![]() |
![]() |
![]() |
Azjatycki horror w ostatnich latach stał się czołowym towarem eksportowym dalekowschodniej kinematografii. O ile na początku można było się z tego cieszyć, zwłaszcza że niósł on ze sobą pewien powiew świeżości, to jednak po pewnym czasie zacząłem odnosić wrażenie, że powoli przemienia się to w plagę. Wszystko zaczęło się od dwóch filmów o pewnej kasecie, po obejrzeniu której ludzie ginęli w przeciągu tygodnia. Doszedł do tego w krótkim czasie „Dark Water” i można już było mówić o gatunku zwanym „urban horror”. Skierowany był on do mieszkańców metropolii, którzy w pogoni za pieniędzmi nie mieli czasu jeździć do opuszczonych zamków i zapadłych wiosek, gdzie, jak wszyscy dobrze wiemy, czają się wilkołaki, wampiry, demony i cała reszta tego diabelskiego tałatajstwa. A skoro nie mieli z nimi na co dzień styczności, to i horrory już nie działały na nich w takim stopniu jak kiedyś. Bo gdzie w życiu bogatej pani bizneswoman, operującej notebookiem, wysyłającej zdjęcia i informacje tekstowe za pomocą telefonu komórkowego, a obiady podgrzewającej w najnowszym modelu mikrofalówki, miejsce na coś takiego jak wampiry i wilkołaki. Klasyczne horrory w dzisiejszych czasach przestały spełniać swoje zadanie i potrzeba było nowych form straszenia widowni, z wykorzystaniem dobrze jej znanej scenografii i rekwizytów, z którymi styka się na co dzień. I na to właśnie zapotrzebowanie świetnie odpowiedzieli Azjaci. Hollywood oczywiście szybko zwąchał w tym szansę na zarobienie kontenera zielonych papierków i ochoczo zabrał się za masowe kręcenie remake’ów azjatyckich przebojów, sprowadzając w między czasie głośniejsze dalekowschodnie tytuły. Niestety z każdym kolejnym filmem z tego gatunku – i to zarówno pochodzącym z Azji, jak i zrobionym w USA – gatunek ten zżerał coraz większy kawałek własnego ogona. Wydawcy jednak zdają się tego nie dostrzegać i dopóki mogą czerpać jakiekolwiek zyski, uparcie ściągają kolejne produkcje ze wschodu, czego przykładem jest bohater niniejszej recenzji.
Para zakochanych wraca samochodem po imprezie ze znajomymi. Po drodze potrącają kobietę i bojąc się konsekwencji, postanawiają zbiec z miejsca wypadku. Jakiś czas potem bohater, będący fotografem, wywołuje zdjęcia, na których dostrzega dziwne smugi. Na jednej z fotografii widzi twarz kobiety do złudzenia przypominającą ofiarę wypadku. W niedługim czasie jego przyjaciele zaczynają kolejno popełniać samobójstwa a jego samego zaczynają prześladować dziwne wizje.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
„Shutter” początkowo zapowiada się obiecująco. Historia, chociaż mało oryginalna, może zaabsorbować uwagę widza. Sceny grozy stoją na przyzwoitym poziomie, ale dosyć szybko wszystko zaczyna się drastycznie psuć. Klimat „Shuttera” opiera się w lwiej części na najbardziej prymitywnym sposobie straszenia: poprzez obraz i dźwięk podawane w natężonej do granic formie. Co gorsza, większość z momentów, w których metoda ta zostaje zastosowana – czyli praktycznie przez cały czas – jest boleśnie przewidywalna. Widz ze znużeniem zaczyna się bawić we wskazywanie, gdzie i kiedy wyskoczy z rozdziawiona gębą duch – i w dziewięciu przypadkach na dziesięć ma rację. Oczywiście i tak mimowolnie podskakuje się wtedy w fotelu, ale odpowiedzialny jest za to podkręcony do granic możliwości dźwięk, a nie autentyczna groza wypływająca z ekranu. Tej w filmie praktycznie się nie uświadczy. Bardziej obawiałem się tego, że twórcy przez nieustanne stosowanie tego tricku przyprawią mnie o palpitację serca, niż odczuwałem lęk przed upiorem. Po jakimś czasie stało się to naprawdę męczące, a chwilami wręcz drażniące. Już chyba bardziej podobał mi się korzystający z tych samych prymitywnych metod straszenia „The Grudge”, którego zresztą też nigdy specjalnie nie polubiłem.
Co gorsza, twórcy serwują nam do tego typowy zestaw azjatyckich fobii, które dawno przestały być atrakcją. Znowu mamy dziewczynę z długimi, czarnymi, prostymi włosami. Oczywiście dla lepszego efektu czasami są one mokre. Skoro włosy są mokre, to chyba nie muszę wspominać o obowiązkowej scenie z wynurzającymi się z kadzi wody dłońmi, zwiastującymi pojawienie się całej sylwetki upiora. Kolejny raz stykamy się również z samobójstwem córki, z którym matka nie potrafi sobie poradzić. Wszystko, co możemy w tym filmie obejrzeć, pokazano już w „Ringu”, „Dark Water”, „The Eye”, „One Missed Call” i wielu innych azjatyckich horrorach oraz ich zachodnich remake’ach. Zadziwiające, że nikt jeszcze nie wpadł na to, że dawno stało się to dla widza nużące i najwyższy czas sięgnąć po coś nowego. Niestety, azjatyccy twórcy raz jeszcze wciskają nam ten sam odgrzewany kotlet. Kotlet, który – muszę dodać – nie do końca smakował mi nawet przy pierwszym spożyciu, ale wtedy miał jeszcze przynajmniej jakieś wartości odżywcze. Teraz to już jedynie niestrawne resztki.
Największą porażką jest jednak zakończenie filmu, które jest jedną z największych bzdur, z jakimi miałem do czynienia w kinie. Na plus można zaliczyć to, że niesie ze sobą potężną dawkę humoru. Od śmiechu niemal rozbolał mnie brzuch. Smutne jest jednak to, że z całą pewnością zamierzeniem twórców było wywołanie zgoła innego efektu. Spokojnie, nie zamierzam zdradzić zakończenia. Przecież to byłoby równie karygodne jak rozpoczęcie skeczu od jego puenty. Niby wciąż będzie bawiło, ale efekt byłby już nie ten. Młodzi reżyserzy starali się, jak mogli, zakończyć swój film z mocnym „przytupem”, niestety finałowy zwrot fabuły zdrowo przekombinowali i z grozy wyszła im groteska.
Można to tłumaczyć różnicami kulturowymi, „łykliwością konwencji” (a raczej jej brakiem), dla mnie jednak bzdura pozostaje bzdurą i nic na to nie poradzę. Nieważne, co twórcy chcieli przez to osiągnąć. Fakty są takie, że efekt końcowy ostatecznie utwierdził mnie w przekonaniu, że „Shutter” jest jednym, wielkim nieporozumieniem.












5/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!