![]() |
![]() |
![]() |
Przed premierą „Quantum of Solace” chyba pierwszy raz z zainteresowaniem wyczekiwałem nowego Bonda. Choć zachwytów nad głośnym „Casino Royale” do końca nie rozumiem, to na pewno wniosło świeży powiew do serii, którą z przyzwyczajenia omijałem szerokim łukiem. Zmiana pozbawionego charakteru Pierce’a Brosnana na może niezbyt pięknego, ale męskiego Daniela Craiga oraz czerpanie szerokimi garściami z kina akcji przedefiniowanego przez nową trylogię o Jasonie Bournie wyszła Bondowi na dobre, choć nie obyło się bez kontrowersji. Zarzut numer jeden brzmiał: czy Bond jest jeszcze Bondem? Otóż o ile „Casino Royale” Bondem był, pewnie nawet jednym z lepszych w historii, tak „Quantum of Solace” już nie jest – to jedynie dość mierna, chaotyczna i bezbarwna strzelanina.
Z jakiegoś bliżej nieokreślonego względu uznano, że udane połączenie trzydziestoletniej tradycji z nowoczesnością, które tak pozytywnie zaskoczyło w „Casino Royale”, należy pchnąć o jeden poziom dalej i wyciąć całą resztę wyznaczników, które filmy z Bondem definiowały. Nie ma więc oderwanego nieco od reszty wstępu, nie ma charakterystycznej czołówki, nie ma gadżetów, nie ma nawet martini i „my name is Bond”. Właściwie została tylko M. Nie żeby mi to jakoś szczególnie przeszkadzało, ale problem w tym, że zabrakło pomysłu, czym te smaczki zastąpić.
Jak wygląda więc „Quantum of Solace”? Atrakcyjna lokacja, akcja, chwila odpoczynku, 3-4 zdania, które jakoś usprawiedliwiają zmianę atrakcyjnej lokacji, inna atrakcyjna lokacja, akcja i tak w kółko. Wciągu kilkudziesięciu minut przemierzamy cały świat, od Ameryki Południowej po Rosję. Fabuła, choć dość zamotana, tak naprawdę ledwo jest naznaczona i służy jedynie jako pretekst do kolejnych zmian klimatu – wszystko po to, by się postrzelać/pościgać w nowej scenerii. Szybkość, z jaką bohaterowie dedukują na podstawie nielicznych przesłanek kolejne meandry ogólnoświatowej intrygi, jest wręcz irytująca i mocno dezorientuje. Wszystko to niebezpiecznie upodabnia nowego Bonda do podrzędnego kina akcji.
![]() |
![]() |
Daniel Craig, Judi Dench oraz Mathieu Amalric, który stworzył dość interesującą postać „tego złego”, to trzy filary, które jakoś utrzymują tego molocha na powierzchni. Bez nich „Quantum of Solace” straciłoby kolejne 50% swojej i tak już niewielkiej wartości. Craig świetnie czuje się jako Bond – jest charyzmatyczny i potrafi skupić na sobie całą uwagę widza. Znacznie gorzej wypadają jego panienki, szczególnie Olga Kurylenko, po której wyraźnie widać, że aktorka z niej co najwyżej IV-ligowa. Naprawdę nie wiem, jak po utalentowanej i ładniutkiej Evie Green można było zatrudnić to ukraińskie dziewczę i jeszcze kazać mu grać południowoamerykańską mścicielkę. Choć stara się jak może, to po prostu nie ma szans wypaść autentycznie.
Nieźle wyglądają sceny akcji, kilka z nich jest naprawdę efektownych, choć niekoniecznie sensownych (walka na linach). Szkoda jednak, że są celem same w sobie, a na podstawie częstotliwości ich pojawiania się można nastawiać zegarek. Na dramaturgię, elementy zaskoczenia i zwroty akcji nie ma co liczyć. Ktoś wyraźnie olał tu scenariusz i lekko żenująco wygląda przy tym fakt, że maczał w nim palce między innymi Paul Haggis, odpowiedzialny za wielkie (i świetne) hity ostatnich lat – „Miasto gniewu” i „W Dolinie Elah”. Ta mierna i przewidywalna historia jest efektem pracy trzech doświadczonych osób. Podejrzewam, że podczas wspólnych sesji mieli sporo uciech niezwiązanych z pracą, nawet jednak odurzyć się chyba porządnie nie potrafili, bo wówczas chociaż byłoby śmieszniej i oryginalniej.
Po raz pierwszy się cieszyłem z nowego Bonda i chyba po raz ostatni. Craigowi należy się szacunek, bo tworzy postać znacznie bardziej złożoną od poprzedników, cała reszta niestety jedzie jedynie na sławie „Casino Royale”, będąc przy tym o klasę gorszą. „Casino…” doskonale balansowało na linii efektownego i brutalnego kina akcji oraz bondowskiej tradycji; „Quantum…” tę linię przekroczyło i poleciało prosto w przepaść przeciętności. Jeśli kolejne filmy podążą tą ścieżką, to po co komuś w ogóle Bond?










5/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
wszystko fajnie, tylko fragment o tym, że Brosnan nie miał charakteru jest ZŁY! ;) MefistoCytuj
:D No nie lubię go, może dlatego nie widze w nim pokładów charakteru ;) Bartłomiej Leszczyński – LeszczuCytuj