktor wymieniający doskonale znane Polakom wydarzenia z życia Papieża umie skoncentrować na sobie uwagę mas, mówi dynamicznie i z pasją. Fascynujące i sprytnie wykorzystane w kampanii medialnej świadectwo mniej efektownego w sposobie bycia człowieka okazuje się ostatecznie ozdobnikiem. Jak na błyskotkę sporym, ale w moim odczuciu pozostawiającym niedosyt.
Wszelkie niedostatki i absurdy artystyczne zostawiłam sobie na koniec. Wykorzystana w filmie koncepcja dokumentu z elementami fabuły, wciąż jeszcze stosunkowo świeża, wymaga ogromnego wyczucia i reżyserskiej wprawy. Taka forma filmowa jest jednak przede wszystkim dokumentem, a scenki fabularne jedynie wypełniają to, czego nie mogła zarejestrować kamera. Gdzie tkwi problem? Naiwne symulacje w „Świadectwie” nie ocierają się o kicz – one są jego esencją. Matka spacerująca z dzieckiem powolnym krokiem wzdłuż rządka trupów, podejrzanie równiutkie pismo Papieża, gesty tak uduchowione, że aż kontrastujące z ludzkim wizerunkiem JPII ze zdjęć archiwalnych, oraz wszelkie inne bzdury tego rodzaju całkowicie wytrącają z rytmu przeciętnie inteligentnego widza. Ciężko zapanować nad zażenowaniem spowodowanym widokiem animowanej gałązki, opadającej majestatycznie w rytm muzyki, której nastrój umieściłabym między soundtrackiem do „Gladiatora” a motywem z „Gwiezdnych wojen” (jej autorem jest grecki kompozytor muzyki filmowej Vangelis, znany z takich filmów jak „Rydwany ognia”, „Łowca Androidów” czy „Aleksander”). Zabawne jest to, że film osiąga szczyt patosu i nadęcia już w ciągu pierwszych pięciu minut. Jeżeli miało to być hitchcockowskie uderzenie zapowiadające dalsze gromy, to na szczęście nic z tego nie wyszło.
Należy podkreślić, że największą wartością tego filmu są unikalne archiwalia, oczyszczone z kurzu, dobrze zmontowane i niekiedy zaskakujące. To one pozwalają zbliżyć się do Papieża, posłuchać jego słów i machnąć ręką na łopatologiczne wyjaśnienia natrętnych narratorów. W trakcie seansu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że właściwie wszystko poza tymi archiwaliami, opowieścią kard. Dziwisza oraz komentarzem narratora z offu jest zupełnie zbędne. Wyprężonego Michaela Yorka, beznadziejnie tandetne scenki fabularne oraz animowaną symbolikę z międzygalaktyczną muzyką w tle można było spokojnie wypalić na płytce DVD, która biłaby rekordy popularności jako opakowany w tekturkę dodatek do „Przyjaciółki”.
Jednym słowem dokument-pomnik można uznać za odfajkowany. Cel osiągnięty, pieniądze popłyną, a dzieci i młodzież szkolna poczuje Papa-power. Ale przecież nic się nie zmieni. Niczego nie zrozumiemy. Wyjdziemy z kina jak z dobrej restauracji. Posiłek tłusty i pożywny, ale bez smaku, poprawi samopoczucie, upewni nas w tym, że rozgryźliśmy wielkiego rodaka. Potwierdzenie mojej pesymistycznej (realistycznej?) wizji tkwi w samym filmie. Na początku, w jednej ze scen pada pytanie: czemu ten utalentowany młody człowiek, przed którym wrota kariery aktorskiej i literackiej stały otworem, wybrał drogę powołania? Następny w kolejności fragment fabularny pokazuje, jak ważny był w życiu młodego Karola moment spotkania z krawcem, świeckim mistykiem, który podsuwa przyszłemu Papieżowi dzieła m. in. św. Jana od Krzyża. Narrator przypomina też postać św. Brata Alberta, którego wybory okazały się dla Wojtyły jedną z decydujących inspiracji. Oba te wątki są niezwykle istotne. Dają do myślenia. A raczej dawałyby, gdyż całą sprawę pointuje tryumfalnie niewidoczny katecheta: „Wiemy już, dlaczego Wojtyła został księdzem. A teraz…” A teraz możemy przejść do kolejnego punktu. Postawić fajeczkę i zamknąć kajecik. Wiemy wszystko. Czyli nie wiemy nic. Tylko kto się do tego przyzna, skoro dzięki takim filmom każdy może być „wojtylistą”?
Autor : Anna Kiedrzynek - Eliana
Skomentuj recenzję : 
|