Bulwar Zachodzącego Słońca (Sunset Blvd.) – Bulwar straconych złudzeń

Kategoria: Recenzje

Sunset Boulevard to główna ulica Hollywood. Ta patetyczna, a jednocześnie pełna jakiejś lirycznej nostalgii nazwa znakomicie wpisuje się w specyfikę Fabryki Snów, łącząc tandetny blask fałszywego blichtru z niekwestionowaną władzą nad ludzkimi marzeniami, pragnieniami, ideałami i wyobrażeniami. Przy Sunset Boulevard mieszka Norma Desmond, gwiazda kina niemego – niegdyś świetlista, dziś już niemal całkowicie zapomniana, uważana wręcz za od dawna nieżyjącą. Wkraczając z Joe Gillisem na teren jej zrujnowanej i opustoszałej rezydencji dostajemy się do ponurej, groteskowej krainy nieśmiertelnych złudzeń i wiecznej iluzji. Podstarzała aktorka ciągle wierzy, że wciąż jest bożyszczem tłumów. Łudzi się, że nadal wzbudza uwielbienie i pożądanie, że upływ czasu nic nie znaczy, a każdy jej krok i gest fascynuje dziś tak jak przed laty.

sunset blvd.

Norma Desmond nie chce przyjąć do wiadomości zarówno tego, że zmienił się świat, jak i tego, że zmienili się ludzie, a rzesze jej niegdysiejszych fanów rozpłynęły się w niebycie albo znalazły sobie inny obiekt adoracji. Heroina srebrnego ekranu nie może pogodzić się ze znaną prawdą, iż gwiazdy nie świecą wiecznie – rozbłyskują jak meteory i jak one umierają w bezlitosnej ludzkiej niepamięci. Parkiet, na którym w dawnych, królewskich czasach tańczył Rudolf Valentino, jest dziś cichy i pusty, w wyschniętym basenie popiskują szczury, kort tenisowy to teraz tylko duch kortu, wypielęgnowane niegdyś trawniki pokrywa gruba warstwa zeschłych liści, z sufitu gościnnego pokoju kapie woda. Aktorka zachowuje jednak pozory dawnego blasku, tworzy wokół siebie migotliwy mur iluzji broniący ją przed szaleństwem nieistnienia. Wspomaga ją w tym Max, dawny reżyser jej ekranowych sukcesów – dziś lokaj, ponury służbista, ofiarnie i bezwarunkowo zakochany w kobiecie swego życia, dobrowolnie zdegradowany do roli służącego. To właśnie on pisze listy od wielbicieli i niestrudzenie czuwa nad tym, by nikt niepowołany nie zakłócił spokoju jego pani.

Od prawdy nie da się jednak uciec – w życie Normy Desmond pewnego dnia wkroczy Joe Gillis, cyniczny hollywoodzki scenarzysta bez grosza. Jest młody i przystojny, potrafi słuchać i nie zdradza swych właściwych odczuć. Aktorka posiada pieniądze – może być dla niego upragnioną szansą, dlatego nie warto otwierać jej oczu i brutalnie uświadamiać, że scenariusz „Salome”, szykowany na triumfalny powrót po latach to rozwlekły, patetyczny i pretensjonalnie grafomański koszmar, którego nikt o zdrowych zmysłach nie zechce wyreżyserować. Pisarz podejmuje się więc wprowadzenia poprawek do scenariusza, wikłając się tym samym w kłopotliwy, niemożliwy do zerwania układ. Norma autorytatywnie, niczym królowa, od razu zawłaszcza sobie jego życie – każe mu ze sobą zamieszkać, przywiązuje do siebie, uzależnia od kosztownych prezentów, interesuje się każdym jego krokiem. W sylwestrową noc wyznaje mu miłość – Joe staje się kochankiem i utrzymankiem pięćdziesięcioletniej aktorki, która mogłaby być jego matką. To patologiczny, chory związek oparty na rojeniach, nieszczerości i fałszu – wiadomo, że nie może zakończyć się szczęśliwie.

Sunset Blvd.

I tak też się dzieje – cała historia jest przecież pośmiertną opowieścią scenarzysty. Jego trup bezwładnie unosi się w podświetlanej wodzie basenu przywróconego przez Normę do dawnej świetności na życzenie ukochanego, który marzył o takim basenie przez całe życie… To bardzo ciekawy zabieg narracyjny – z offu płynie głos nieboszczyka, ironicznie, z dystansem i czarnym humorem komentując poekranowe życie pani Desmond.

Gillis jest cyniczny i wyrachowany, nie można go jednak nazwać okrutnym i nieczułym, nie można mu też odmówić inteligencji. Dzięki niemu wyraźniej dostrzegamy, że groteskowa, pretensjonalna, bombastyczna Norma to w rzeczywistości bezbronna i bezwolna ofiara Fabryki Snów, produkt star systemu do cna wyeksploatowany i bez żalu wypluty, gdy już przestał pasować do zmieniającej się rzeczywistości. Hollywood to bezlitosna machina, wampir wciąż potrzebujący młodej, świeżej krwi – na nic sentymenty, jeżeli wchodzą w drogę modom i nowościom.

Miss Desmond jest jedną z wielu ofiar dźwięku – wraz z jego wejściem na ekrany manieryczność gry div i amantów ekspresyjnie wykrzywiających twarze i piorunujących wzrokiem stała się wstydliwym przeżytkiem godnym jedynie filmowego lamusa. Zastąpiła ją naturalność, o której dawna królowa Hollywood na amen zapomniała, zastygając w swoich maskach, pozach, strojach i makijażach. Nic dziwnego, odkryto ją, kiedy miała zaledwie szesnaście lat, w tym świecie wzrastała, kształtowała swoją osobowość i jego reguły uznała za swoje. Nauczono ją przyjmowania hołdów i życia w świetle reflektorów. Przyzwyczajono do uwielbienia należnego każdemu gestowi, uśmiechowi, skinieniu dłoni, mężczyźni bili się o pukle jej włosów, rzeczywistość zamieniono na iluzję – a ona uwierzyła, że jest królową ekranu i że tak będzie już zawsze. Zapomniała, że Hollywood potrafi być okrutne…

Sunset Blvd.

To jednak, co niszczy jednostki, tworzy krainę marzeń dla tysięcy. Film Billy Wildera skłania również do spojrzenia na złotą erę Fabryki Snów od zupełnie innej strony – w czasach kina niemego aktorzy byli bogami i boginiami, rzeczywistymi gwiazdami jasno świecącymi na firmamencie srebrnego ekranu, obiektami czci równymi nieśmiertelnym. Kręcenie filmu równało się misterium wtajemniczonych – miało nieść Wzruszenie i Piękno, było odkrywaniem nowych możliwości, tworzeniem iluzorycznego lecz czarownego świata wyobraźni. Dzisiaj ważna jest tylko ilość sprzedanych biletów, chwytliwy temat, znane, ograne, a dzięki temu lubiane i nieryzykowne schematy, pieniądze i cynizm. Symbolem nowego, sprzedajnego Hollywood jest Joe Gillis, zestawiony zarówno z Normą, jak i z młodą idealistką, początkującą pisarką Betty Schaefer. W tym momencie „Bulwar Zachodzącego Słońca” staje się wnikliwą satyrą na współczesną reżyserowi Fabrykę Snów, która nad oryginalność i artyzm przedkłada banał, schematyczność i powtarzalność.

Żaden z moich scenariuszy się nie sprzedał. Pewnie były za mało albo za bardzo oryginalne – mówi Joe na początku filmu. Także i on jest ofiarą – jego cynizm, ironia i wyrachowanie to przecież nic innego jak psychologiczne mechanizmy ochronne jednostki inteligentnej, która woli unosić się na wodzie niż utonąć, pożerać zamiast zostać pożartą. Gillies ma świadomość swojej pisarskiej degradacji i wyrobnictwa – dlatego też jego komentarz z offu jest tak cynicznie gorzki. Film Billy Wildera reprezentuje krytyczny realizm, demaskatorskie spojrzenie na Hollywood zarówno nowy jak i stary. W jego ujęciu jeden jest wart drugiego: zarówno Norma, symbol złotej ery, jak i Joe, żywy znak nowych czasów, to postacie pełne wad, niekiedy odpychające (choć z zupełnie innych powodów). On uosabia komercję i wyrachowanie współczesnych mu producentów i reżyserów, ona zaś pompatyczność, manieryczność, blichtr i sztuczność epoki kina niemego.

Obok wymiaru krytyczno-społecznego mamy tu jednak równie wyraźnie zarysowany wątek psychologiczny, jednostkowy. To przejmujące studium starości, okrutnie zaakcentowana tragedia przemijania, niemożności zatrzymania upływu czasu. Jasne światło kamery w studiu Paramountu bezlitośnie obnaża zmarszczki, „kurze łapki”, obwisłą szyję i inne mankamenty urody dawnej ekranowej bogini piękności. Czas odebrał jej wszystko, zdegradował, zepchnął do roli monstrum zamieszkującego ponure, zrujnowane zamczysko, zabrał jej zarówno uwielbienie tłumów, jak też młodość i urodę – cały sens życia. Norma Glorii Swanson nie jest jednak groteskowym potworem, nie wzbudza odrazy – wywołuje raczej współczucie. Cóż by jej pozostało, gdyby przestała się okłamywać?

Sunset Blvd.

Los ekranowej bohaterki interesująco koresponduje z postacią odtwarzającej ją aktorki, w ogóle jest tu więcej szczegółów stwarzających pozory autentyczności opowiadanej historii. Gloria Swanson to jedna z najważniejszych gwiazd kina niemego – potrafi być zarówno groteskowa, przerysowana, karykaturalna, jak i wzruszająco liryczna (niezapomniana sekwencja, w której parodiuje Charlie Chaplina). Odważnie eksponuje swoją starość, ale jednocześnie ani przez moment nie traci klasy wielkiej gwiazdy – pozostaje nią aż do przejmującego finału, w którym całkowicie zatapia się w świecie fikcji.

W ważnej scenie odwiedzin w studio Paramountu ekranowa opowieść niepostrzeżenie zaczyna przenikać się z życiem – to prawdziwe studio, prawdziwa dawna gwiazda i sam Cecil B. De Mille, jej rzeczywisty odkrywca, pracujący przy swoim autentycznym filmie, „Samsonie i Dalili”. Film, który Norma puszcza Joe’mu w swoim domowym kinie wiecznie żywych wspomnień, to „Królowa Kelly” z Glorią Swanson, wszędzie też stoją zdjęcia tejże gwiazdy z okresu jej świetności. Reżyserem „Królowej…” nie jest nikt inny, jak tylko Erich von Stroheim, wierny kamerdyner Max. W jednej ze scen oglądamy wieczorek brydżowy, urządzony przez panią Desmond dla grupy jej starych, podobnie zapomnianych przez świat przyjaciół, których Joe nazywa pogardliwie figurami woskowymi. Są tu rzeczywiste dawne gwiazdy: Anna Q. Nilsson, H. B. Warner, wreszcie sam Buster Keaton, który wypowiada tylko jedno słowo – pas… Relację dla prasy z sypialni Normy Desmond nadaje prawdziwa Hedda Hopper, słynna królowa hollywódzkich plotkarek. Autorem zdjęć do filmu jest John Seitz, który święcił swe triumfy w latach dwudziestych.

Satyra na nowe Hollywood, demaskatorskie spojrzenie na stare… Ale nie tylko – Billy Wilder sięga w „Bulwarze Zachodzącego Słońca” po jeden z najważniejszych amerykańskich mitów – mit kina, odrealnionego, większego niż życie, dalekiego od zwykłych śmiertelników: magicznej krainy marzeń i złudzeń zamieszkałej przez pięknych i doskonałych, wiecznie młodych bogów i boginie. Reżyser odsłania przed nami kulisy tego mitu, jego boleśnie nieprawdziwą iluzoryczność, wreszcie cenę, jaką trzeba zapłacić za jego stworzenie. Jakże przejmująco brzmią w tym kontekście finałowe słowa Normy Desmond: To moje życie… tylko my, kamery i ci cudowni ludzie w ciemnościach…

Sunset Blvd.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Bulwar Zachodzącego Słońca
Oryginalny tytuł: Sunset Blvd.
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 110 minut
Reżyseria:
Scenariusz:


Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Joseph C. 'Joe' Gillis
Norma Desmond
Max Von Mayerling
Betty Schaefer
Sheldrake
on sam
ona sama
on sam
ona sama
Array
Ocena:  9/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!