Michael Mann to niewątpliwie twórca konsekwentnie podążający własną drogą. Umizgiwanie się do multipleksowej widowni nigdy nie było jego mocną stroną, co bynajmniej nie oznacza, że jest on kolejnym reżyserem egzystującym w obiegu festiwalowych pokazów. Co to, to nie. Mann preferuje sensację, czyli – z perspektywy miłośnika kina „ambitnego” – rzecz niższego sortu. Co gorsza, w jego filmach obsadzani są w głównych rolach aktorzy topowi, znane nazwiska, które z całą pewnością kojarzą czytelnicy prasy kolorowej. Czyli że komercjusz? No właśnie średnio… Z wyjątkiem „Zakładnika”, jego największego sukcesu finansowego, o żadnym filmie Manna powstałym od czasu „Ostatniego Mohikanina” nie można powiedzieć, żeby był lekkostrawnym daniem dla miłośników nieskomplikowanego kina rozrywkowego. Reżyser ten od zawsze lubował się w niespiesznym rozwijaniu fabuły, sceny akcji traktując jako wisienki na torcie, a nie jego główną zawartość. Kulminacją tej artystycznej drogi okazało się „Miami Vice”, które poniosło dość spektakularną porażkę, spotykając się zarówno z ostrymi ocenami krytyków, jak i z niezadowoleniem fanów serialu. Po tej „wpadce” Mann potrzebował sukcesu – żeby go osiągnąć, musiał się lekko ugiąć przed potrzebami rynku, czego efektem są „Wrogowie publiczni”.

Oczywiście „ugięcie się” ze strony Manna oznacza po prostu więcej czystej akcji. „Wrogowie publiczni” to zdecydowane przeciwieństwo „Miami Vice”. Tutaj sceny akcji nie występują już od wielkiego dzwonu – pojawiają się z dość dużym natężeniem. Co chwilę patrzymy na obrabowywane banki, ucieczki z więzień i strzelaniny pomiędzy przestępcami a ścigającymi ich agentami FBI. Nawet jeśli się nic nie dzieje, o brak znużenia dbają subtelnie wprowadzane humorystyczne dialogi i sceny. Oczywiście nie twierdzę, że mamy do czynienia z komedią gangsterską spod znaku Guya Richie. Spokojnie, Michael Mann na głowę jeszcze nie upadł, wciąż pozostaje tym samym poważnym starszym panem, którego znamy i lubimy (albo i nie), a dialogi w żadnym razie nie przeradzają się w słowotok. Dawkowane są z umiarem i wyczuciem. Jednakże w porównaniu z praktycznie wykastrowanym z elementów humorystycznych „Miami Vice”, gdzie bohaterowie porozumiewają się ze sobą monosylabami, „Wrogowie publicznie” to niemalże beczka śmiechu.
I ma to swoje niewątpliwe plusy. Przede wszystkim czyni film przystępniejszym dla przeciętnego widza. Porażka ostatniego obrazu dość dobitnie pokazała Mannowi, że minimalizm emocjonalny i zbyt chłodne podejście do ukazywania relacji pomiędzy bohaterami nie może się spotkać z uznaniem szerszej publiki. W tym momencie mógł wybierać pomiędzy dalszym brnięciem drogą outsidera a lekkim skręceniem w bok ku częściej uczęszczanym ścieżkom. To, że wybrał tę drugą opcję, jest moim zdaniem przejawem zdrowego rozsądku. Ja osobiście uważam „Miami Vice” za jeden z jego najlepszych filmów – im więcej o nim myślę, tym bardziej doceniam, czego w nim dokonał. To swoiste opus magnum Manna (a raczej drugi po „Gorączce” kamień milowy w jego twórczości), zwieńczenie drogi, którą podążał od długiego czasu: bezceremonialne zignorowanie potrzeb widowni, domagającej się akcji pompującej adrenalinę do żył, na rzecz budowanego powoli klimatu zaprawionego mistrzowską stroną techniczną.

Ale na taką „fanaberię” mógł sobie pozwolić tylko raz. Kolejne filmy w tym stylu kosztowałoby go zbyt wiele, zepchnęłyby na boczny tor filmowej produkcji, przyczyniłyby się do przypięcia mu przez środowisko łatki dziwaka nierozumiejącego potrzeb widowni XXI wieku, a w efekcie odcięłyby od porządnych budżetów, wartych uwagi scenariuszy i współpracowników z najwyższej półki.
A trzeba dodać, że Michael Mann nie jest podstarzałym twórcą, który mentalnie zatrzymał się w XX wieku. Wprost przeciwnie. Jego kolejne artystyczne wybory pokazują, że to jeden z największych wizjonerów we współczesnym kinie. Jakże jednak inny od Jamesa Camerona, na którego trójwymiarowego „Avatara” czeka ze wstrzymanym oddechem połowa Hollywood, ciekawa tego, czy naprawdę nadchodzi kolejna rewolucja w kinie. Rewolucja w wykonaniu Manna przebiega w znacznie mniej spektakularny sposób. Jest to cierpliwie i powolne adaptowanie surowej specyfiki niskobudżetowych filmów artystycznych na grunt mainstreamowych, hollywoodzkich produkcji. Mann w swoich ostatnich produkcjach sukcesywnie wdrażał cyfrowe kamery high definition (o których, rzecz jasna, większość twórców prezentujących swe dzieła na artystycznych festiwalach filmowych może co najwyżej pomarzyć), poczynając od pojedynczych scen jeszcze w latach 90., żeby w końcu nakręcić za ich pomocą całego „Zakładnika”. „Miami Vice” było już w zasadzie postawieniem kropki nad i, końcową, doszlifowaną formą, która wprost olśniewała zarówno technicznie, jak i estetycznie.

W tym kontekście można uznać, że „Wrogami publicznymi” Mann stawia sobie kolejne wyzwanie, zawiesza poprzeczkę jeszcze wyżej, żeby przekonać się, czy są jakieś ograniczenia w stosowaniu tej techniki. W tym celu przeniósł ją na dziewiczy grunt kina historycznego. Efekt tego eksperymentu już na długo przed premierą był przez wielu krytykowany i okrzyknięty wielką porażką. Dość niesłusznie, moim zdaniem…
Generalnie recenzje filmu można podzielić na te chwalące go za stronę techniczną i na te ciskające gromy w kierunku Manna za idiotyczny pomysł wykorzystania cyfry w filmie historycznym. Przyznaję, sam się skrzywiłem, patrząc pierwszy raz na zwiastun. Dorzuciłem do tego kilka inwektyw, gdy kilka tygodni temu zobaczyłem udostępnioną w Internecie scenę strzelaniny w lesie. Na usta cisnęła mi się jedna myśl: Wołoszański i „Sensacje XX wieku”. Dość częste to skojarzenie, bo w większości negatywnych opinii stawia się filmowi zarzut prezentowania się na poziomie produkcji telewizyjnej. Wynika to jednak z przyzwyczajeń widza. Kino z epoki i cyfrowy obraz nie współgrają ze sobą i basta. Musi być klasyczna kinowa forma, inaczej widz zaczyna się nerwowo wiercić w fotelu. Jest to naturalny odruch obronny i jeszcze dobre kilka filmów nakręconych taką metodą zdąży powstać, zanim widownia zdoła ją zaakceptować.

Moją osobę udało się Mannowi dość szybko przekonać. Jak niesprawiedliwe były moje początkowe zarzuty, zrozumiałem już wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłem zwiastun na dużym ekranie. Ze zdziwieniem odkryłem wówczas, że obraz, który dotąd irytował na ekranie LCD, widziany w kinie nagle przestał się tak rzucać w oczy. Pojawiła się więc obawa, że oto powstaje nurt kina dającego się oglądać tylko na dużym ekranie. Wystarczył jednak niedawny domowy seans „Miami Vice”, żebym odkrył, że cyfrowy obraz, który kiedyś mi w nim wadził, obecnie był ledwie zauważalny.
A zatem kwestia przyzwyczajenia? Zdecydowanie. Przeciętni widzowie, mający z cyfrowymi produkcjami do czynienia od wielkiego dzwonu, niebywający na festiwalach filmowych i niesięgający po filmy spoza głównego nurtu, dłużej będą się oswajać z kolejnymi wysokobudżetowymi produkcjami robionymi kamerą cyfrową (a że takowe będą powstawać, jestem pewien). Koniec końców do tego dojdzie, a wtedy „Wrogów publicznych” będzie się podawało jako przykład tytułu pionierskiego, budzącego zrozumiałe zamieszanie i niechęć .

Dość jednak o tym. Zapomnijmy na moment o stronie technicznej, która mimowolnie dominuje odbiór filmu, bo warto wspomnieć jeszcze o kilku innych sprawach. Przede wszystkim o samej historii. Każdy wiedział, że będzie ona poświęcona słynnemu rzezimieszkowi z okresu amerykańskiego kryzysu finansowego XX wieku, wsławionemu licznymi napadami bankowymi i tym, że długo umykał organom ścigania. Jednakże to nie jedyna rzecz, o jakiej chciał nam opowiedzieć Mann. Niejako mimochodem prezentuje on genezę słynnego Federalnego Biura Śledczego, czyli FBI przewijającego się przez niezliczoną ilość fabuł filmowych i telewizyjnych. Jest to zarazem historia biura, jak i słynnego Edgara Hoovera (który, co prawda, w filmie przemyka gdzieś tylko na dalszym planie, ale niewątpliwie silnie zaznacza swoją obecność) oraz rozwijających się nowoczesnych form zwalczania przestępczości, na których podstawie obecnie opiera się funkcjonowanie organów ścigania.
Mann jednocześnie przedstawia mniej chwalebną część historii tej instytucji. Politykierstwo, łamanie praw obywatelskich, zagrania pod publikę, tortury na bezbronnych i przerażonych kobietach. Patrząc na liczne występki organów ścigania, zestawionych z mocno wyidealizowaną postacią Dillingera, który „okradał banki, nie ludzi”, i to zawsze w jedwabnych rękawiczkach, można się zastanawiać, czy tytułowi „Wrogowie publiczni” to nie tyle banda Dillingera, co ścigający ich agenci FBI. A może po prostu wszyscy bez wyjątku?

O aktorstwie długo by można się rozpisywać, nie chcąc jednak zanudzać opiniami powtarzanymi w co drugiej recenzji, daruję sobie większe tyrady i ograniczę się do dwóch krótkich stwierdzeń. Cholernie przyjemnie było zobaczyć Johnny’ego Deppa w „poważnej” roli. Co prawda, od zawsze gustował on w postaciach, nazwijmy to, dziwnych, lecz co jakiś czas dystansował się od wizerunku dziwaka o wyłupiastych oczach filmami takimi jak „Donnie Brasco”. Jednakże od chwili wcielenia się w Jacka Sparrowa wpadł w pewną pułapkę: w ostatnich latach mieliśmy istny wysyp kolejnych „odjechanych” kreacji Deppa. Zaczynało to już być lekko męczące (chociaż fankom pewnie spodobałby się nawet w roli tostera), więc zagrana z luzem, lekką swadą i humorem rola Dillingera to prawdziwy powiew świeżości.
Równie przyjemnie było przypomnieć sobie, że ekspresja aktorska Christiana Bale’a nie ogranicza się do charczenia, jakby właśnie skończył forsowną wieczorną próbę w kapeli deathmetalowej. W Batmanach wielce mi to nie przeszkadzało, ale gdy przeniósł tę manierę na postać Johna Connora, miałem ochotę cisnąć w kierunku ekranu kubeczkiem z coca-colą. Miłym akcentem estetycznym (a i aktorsko zadowalającym) jest niewątpliwie występ Marion Cortillard w roli dziewczyny Dillingera, na bliższym i dalszym planie przewija się zaś oprócz tego cała plejada wartych uwagi aktorów, takich jak… ale chwila, chwila, miałem się przecież nie rozpisywać o aktorstwie, więc z pewnym ociąganiem pora przejść do akapitu podsumowującego.

„Wrogowie publiczni” to dobre kino, ale z pewnością nie rewelacyjne. Ma swoje niewątpliwe minusy. Bynajmniej nie chodzi o często krytykowaną stronę techniczną – z tym zarzutem rozprawiłem się już powyżej. Chodzi mi raczej o błahość samego filmu. Trochę brakło mi w nim tej Mannowskiej „magii”, za którą lubię jego poprzednie filmy. Historia ma niewątpliwie swoje „wielkie” momenty, które zapadają w pamięć na dłużej, ale nie mogę powiedzieć, żeby odcisnął na mnie większe piętno. „Miami Vice” oglądałem po raz drugi blisko tydzień temu i wciąż nie mogę o nim zapomnieć. „Wrogom publicznym” przestałem poświęcać uwagę już kilka godzin po seansie. Mam jednak pewien dyskomfort, bo najlepsze filmy cechowała irytująca prawidłowość: ich wielkość odkrywało się przy kolejnych seansach. Może więc „Wrogowie publiczni” również do nich należą? Na chwilę obecną nie wydaje mi się, żeby tak było, ale kto wie – na razie jednak zostanę przy takiej a nie innej ocenie…





7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Świetna recenzja, z którą mogę się zgodzić w dużej mierze, oprócz samej końcówki. Mnie film nie nudził i nie wydał mi się wcale błahy. Spodobał mi się ten sposób opowiedzenia historii Dillingera. Więcej napisałem w recenzji na Filmasterze: http://michuk.filmaster.pl/notka/wrogowie-publiczni-to-wporzo-kolesie/
A że film budzi kontrowersje można się łatwo przekonać czytając inną recenzję: http://steelman.filmaster.pl/notka/dante-spinotti-wrog-publiczny-nr-1/ a także ogólnie opinie o filmie: http://filmaster.pl/film/public-enemies/planeta/ michukCytuj
Nie wiem, Tyler, czemu w recenzji usilnie próbujesz dowieść, że brak uznania dla sposobu filmowania „Wrogów publicznych” musi wynikać z niewyrobienia widza i nieprzyzwyczajenia do tej stylistyki. Szczerze mówiąc, przypuszczam, że niedzielny widz nawet nie zauważy różnicy, więc nie ma tu o czym mówić. Natomiast dobrze znasz co najmniej kilka osób, którym się to nie podobało, że tak powiem, świadomie. Poczynając ode mnie. Nie jest to co prawda najważniejsza rzecz w filmie i na inne sprawy głównie zwracałem uwagę, jednak ja – widz, który zakochał się w stylistyce „Miami Vice” (vide nasza dyskusja z massifem tuż obok), a i niskobudżetowego artystycznego kina budżetowego się sporo naoglądał – z pełną świadomością twierdzę, że na plaster była cyfra w tym filmie. Howgh! :) Rafał Lisowski – NegrinCytuj
Ale ja nie twierdzę, że brak uznania dla cyfry w tym filmie, w każdym przypadku z automatu oznacza niewyrobienie widza. Ja to widzę raczej jako dwie grupy niezadowolonych widzów. Pierwsza, to właśnie ci niewyrobieni, nieprzyzwyczajeni do samej cyfry w jakimkolwiek kinie. I druga, to widzowie bardziej otwarci na eksperymenty w kinie ale do niektórych muszący „dojrzeć”, czyli potrzebujący trochę więcej czasu na oswojenie się z nimi. Gdy zaczęto używać ujęć kręconych z ręki dużo osób kręciło na to nosem, a dzisiaj, o ile nie jest to taka „trzęsiawka” jak w Bourne’ach, większość widzów nie przykłada większej wagi do tego, że film był kręcony bez statywu. I podobnie będzie z cyfrą. A po co Mann jej użył w PE? Because he can :) Nie doszukiwałbym się w tym jakiejś wielkiej filozofii. Reżyser po prostu chciał sprawdzić czy styl kręcenia zapoczątkowany w historiach współczesnych zdoła zaadaptować do historii osadzonej w latach 30. Moim zdaniem zdołał, tobie na razie wydaje się że nie, ale mam przeczucie, że kiedyś zmienisz zdanie :)
@michuk – dzięki, ale chciałbym zaznaczyć, że o nudzie podczas oglądania filmu nic nie pisałem, znużony to się mógł co najwyżej poczuć czytelnik mojej przydługiej recenzji ;) Krzysztof Bogumilski – Tyler DurdenCytuj
Jaki jest procent cukru w cukrze? :P Czytam tę recenzję i najpierw dostaję opis osoby reżysera i jego drogi artystycznej, następnie przechodzimy do rozważań na temat wyższości obrazu cyfrowego nad analogowym (lub odwrotnie ;), a o samym filmie niewiele. Rozumiem, że powyższe zagadnienia są ściśle powiązane z tym filmem, ale tu chyba zbytnio go przyćmiły. OrleannaCytuj
Jeśli masz godzinkę czasu, to wysłuchaj nowego odcinka podcastu – cukru aż nadto ;] Rafał Lisowski – NegrinCytuj
Co mogę powiedzieć, zgadzam się z tobą, kończąc tekst obawiałem się, że spotka się on z takimi zarzutami ale nie byłem zainteresowany pisaniem kolejnej recenzji traktującej o tym co można przeczytać w większości opinii o PE (zwłaszcza że miał być mu jeszcze poświęcony odcinek Radia Ofilmie, który to ładnie się uzupełnia z moim tekstem, bo porusza wątki przeze mnie pominięte, a jednocześnie ignoruje to, o czym ja napisałem). Nie twierdzę, że to co napisałem jest znowu jakoś wielce oryginalne, ale na pewno skupione na tym co w danej chwili zaprzątało mi głowę w związku z tym filmem ;)
P.S. Kto wie czy kiedyś po ponownym obejrzeniu filmu nie rozwinę tej recenzji, ale to już zdecydowanie nie w najbliższym czasie bo do kina nie zamierzam się wybrać drugi raz. Krzysztof Bogumilski – Tyler DurdenCytuj
Kilka już filmów powstało bez użycia taśmy filmowej, poczynając od „Ataku klonów” i na koniec świata się raczej nie zanosi z tego powodu. Moim zdaniem nie jest problemem wykorzystanie techniki cyfrowej w tym filmie lecz zrobienie tego w sposób… nieodpowiedni. steelmanCytuj