28 lat. Niemal dokładnie tyle George Lucas tworzył na oczach całego świata swoją gwiezdną Sagę. Zaczynał niemal od zera, kreując z niczego legendę, od samego początku twierdząc, iż jego wizja historii upadku i odkupienia założyciela rodu Skywalkerów jest spójna, przemyślana i gotowa do opowiedzenia. Czy to prawda – nie nam o tym sądzić, bo tylko sam twórca zna ją od samego początku do końca. Oto w tej chwili, gdy do kina na całym świecie zbliża się premiera ostatniego epizodu kosmicznej epopei, gdy dopełnia się przeznaczenie niewolnika z pustynnej planety na krańcu Wszechświata, także dla widzów i miłośników „Gwiezdnych wojen” nadchodzi oczekiwany przez całe życie moment, gdy wreszcie brakujący element opowieści zostanie dopowiedziany, a cała historia zostanie wreszcie ujawniona. Oto „Zemsta Sithów”.

Początek filmu to wielkie „BUM!”. Lucas sprawia wrażenie, że dosłownie wziął słynne słowa Alfreda Hitchocka o trzęsieniu ziemi i rosnącym napięciu. Tyle, ze trzęsienie ziemi w „Sithach” trwa dobre 20 minut, a napięcie rośnie do ostatniej sekundy filmu. Polscy widzowie uraczeni zostali zaś wstrząsem jeszcze wcześniej, bo dystrybutor był uprzejmy przetłumaczyć prolog, przez co możemy cieszyć wzrok radośnie polskimi napisami, mimo że kopia „Zemsty….” nie była zdubbingowana. Ale to tylko mały zgrzyt, który niknie w mrokach niepamięci z każdą sekundą filmu. Oglądamy epicką w swoim rozmachu bitwę kosmiczną, przy której monumentalne starcie nad Endorem w „Powrocie Jedi” jawi się jak podwórkowa bijatyka. Ale tutaj od razu widać różnicę, jaka dzieli oba filmy i – co niezaprzeczalne – obie Trylogie. Rewolucyjna technologia, jaką miał do swojej dyspozycji Lucas, pozwoliła mu w pełni kontrolować filmowa materię. To, co 20 lat temu tylko wybuchało i płonęło, w „Zemście Sithów” jest pokazywane z detalami i brutalnymi szczegółami. Kosmiczne myśliwce eksplodują i rozpadają się na strzępy, a umierające ciała pilotów mkną samotnie w próżni. Gigantyczne gwiezdne krążowniki rozdzierane są potężnymi salwami baterii statków nieprzyjaciela i z łoskotem rozsypują się na części, by spaść w śmiertelnych konwulsjach, ogniu i deszczu szczątków na powierzchnię planety. To wszystko dzieje się tak szybko, że widz zaczyna modlić się, aby reżyser okazał choć na chwilę zmiłowanie i pozwolił odrobinę dłużej nacieszyć się kosmiczną rzeźnią technologiczną. Nic z tego. Lucas z chłodną konsekwencją i wyrachowaniem prze do przodu, gdyż fajerwerki z ognia i stali nie są głównym celem w tym filmie.

W końcu „Zemsta Sithów” jest zwieńczeniem dzieła jego życia, ostatnią częścią opowieści o narodzinach i upadku Dartha Vadera i nawet na sekundę ten wątek nie umyka z oczu reżysera. Opowieść zwalnia tylko na chwilę, by wprowadzić nas w nową sytuację polityczną, na wojennej scenie, gdzie Separatyści rozszarpują uginającą się coraz bardziej pod ciężarem wojennych zmagań Republikę. Wspierane przez nieustraszonych i morderczo skutecznych rycerzy Jedi, zastępy żołnierzy-klonów wycinają niezliczone oddziały wroga, starając się doprowadzić do wytęsknionego przez mieszkańców Republiki pokoju. Im więcej jednak przelanej zostaje krwi, im więcej systemów wyrwanych z rąk nieprzyjaciela, tym gęstszy mrok zaczyna przesłaniać Galaktykę. Bo to, co sprawia wrażenie krwawej, ale zwykłej wojny o władzę i wpływy okazuje się elementem rozgrywki politycznej. Ręce sięgające po władzę okazują się rękami sięgającymi po przyszłość i absolutną dyktaturę. Aby jednak ją zdobyć, potrzebna jest pomoc, bo nawet najpotężniejszy Sith, knujący wyrafinowane intrygi, nie będzie w stanie zdobyć we władanie tego kawałka tortu zwanego Wszechświatem bez dodatkowej pomocy.

I tu na arenę wchodzi ten, którego los, choć z góry znany i przewidywany, wciąż intryguje swoim tragicznym przeznaczeniem – Anakin Skywalker. Bardzo dobrze spisuje się w tej roli Hayden Christensen, który niezbyt pewnie wczuwał się w rolę w poprzedniej części Trylogii. W „Zemście….” jego bohater targany lękami, rozdarty między miłością, zagubieniem, a w końcu wreszcie – nienawiścią, nareszcie zaczyna budzić żywsze emocje. Jego powolna, z czasem gwałtownie przyśpieszająca podróż ku finałowemu upadkowi budzi niezwykłe emocje i przykuwa do ekranu, nie pozwalając zaczerpnąć głębszego oddechu. Anakin, kiedy trzeba budzi strach, żal, współczucie i litość. W tym filmie nie ma miejsca na obojętność, bo emocjonalny rozmach opowiadanej historii po prostu nie pozwala na brak zaangażowania.

Jak pozostać obojętnym, kiedy prawdziwie podstępne, przebiegłe i inteligentne zło w postaci Kanclerza Palpatine’a wbija nóż w plecy (w przenośni, ale też i dosłownie) budzących szczerą sympatię Jedi? Jak nie smucić się losem Kenobiego i Yody, ocalałych z rzezi zaplanowanej przez chłodny i przeżarty nienawiścią umysł lorda Sidiousa? Nie da się po prostu. Ten film nie jest w stanie pozostawić widza obojętnego, niezaangażowanego w fabułę. Oto na naszych oczach prawdziwie paskudne zło podnosi głowę, mąci umysły ludzi pełnych lęków, przeciąga na swoją stronę i wykorzystuje, w zamian dając władzę, ale też i palące poczucie gorzkiej straty. Palpatine w brawurowej kreacji Iana McDiarmida to bodaj najciekawsza, najbardziej dopracowana i najzwyczajniej w świecie, chyba najbardziej przyciągająca uwagę postać w filmie. Jest to mistrz intryg i zakulisowych działań, a jego sposób na przeciągnięcie Anakina na swoją stronę to prawdziwy majstersztyk politycznej sprawności. Tak naprawdę Lord Sidious jest w tym filmie przedstawiony jako niezwykle sprawny, choć krwiożerczy, pełen pychy i nienawiści, ale zawsze jednak jako polityk. Z drugiej strony barykady mamy zaś najbardziej charyzmatycznych Jedi: Mace Windu, Yodę i Obi-Wana Kenobiego, ponoszących dotkliwą porażkę, na którą po części przecież zasłużyli. Yoda, mimo całej swej potęgi i mądrości, nie był w stanie odkryć na czas prawdziwego oblicza Kanclerza, Windu w krytycznej sytuacji zaryzykował przeciwstawienie racjonalnej, choć chłodnej kalkulacji przeciwko szczerości emocji, za co drogo przyszło mu zapłacić. Na koniec zaś postać chyba w filmie najtragiczniejsza (obok Skywalkera rzecz jasna), czyli Kenobi, którego porażka jest tym dotkliwsza, że prowadzi do straty najwierniejszego przyjaciela, ucznia i wychowanka, którego nie był w stanie uchronić przed skażeniem mrokiem.

Lucas snuje swoją opowieść, prowadząc widzów jak na smyczy, od jednego punktu kulminacyjnego do drugiego, sprawnie dozując napięcie i wzruszenie, które w finale łapie za gardło i sprawia, że oczy nagle robią się wilgotne. Szczególne uznanie budzi niezwykła, pełna przewrotności symetria ostatnich scen filmu, gdzie śmierci towarzyszy nowe życie, a powstaniu bezlitosnego tyrana – nieśmiała, nowa nadzieja na przyszłość. Aż chce się wstać i krzyknąć, że to tak być przecież nie może, że ludzka podłość i zdrada nie mają moralnego prawa do istnienia, że jakaś nadzieja musi się pojawić. Reżyser, co zaskakujące jak na film tego gatunku, niespodziewanie szczerze i prawdziwie pokazuje, że jednak może tak być. Może, jeśli człowiek, choćby najbardziej prawy i pełen dobrych intencji zatraci rozsądek przytłumiony strachem. Tak właśnie dzieje się z Anakinem, który w obawie o los swojej ciężarnej żony niepostrzeżenie daje się zwieść obietnicom swojego mrocznego mentora. Palpatine doskonale wyczuwa, co trapi i przeraża dzielnego, ale pozbawionego cennego doświadczenia wojownika. Krok po kroku, zupełnie niepostrzeżenie młody Jedi daje się przeciągać na ciemną stronę Mocy. Dla widza jest to proces niezwykle naturalny, bo bardzo ludzki. Czyż człowiek nie jest gotów choćby na chwilę dla czegoś ważnego i dobrego, zdecydować się na mniejsze zło, które w finalnym rozrachunku może przynieść moralnie słuszne owoce? Lucas nie pozostawia jednak wątpliwości. Małe zło prowadzi do zła większego, a to w prostej drodze do tragedii. Kto raz wstąpi na ścieżkę podłości i zła, ten powinien liczyć się z tym, że zejście z takiej drogi życia jest nie tylko trudne, co raczej niemożliwe. I wszelkie usprawiedliwienia przed samym sobą, uspokajanie własnego sumienia, że przecież „ja tak tylko na chwile, potem się poprawię”, coraz bardziej pogrążają ludzki umysł w otchłani mroku i rozpaczy. A stąd droga prowadzi na samo dno, jakkolwiek się ono nazywa. W filmie jest to Mustafar, pławiąca się w ognistej lawie planeta. Niezbyt to subtelna alegoria, ale niebywale trafnie podsumowująca przesłanie filmu.

„Zemsta Sithów” nie jest jednak opowieścią tylko o jednym bohaterze, choćby nawet tym najciekawszym i najtragiczniejszym. Jako, że to koniec całej gwiezdnej awantury, wreszcie zaczynają się na naszych oczach układać elementy tych fantastyczych puzzli w jedną, logiczną całość. To co dziwiło, bądź wręcz niektórych drażniło w dwóch pierwszych częściach Trylogii, na naszych oczach zyskuje nowy wymiar i w bardzo prosty sposób zostaje wyjaśnione i zgrabnie wpasowane w całość Sagi. Lucas bardzo sprawnie rozwiązuje wszelkie zagadki i odpowiada na pytania, jakie gromadziły w sobie dwa poprzednie filmy serii. Co prawda nie udaje mu się do końca dopasować faktów z nowych części do fabuły filmów Starej Trylogii, ale są to potknięcia zupełnie wybaczalne, w żaden sposób nie odbierające czystej przyjemności płynącej z obcowania z filmem. Spotykamy w „Zemście Sithów” niewyobrażalną wręcz ilość mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do starych „Gwiezdnych wojen”, co niewątpliwie należy uznać za ukłon reżysera w stronę wszelkiej maści fanów Sagi. Mamy tu wreszcie także pełne słodkiego patosu, ale przesiąknięte autentycznym wzruszeniem niezwykle klimatyczne i podniosłe zakończenie, spinające Starą i Nową Trylogię w jedną, pełną harmonii całość.

Wreszcie – ten film jest tak bardzo wytęsknionym, wyśnionym i wymarzonym powrotem do radosnej krainy dzieciństwa, czyli do klimatów z klasycznej Trylogii. I nie chodzi tu tylko o przeróżne smaczki i nawiązania do starych filmów Sagi, ale także o budowę postaci, czy wizualną stronę widowiska. Ostatnie sceny „Zemsty Sithów”, jak choćby krótka sekwencja z Darthem Vaderem na pokładzie gwiezdnego niszczyciela, niemal dezorientuje widzów, którzy gotowi są uwierzyć, że oto przed oczami mają wreszcie „stare w nowym”, na które czekali tak długo….
I taki jest koniec najsłynniejszej filmowej opowieści. George Lucas zrealizował to, co nam obiecał. Na naszych oczach powstał Imperator i Darth Vader, narodziło się galaktyczne Imperium, a Jedi zostali wybici. I choć ostatnie ujęcie przedstawia nam promyk nadziei, to jednak jest to ledwie łyżka miodu w beczce dziegciu, gdyż film nieoczekiwanie się kończy. Właśnie wtedy, w tym jednym, najkrótszym z możliwych filmowych momentów, dociera do rozgorączkowanego umysłu widza świadomość, że to naprawdę już koniec. I ogarnia nas wtedy pełna zadumy i smutku pustka, jak po stracie kogoś, kogo darzyło się prawdziwą miłością. Okrutny ten Lucas, że zaprowadził nas do samego końca.






10/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!