Sukiyaki Western Django (Sukiyaki Western Django) – Skośnoocy kowboje

Kategoria: Recenzje
Sukiyaki Western Django
Sukiyaki Western Django
Sukiyaki Western Django

Western kręcony w Japonii z przebranymi za kowbojów Azjatami mówiącymi łamanym angielskim, a pomiędzy pojedynkami na broń palną wymachującymi katanami. Wydaje się to nie mniejszym science fiction od westernu kręconego w Polsce z udziałem Kasi Figury i Vala Kilmera. A jednak obydwa projekty wyszły z fazy plotek przytaczanych w pubach w celu rozbawienia kolegów, stając się faktycznie istniejącymi produkcjami, które… też się omawia się przy kielichu ku uciesze znajomych. „Letnią miłość” zostawmy w spokoju, od samego początku wydawała mi się czystą abstrakcją i wciąż nie do końca potrafię uwierzyć, że naprawdę powstała. Oglądać jej jednak nie zamierzam, niech już na zawsze pozostanie dla mnie czymś z pogranicza rzeczywistości. Natomiast co do azjatyckiej produkcji… cóż, traci status niesamowitego w swej absurdalności pomysłu, kiedy zwrócimy uwagę na osobę odpowiedzialną za jej powstanie. Wszakże Takashi Miike co drugim filmem udowadnia, że nie istnieją dla niego nieprzekraczalne granice gatunkowe, estetyczne, stylistyczne i moralne.

Na poparcie tej tezy zróbmy wybiórczy rekonesans jego bogatej filmografii w poszukiwaniu co bardziej szalonych motywów. Film gangsterski zakończony wybuchem atomowym („Dead Or Alive”). Samuraj, który wzburzony własną brutalną śmiercią (po tym, jak zostaje ukrzyżowany i poprzebijany włóczniami, oprawcy rozczłonkowują jego zwłoki i rozrzucają po całym kraju) zmartwychwstaje i rozpoczyna podróż przez czas i przestrzeń, wyrzynając wszystko, co żywe i nie zdąży przed nim uciec („Izo”). Mafioso trafiający do azjatyckiej wersji miasteczka Twin Peaks („Gozu”). Kryminalny musical z zombie w tle („Szczęście rodziny Katakuri”). Gangster z rozciętymi od ucha do ucha ustami („Ichi the Killer”).  I co, czy pomysł z Azjatami-kowbojami wciąż wydaje się taki zwariowany?

Zresztą „Sukiyaki Western Django” może i jest pierwszym westernem nakręconym w Japonii, ale bynajmniej nie pierwsze to już skrzyżowanie tego gatunku z klimatem Kraju Kwitnącej Wiśni. Swego czasu na ekranach telewizorów można było złapać „Samurajów i kowbojów” z Charlesem Bronsonem, który wraz z tytułowym samurajem u boku przemierzał bezkresy Arizony w poszukiwaniu skradzionego miecza japońskiego ambasadora. Pan „zabójczy widok” wystąpił zresztą kilka lat wcześniej u Sergio Leone, a on również zapisał swój rozdział w historii powiązań na linii Dziki Zachód-Samuraje, w „Za garść dolarów” plagiatując fabułę „Straży przybocznej” niejakiego Kurosawy (chociaż pan L. wolałby pewnie określenie „twórcza inspiracja”). To jednak nieliczne przypadki, generalnie drogi Japonii i Dzikiego Zachodu dotąd na ekranie się nie krzyżowały. I nic w tym złego, Bollywood też nie sięgał po amerykańskich kowbojów i nikt z tego powodu szat nie rozdziera. (Chociaż z hinduskimi reżyserami nic nie jest pewne; skoro zrobili remake „Podziemnego kręgu”, to kto wie, czy i „W samo południe” nie doczekało się wersji śpiewano-fikanej). Czy warto więc było robić wersję japońską?

Sukiyaki Western Django
Sukiyaki Western Django
Sukiyaki Western Django
Sukiyaki Western Django

Nie. Na tym w zasadzie mógłbym zakończyć tę recenzję, ale nie sądzę, żeby usatysfakcjonowało to osoby wahające się, czy sięgnąć po film. Powróćmy więc jeszcze do pana Miike,  który był główną przyczyną tego, że zwróciłem uwagę na  „Sukiyaki Western Django”. Jeszcze przed kilkoma laty byłem gotów sięgać w ciemno po każdą jego produkcję ciekaw, jakim to niesamowitym pomysłem zaskoczy mnie tym razem.  Z czasem nabrałem doń większego dystansu, odkrywając, że często jego filmy mają jedną zasadniczą wadę. Świetnie nadają się do opowiadania znajomym w formie interesujących filmowych ciekawostek, ale już niekoniecznie chce się oglądać całą (zazwyczaj b-klasową) historię w oczekiwaniu na zapadające w pamięci motywy.

Jest to również bolączką „Sukiyaki Western Django”, który w formie newsa robił kilka lat temu wrażenie (western w reżyserii Miike z gościnnym udziałem Quentina Tarantino – nie sposób przejść obok takiej informacji z obojętnością), ale gdy już był dostępny, długimi miesiącami odkładałem seans, podskórnie czując, że coś z nim będzie nie tak. No i się nie myliłem. Podstawowy minus filmu polega na tym, że jest on zwyczajnie daremny. Nie widzę niczego, co usprawiedliwiałoby jego powstanie. Ok, ok, powód przewija się przez cały niniejszy tekst: PIERWSZY WESTERN NAKRĘCONY W JAPONII. Załapałem, ale czy nie powinno za tym stać coś więcej niż puszczenie oka do miłośników spaghetti westernów (nawiązania do stylistyki Leone oraz do „Django”, czyli popłuczyn po „Za garść dolarów”, którego najprawdopodobniej nie widział nikt z czytających ten tekst, łącznie z samym autorem) oraz pomachanie w kierunku widowni Tarantino i zwolenników postmodernizmu?

Postmodernizmu, co trzeba zaznaczyć, w najgorszej postaci. Głupiego, szalejącego z formą, odurzającego się błyskotliwością zawartych nawiązań i kreatywnością hybryd gatunkowych bez dbania o treść. Nie wymagam nie wiadomo czego – zdaję sobie sprawę, że Miike nigdy nie był wybitnym twórcą. W końcu to zapaleniec o przebogatej, acz nieco spaczonej wyobraźni, od samego początku trzaskający hurtowo filmy klasy B. Chciałbym jednak, żeby oglądana historia wciągała choć w minimalnym stopniu; albo emocjonowała, albo miała jakieś błyskotliwe pomysły… albo żeby chociaż przyjemnie się na nią patrzyło. A tutaj nic. Na korzyść filmu przemawia tylko fakt, że jest pierwszym… wiadomo czym. Zabrakło jednakże koncepcji na rozwinięcie tej idei. Historia jest pretekstowa (nie bez powodu w niniejszej recenzji całkowicie ją zignorowałem, gdyż po prostu nie ma o czym pisać), czerpiąca z „Django” (a więc w zasadzie z „Za garść dolarów”, czyli de facto ze „Straży przybocznej”… uff, jeszcze kilka dekad  kina i naprawdę wszystko będzie kopią kopii z kopii), lecz robiona mechanicznie, co prawda zabarwiona charakterystycznym, absurdalnym stylem Miike, ale wykorzystanym bez większego przekonania, bez pomysłu, bez serca, w sposób… no, mechaniczny właśnie.

O Miike mówi się, że od czasu „Gry wstępnej” mocno skłania się ku Hollywood. Patrząc na „Sukiyaki Western Django”, muszę się z tym zgodzić. Oglądając, czułem się podobnie odseparowany emocjonalnie od historii jak w przypadku dzisiejszych blockbusterów Made in USA. A co by nie mówić negatywnego o poprzednich filmach Miike, nawet jeżeli bywało, że irytowały,  drażniły, żenowały bądź niesmaczyły, to nigdy nie robiły z widza emocjonalnej ameby. Szkoda, bo mogło wyjść z tego coś ciekawego, a wyszedł przeciętniak, który słabiutkim występem gościnnym nie zadowoli nawet miłośników Quentina Tarantino.

Komentarze (3) do artykułu “Sukiyaki Western Django (Sukiyaki Western Django) – Skośnoocy kowboje”

  • michuk pisze:

    No to się pomyliłeś Krzysiek. Widziałem niedawno „Django” (http://filmaster.pl/film/django/) i skwitowałem je tak „Genialny synopsis, kiepski film, który nabiera wartości humorystycznych po kilku głębszych. Aż dziw bierze, że framework o identycznej nazwie zasila ten serwis* :)”

    Samego synopsis nie pamiętam (był na DVD — tak, kolega turin kupił DVD z tym filmem, believe it or not :P) ale był o wiele lepszy od samego filmu.

    A Sukiyaki chyba jednak nie obejrzę. Zdecydowanie lepszym wschodnim (tym razem koreańskim) westernem (zwanym też „easternem”) jest podobno „The Good The Bad and The Weird” wyświetlany i ostro promowany niedawno w Londynie.

    michuk

    * mowa oczywiście o Filmasterze.  Cytuj

  • Stark pisze:

    „Django” mi się podobało (przy pełnej świadomości wszystkich jego słabości). Ale podobnie jak kolega wyżej uważam, że przy odpowiednim nastawieniu można czerpać przyjemność z jego oglądania.

    A „The Good, the Bad and the Weird” polecam zdecydowanie – film podobał mi się na tyle, że zdecydowałem się wydać spore pieniądze żeby ściągnąć sobie limitowane 3DVD z Azji. Kang Ho-song szarżuje jak opętany, a Byung Hun-lee wygląda tak, że niejednej (i niejednemu pewnie też:)) zrobi się ciepło. Z tym że trzeba się przygotować na kilka postmodernistycznych zagrywek, a wiem że nie każdemu coś takiego może przypaść do gustu… Więcej kiedyś tam w moim azjatyckim dziale na Opium.

    Sukiyaki…, wstyd się przyznać, też jeszcze nie widziałem.Ale jakoś jestem spokojny, że mniej lub bardziej, ale mi się spodoba.  Cytuj

  • Krzysztof Bogumilski - Tyler Durden pisze:

    O właśnie, dzięki panowie, że przypomnieliście mi o istnieniu „The Good The Bad and The Weird”, trzeba będzie się w końcu za tym rozejrzeć. A co do „Sukiyaki…”, to ręki sobie za to uciąć nie dam, ale wydaje mi się, że twoja opinia może być co najwyżej minimalnie cieplejsza od mojej. No ale próbuj szczęścia i daj później znać jak się podobało, bom ciekaw :)  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Sukiyaki Western Django
Oryginalny tytuł: Sukiyaki Western Django
Kraj: Japonia
Reżyseria:
Scenariusz:

Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Rewolwerowiec
Yoichi
Kiyomori
Ruriko
Yoshitsune
Benkei
Shizuka
Szeryf
Akira
Ringo
Ocena:  4/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!