![]() |
![]() |
![]() |
Ostatnio moda na ekranizacje komiksów zaczyna przeradzać się w osobny nurt. Niestety wydaje się on pozbawiony jakiejkolwiek logiki oprócz tej, że nawet bardzo kiepski film za sprawą rzeszy fanów danego komiksu, zwróci się z nawiązką. Za tą serię niepowodzeń odpowiada tylko jeden film, który swoim sukcesem kasowym skutecznie zachęcił producentów do „katowania” komiksów. Chodzi oczywiście o „Spider-Mana”, który nie wiadomo dlaczego stał się jednym z najbardziej kasowych filmów wszechczasów.
Historia jest prosta jak drut i powielana tysiące razy. Klasyczne „od zera do bohatera”. Peter Parker to typowy nieudacznik, podkochujący się w dziewczynie, do której nie ma odwagi się odezwać, pomiatany przez kolegów w szkole. I nagle, za sprawą głupiego przypadku (bo inaczej nie można tego nazwać) staje się super-herosem, który wreszcie zyskuje odwagę, siłę i wszystkie inne rzeczy, które wcześniej chciał posiadać. I co nasz bohater robi z nabytymi umiejętnościami? Na samym początku trzeba rozprawić się ze szkolnymi ciemiężycielami. Potem wreszcie się odezwać do miłości swego życia. I co dalej? Niestety nic. Na szczęście nieoczekiwanie zostaje zamordowany wuj Petera i wszystko staje się dziecinnie proste.Nagle otrzymujemy idealnego przeciwnika dla naszego człowieka-pająka. Niezliczoną i bezimienną rzeszę przestępców, degeneratów, gwałcicieli i morderców. Jednak pierwowzór komiksowy narzuca pewną konwencję. W każdym komiksie galeria czarnych charakterów jest bardzo barwna i przede wszystkim ogromna, „Spider-Man” nie jest wyjątkiem. Twórcy na pierwszy ogień wystawili Green Goblina, lecz realia kina amerykańskiego i szablon kasowego hitu także narzucają pewne wymagania. Przeciwnik musi być równie potężny jak nasz bohater. Scenarzysta poszperał w kalkach i co znalazł? Idealnie – Szalony Naukowiec, tego dawno nie było. Tak więc, zielony goblin znany z komiksu odszedł w niepamięć, a w zamian dostajemy pokraczne dziwadło, bardziej przypominające innego przeciwnika komiksowego Spider-Mana, a mianowicie Doktora Doom.
Mamy już więc super-herosa i czarny charakter, jest też wybranka głównego bohatera. Teraz wystarczy tylko, żeby zły zaatakował miasto i omal nie zabił ukochanej naszego bohatera. Konflikt gotowy. Pomimo wszystkich starań spełnił się najgorszy koszmar scenarzysty : scen akcji starcza zaledwie na 30 minut filmu, a tylko tam spece od efektów specjalnych mogą go wyręczyć. No cóż, to chyba nieuniknione, trzeba będzie nadać bohaterom głębię.
Więc Peter oprócz ratowania świata zajmuje się fotografią i mieszka razem z synem „złego”, Mary Jane to dziewczyna z patologicznej rodziny, która chce zostać aktorką, a Norman Osborn, czyli Green Goblin bez kostiumu, to już najbardziej skomplikowana postać. Otóż jest on naukowcem, który na skutek głupiego przypadku (cóż za dziwny zbieg okoliczności) cierpi na rozdwojenie jaźni. Mści się na wszystkich za obcięcie rządowych dotacji na jego badania (przecież to takie irytujące). Teraz powiążmy ze sobą postacie. Wątek miłosny już jest, ale chyba jest zbyt prosty. Lepiej niech ona najpierw go nie kocha. Niech kocha innego. Niech kocha złego. Nie. Przecież chciał ją zabić. To niech kocha jego syna. Ale kim jest jego syn? No jak to kim? Najlepszym przyjacielem i współlokatorem bohatera! Idealnie! Ależ głębia! Tak, teraz można szukać odpowiednich aktorów.
![]() |
![]() |
![]() |
Można powiedzieć, że Tobey Maguire i Kirsten Dunst wywiązali się ze swojego zadania, pomimo tego, że zagrali średnio, bez większego polotu. Dokładnie tak jak zakładał scenariusz. Jednak Willem Dafoe w roli Zielonego Goblina vel. Normana Osborna to już całkiem inna sprawa. Mając na uwadze klasę tego aktora chciałbym wierzyć, że widząc czym jest film w którym występuje, najnormalniej w świecie stroi sobie żarty i celowo robi z siebie pośmiewisko. Jeżeli tak nie jest, to mamy do czynienia z najgorszą rolą tego aktora, który (aż strach mówić) męczy widza swoją obecnością na ekranie. Nie wiem co jest gorsze, oglądanie Willema w głupkowatym kostiumie, gdy widać tylko jego nadzwyczaj demoniczne oczy, czy może jako na poły żałosnego, na poły szalonego naukowca? Trudny wybór. Chyba jednak wybiorę głupkowaty kostium, ponieważ zwykle towarzyszy on scenom akcji, a co za tym idzie efektom specjalnym. Chyba tylko one nie zawiodły, choć są dalekie od znakomitych. Fakt faktem, że na panów z potężnymi komputerami zawsze można liczyć.
Pierwsze pytanie, które ciśnie się na usta, to : „Co jest takiego w Spidermanie, co sprawia, że ludzie chcą go oglądać?” Jeden to wcześniej już wspomniana rzesza fanów komiksu, którzy bez względu na jakość filmu obejrzy go za każde pieniądze i prawdopodobnie będzie bezkrytycznie wychwalać pod niebiosa. Ale ile znów może być fanów jednego komiksu? To zdecydowanie nie sami zwolennicy Spider-Mana nabili kieszenie producentom. Więc kto? Odpowiedzią na to pytanie jest chyba jedna ze scen, w której Zielony Goblin jest bliski zabicia naszego super-herosa. Otóż wtedy do akcji włączają się mieszkańcy Nowego Jorku (ostatnio bardzo modnego miasta) i jak jeden mąż stają do walki ze złem. „Jeżeli zadzierasz ze Spider-Manem, to zadzierasz z nami wszystkimi”, krzyczy jeden z obrzucających złego kamieniami. W tej scenie kryje się klucz do sukcesu filmu. Otóż przeciętny widz, to właśnie ten szary człowieczek z kamieniem, czy pałką, gotów zwalczyć zło, o ile tylko będzie mógł to zrobić właśnie w ten sposób. Ucieleśnieniem zła jest Goblin, więc lać go! Tak to bywa, że tylko w kinie można nadać złu tak „czystą” i łatwą do pokonania formę i jak się okazuje, ludzie lubią zwalczać takie zło. Znajdzie się więc wielu, którzy chętnie poświęcą kilka(naśncie) dolarów, aby zobaczyć jak dzielny człowiek-pająk daje łupnia złoczyńcom w imieniu Nowego Jorku, Amerykanów, a co tam, całego Świata.
Jeżeli rzeczywiście twórca filmu nie zrobił nam strasznego żartu (na skalę Willema Dafoe), to najwyraźniej potrzebuje on głupiego przypadku, niczym bohaterowie jego „dzieła”. Może ukąszenie przez pająka, albo wypadek w laboratorium pobudzi jego zmysły i zmusi do stworzenia czegoś lepszego. Najwyraźniej dla normalnego człowieka niemożliwym jest zrobienie dobrej adaptacji komiksu. Każdy przecież wie, że Tima Burtona ugryzł radioaktywny nietoperz.











2/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Niestety film mi się nie podobał w przeciwieństwie do komiksów (zwłaszcza Ostatnie łowy Kravena, Torment, Oko Pumy i Maximum Carnage) czy nawet Spider-Man TAS film dość słaby i dziecinny.
Sam Raimi nie poszedł w ślady X-Menów Singera czy Batmanów Burtona.
Norman Osborn to w filmie biznesmen i ofiara losu a nie jak w komiksach i Spider-Man TAS bezwzględny biznesmen i naukowiec (w stylu złego Tonyego Starka) który wchodzi w układy z przemysłowcami – przestępcami a to było jeszcze zanim stał się Zielonym Goblinem.
Po tym jak potraktowano Normana / Zielonego Goblina w filmie mam nadzieję że w kolejnych filmach SM 4, 5 czy 6 nie dadzą Gabriela Stacey / Grey Goblina drugiego syna Normana Osborna i Gwayne Stacey, Rodericka Kingslaya / Hobgoblia, Kravena Łowcy, Vermina, Pumy, Lizarda czy Carnage.
„Mieszkańcy Nowego Jorku jak jeden mąż stają do walki ze złem” co według mnie jest dość żałosne i naiwne, jakoś w filmach Iron Man czy Incredible Hulk nikt nie rzuca w Obediaha Stane / Iron Mongera czy Emila Blonskego / Abominationa kamieniami. Mr. ??Cytuj