![]() |
![]() |
![]() |
Azjatyckie horrory miały być zastrzykiem adrenaliny wbitym z impetem w serce konającego od dawna gatunku, zwanego horrorem. Skośnoocy reżyserzy powrócili do korzeni i zamiast kręcenia filmów instruktażowych typu „jak najboleśniej wypruć facetowi flaki, a następnie poćwiartować jego kobietę” skupili się na klimacie i nastroju. Fani filmów grozy dosyć mieli pustych niczym butelki po sylwestrowej nocy bohaterów, umierających według bolesnych do przewidzenia schematów, w których jedyną niewiadomą – a i to nie zawsze – było to, w jaki sposób pożegnają się z tym światem. W czasach „Draculi 2000” i innych straszydeł tego pokroju, azjatyckie horrory okazały się być dla widzów prawdziwym objawieniem. Klimatyczne, bogate w oryginalne pomysły, i tylko azjatyccy bohaterowie dla części widowni okazywali się być nieco śmieszni i trudni do odróżnienia.
Niestety, czas pokazał, że ogłoszenie odrodzenia gatunku było nieco na wyrost. Szybko okazało się, że w miejsce starych schematów wskoczyły zupełnie nowe. Tym razem filmy nie mogły się obejść bez takich elementów, jak: demoniczne małe dziewczynki o długich – obowiązkowo czarnych jak sumienie Charlesa Mansona – włosach oraz motywu przepełnionych żądzą mordu demonów, mszczących się na często Bogu ducha winnych bohaterach, za krzywdy uczynione im przed laty. Co gorsza, nie mogę powiedzieć, żeby w moim przypadku powyższy schemat kiedykolwiek spełnił swoją rolę a nakręcony według niego horror przeraził. Okrzyczany mianem straszaka idealnego, „Ringu” – od którego tak naprawdę moda na azjatyckie horrory się zaczęła – wywołał u mnie co najwyżej wzruszenie ramion. Podobnie było z chlubiącym się podobną renomą „The Eye”. Nie były to filmy złe, klimatu nie mogłem im odmówić, ale o przerażeniu, czy też specjalnym zainteresowaniu historią, nie można było mówić. Filmy te miały intrygujące pomysły na zawiązanie fabuły – to fakt, ale kapitał ten nie zostawał niestety w pełni wykorzystywany przez reżyserów. Z innymi tytułami było jeszcze gorzej. Tajlandzki „Shutter” wywołał u mnie napady śmiechu poziomem bzdur zawartych w filmie (czego ukoronowaniem był, jeden z najgłupszych w historii gatunku, finał). „The Grudge” potrafił wywołać niepokój i nerwowe spoglądanie przez ramię, ale fabularnie był niedorobionym bublem. „Nieodebrane połączenie”, chociaż sprawne technicznie i cechujące się zrozumiałym wykorzystaniem elementów służących straszeniu widowni, było jednocześnie tak do bólu wtórne i nieoryginalne, jak to tylko było możliwe. Po tych doświadczeniach nie czułem się już na siłach, żeby sięgać po „Dark Water” i inne straszaki z długowłosymi dziewuchami.
![]() |
![]() |
![]() |
Ostatni kontakt z azjatyckimi horrorami miałem przy okazji zeszłorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty, na którym widziałem tajwańskie „Dziedzictwo”, i można powiedzieć, że to przelało czarę goryczy. Ponad pół roku musiało minąć, zanim byłem gotów sięgnąć po kolejny film grozy made in Asia. Kończąc ten przydługi wstęp dodam, że wybór ten okazał się być dla mnie w końcu zadowalającym i nie dającym tak wielu powodów do narzekań, co, zważając na dotychczasowy wydźwięk tego tekstu, powinno już o czymś świadczyć.
„R-Point” jest opartą o ponoć autentyczne wydarzenia historią, opowiadającą o koreańskim oddziale wysłanym w głąb dżungli, na terytorium zajmowane przez żołnierzy Vietcongu. Ich zadaniem jest sprawdzenie komunikatu radiowego wysłanego po sześciu miesiącach milczenia przez żołnierzy, których uznano za poległych. Po dotarciu do granic tytułowego obszaru R-Point, natrafiają na płytę nagrobną oznajmiającą, że po przekroczeniu tego terenu nie ma już powrotu dla tych, którzy kiedykolwiek przelali czyjąś krew. Po krótkim marszu żołnierze trafiają do opuszczonego budynku, który najwyraźniej był zajmowany przez oddział, którego szukają. Na miejscu mają miejsce różne dziwne rzeczy, które przestają być przez bohaterów bagatelizowane od chwili, gdy jeden z nich okazuje się być tak naprawdę członkiem zagubionego oddziału, na którego poszukiwanie zostali wysłani. Nikt nie zauważył, że dołączył do nich, jak tylko wysiedli z łodzi, którą przypłynęli w pobliże R-Pointu. Wychodzi to na jaw dopiero po odnalezieniu jego martwego ciała i poinformowaniu o tym sztabu dowodzenia.
Po „R-Point” sięgnąłem z dużym zaciekawieniem, wszakże nieczęsto możemy oglądać horrory osadzone w wojennych klimatach. W tej chwili jednym z niewielu przykładów, jakie przychodzą mi do głowy, jest „Deathwatch” – film opowiadający o brytyjskich żołnierzach z czasów I wojny światowej, którzy trafiają do nawiedzonego okopu. „R-Point” wydawał się być jednak ciekawszym tytułem. Wszakże obrazów dzikiej dżungli, z czającymi się za roślinnością żołnierzami Vietcongu, od dosyć dawna nie mieliśmy okazji oglądać w kinie. A szkoda, bo niewątpliwie malownicza jest to sceneria, co już w niejednym filmie nam udowodniono. I rzeczywiście, wizualnie jest to tytuł robiący na widzu wrażenie. Bohaterowie, przedzierając się przez wietnamską florę, natrafiają między innymi na las bambusowy, w którym to dochodzi do wymiany ognia. Jednak nie samą azjatycką florą ten film zachwyca. Oprócz przyjemnych wizualnie scen w dżungli, w pamięci na długo zapada widok żołnierzy skąpanych we mgle, zmierzających w kierunku nawiedzonego domu oraz sekwencja na cmentarzysku pełnym pojawiających się znikąd krzyży. Reżyser kręcąc w takiej a nie innej scenerii miał materiał wyjściowy o dużym potencjale i wykorzystał go w stu procentach.
![]() |
![]() |
![]() |
Oprócz niewątpliwej wartości wizualnej, „R-Pointowi” nie można odmówić nieźle budowanego przez reżysera klimatu. Pojawia się w filmie kilka momentów, podczas których można się zacząć wiercić z niepokojem w fotelu. Co warte docenienia, oszczędzane są nam łopatologiczne sposoby straszenia widza, typu nagle wyskakująca zjawa z odpowiednio głośno podkręconą muzyką w tle. Oczywiście, że i takie elementy występują, ale w umiarkowanej ilości i na szczęście nie tylko na nich opiera się straszenie widza w tym filmie, za co „R-Point” zyskał w moich oczach. Trzeszczące radia odbierające sygnały od zmarłych, zjawy osób umarłych, zachowujące się jakby nic się im nie stało, las nagrobków francuskich żołnierzy wyłaniający się z mroku. Tego typu sceny są elementami najmocniej budującymi klimat tego filmu.
O ile jednak reżyser potrafi sprawnie kreować nastrojowość scen grozy, tak już za cholerę nie potrafi wypośrodkować pomiędzy stosunkiem ilości scen zawierających element grozy a momentami pozwalającymi widzowi zaczerpnąć powietrza. W „Shutterze” przesadzono z nagromadzeniem w filmie napięcia, co skutkowało rozdrażnieniem widza, w „R-Poincie” przesadzono natomiast w drugą stronę, pozostawiając w filmie za dużo scen pozbawionych elementów grozy. Napięcie w niektórych fragmentach filmu opada na nazbyt długi czas, przez co opowieść zaczyna widza nużyć. Nie każdy jest Kubrickiem i potrafi utrzymywać napięcie nawet podczas codziennych, rutynowych zajęć. Zdawałoby się, że proza żołnierskiego życia – co istotniejsze, w trakcie wykonywania misji na terenie wroga – powinna generować wystarczającą dawkę napięcia, żeby przykuwać uwagę widza do ekranu. Okazuje się jednak, że nic bardziej mylnego. Wina leży głównie w nieumiejętnie nakreślonych sylwetkach bohaterów. Jak na zaprawionych w wojaczce żołnierzy, zaskakuje ich brak zdyscyplinowania i wypracowania odruchów zdawałoby się nieodłącznych po długotrwałym udziale w wojnie, takich jak chociażby trzymanie broni w pogotowiu, w przypadku potencjalnego zagrożenia. Co gorsza, większość bohaterów jest zwyczajnie nudna i bezpłciowa, przez co nie sposób przejmować się ich losem.
A jednak, pomimo niedopracowania tego elementu, uważam, że warto obejrzeć ten film. Jeżeli tylko zdołamy przetrawić dziwne zachowania bohaterów oraz dłużące się chwilami okresy nudy. Otrzymamy w zamian film o wielu pięknych wizualnie scenach, oferujący do tego całkiem porządną dawkę klimatu, o co coraz trudniej we współczesnych horrorach. Przy „R-Point” można przyjemnie spędzić wieczór, o ile tylko wcześniej zadbamy o stworzenie odpowiedniego nastroju. Czyli najlepiej w małym gronie, przy zgaszonym świetle i z filiżanką kawy u boku.














7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!