Robin Hood (Robin Hood) – Produkt robinopodobny

Kategoria: Recenzje

We współczesnym kinie rozrywkowym po sprawdzone marki sięgają ostatnio wszyscy. A to uwspółcześniają, a to na nowo definiują, stawiają na głowie, uczłowieczają. Doczekali się tego komiksowi superbohaterowie, doczekali się James Bond i Sherlock Holmes, a teraz dzięki Ridleyowi Scottowi doczekał się i Robin Hood. Będę szczery: podchodziłem do tego filmu jak jeż do szczotki. Russell Crowe zdawał się nie pasować do roli, zwiastuny nie przekonywały… Ale wypadało dać sir Ridleyowi szansę; w końcu nazwisko reżysera zobowiązuje (choć bardziej niż za świetnego twórcę uważam go raczej za twórcę paru świetnych filmów), a nazwiska całej plejady aktorów, których zatrudnił do tego widowiska – jeszcze bardziej.

Niestety, ten nieco wymuszony kredyt zaufania nie zdał się na wiele. „Robin Hood” ma dwie kardynalne wady: to dzieło piekielnie nierówne i doszczętnie pozbawione serca. Na ekranie dominują wyprane barwy i ładunek emocjonalny w pełni koresponduje z tą paletą. Nie jest to jednak wystudiowany chłód właściwy rzeczowemu, poważnemu spojrzeniu, na jakie poniekąd sili się Scott. Nie, to po prostu brak iskry bożej w scenariuszu Briana Helgelanda.

Skoro zaś o scenariuszu mowa… Nie sposób całkiem przemilczeć bezczelnego wykorzystania imienia Robin Hooda w filmie, w którym Robin Hood praktycznie nie występuje. Rację miał słynny krytyk Roger Ebert, gdy napisał, że postać ta została wykorzystana jedynie dlatego, że jest rozpoznawalną marką nieobjętą prawami autorskimi. W rzeczywistości to historia zupełnie innego bohatera wracającego z krucjaty, zmuszonego udawać szlachcica i wplątującego się w „wielką politykę”. W ramy świata Robina spod Nottingham został wtłoczony na siłę – i dużo lepiej by się stało, gdyby zrezygnowano z tego zabiegu i pozwolono bohaterowi Crowe’a stanąć na własnych nogach. Filmu Scotta nie da się obronić nawet jako tzw. originu – to nie „Batman – początek”, ani nawet tegoroczny „Sherlock Holmes”. Tutaj, mimo końcowego napisu „Tak narodziła się legenda”, nie ma nawet podwalin pod słynnego bohatera. Jedyna w filmie dwuminutowa scena rabunku, dodana jakby z obowiązku, tylko czyni ten fakt dobitniejszym.

Pal sześć legendę Robin Hooda – gorzej, że obraz Scotta ledwie broni się sam w sobie. Pierwsza godzina upływa w miarę przyjemnie; co prawda całości brakuje duszy, ale fabuła, dopóki prosta, nie budzi szczególnych zastrzeżeń. Niestety potem jest gorzej. Im dalej w las, im bardziej gmatwa się intryga, tym robi się – nie uciekajmy przed tym słowem – durniej. Prowadzona dotąd niespiesznie narracja nabiera chaosu i przypadkowości, mnożą się głupie wątki znikąd, zmasakrowane chyba na stole montażowym, ulatuje gdzieś sens, a przede wszystkim cel filmu, rośnie poziom infantylności (zwłaszcza na płaszczyźnie politycznej i historycznej), a dzieła zniszczenia dopełnia niezborna i zwyczajnie bzdurna bitwa finałowa. Wiele można zrzucić na karb niezgrabnego scenariusza Helgelanda, ale choćby słabość kulminacyjnego starcia dowodzi, że również Scott zwyczajnie nie panował nad swoim dziełem. Można by pomyśleć, że nie za bardzo wiedział, po co właściwie je kręci.

Jak na ironię w „Robin Hoodzie” znajdziemy sporo dobrych elementów. W starciach nie brakuje ujęć czy rozwiązań robiących wrażenie, zdjęcia bywają piękne, w sekwencjach wiejskich królują Cate Blanchett i Max von Sydow, gdy „dzieje się historia” równie świetny jest William Hurt, a wielu innych dotrzymuje mu kroku, natomiast Crowe, ze swym szlachetnym głosem i spojrzeniem, zupełnie nieprzystającymi prostemu łucznikowi, doskonale sprawdza się wówczas, gdy udaje rycerza. Dlatego też w sumie seans nie boli, ale przykro myśleć o zaprzepaszczonych szansach – i to szansach na dwa różne filmy: poważny średniowieczny dramat polityczny oraz przygodowy obraz odbrązawiający postać szlachetnego banity, herszta wesołej kompanii. Jedno i drugie było w zasięgu ręki – jednak potrzeba do tego bezbłędnego scenarzysty oraz reżysera w lepszej formie. I czy naprawdę nie można się było pokusić o oryginalniejszy tytuł?

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Robin Hood
Oryginalny tytuł: Robin Hood
Rok:
Czas trwania: 140 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Robin Longstride
Marion Loxley
Sir Walter Loxley
William Marshall
Godfrey
Książę John
Król Ryszard Lwie Serce
Eleanora Akwitańska
Braciszek Tuck
Szeryf z Nottingham
Ocena:  3/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!