Książę Persji: Piaski Czasu (Prince of Persia: The Sands of Time) – Skok w dobrą stronę

Kategoria: Recenzje

Filmowe adaptacje gier komputerowych to ciężki kawałek chleba. Rynek elektronicznej rozrywki pod względem dochodów prześcignął już Hollywood, a na dodatek wykształcił rzesze oddanych fanów, którzy zapłacą za wszystko, co związane z ich pasją. Nic wiec dziwnego, że filmowi producenci dostrzegają doskonałą szansę na zarobek. Z drugiej jednak strony, materia to dość niewdzięczna, gdyż kino i gra operują zupełnie inną poetyką, toteż jak dotąd rezultaty zwykle były mizerne. Co poniektórzy zastanawiali się, czy „Książę Persji: Piaski Czasu” zmieni ten nie za dobry stan rzeczy. Zerknąwszy na kilka zdjęć Jake’a Gyllenhaala, który w roli księcia zdawał się czuć bardzo nieswojo, a potem na zniechęcający chaosem i bombastycznością zwiastun, nie miałem wątpliwości – to się nie mogło udać. Czekał nas kolejny tej wiosny knot pokroju „Starcia tytanów”.

Lubię pozytywne rozczarowania. Fajnie, gdy film, który już na dzień dobry spisaliśmy na straty, okazuje się zgrabną, przyjemną rozrywką. Tak właśnie jest z „Księciem Persji”. Twórcom udało się coś do tej pory niespotykanego: luźno nawiązując do elektronicznego pierwowzoru, zręcznie zachować jego charakter. Uniknięto tu tzw. fan service, czyli taniego mizdrzenia się do wielbicieli gry, koncentrując się na historii, która dobrze zagrałaby na kinowym ekranie, lecz nie zatraciła ducha komputerowo-konsolowego oryginału. Zapewne spora w tym zasługa Jordana Mechnera, twórcy serii gier o perskim księciu, odpowiedzialnego za fabularny szkielet filmu, przełożony następnie na język kina przez zespół scenarzystów.

„Książę Persji: Piaski Czasu”, choć nawiązuje przede wszystkim do wydanej w 2003 roku pierwszej części współczesnej odsłony cyklu, nie powiela bezpośrednio treści gry. Gyllenhaal gra Dastana, który dorastał na ulicy jako sierota, zanim nie usynowił go sam król. Gdy w wyniku spisku monarcha ginie, a podejrzenie pada właśnie na Dastana, książę musi się ratować, udowodnić przed braćmi i ludem swą niewinność, a przy tym – jakże inaczej? – uratować świat przed zagładą, w czym pomoże mu piękna i charakterna księżniczka Tamina (Gemma Arterton). Typowo baśniowa fabuła biegnie z punktu A do punktu B, przekonująco naśladując liniowość komputerowych pierwowzorów. Gracze rozpoznają bez trudu charakterystyczne parkourowe akrobacje (choć mnie zabrakło zjeżdżania na sztylecie z gobelinów), potyczki niczym starcia z bossami, image księcia skojarzą z „Warrior Within”, a przekomarzanki miedzy Dastanem i Taminą – z ciętymi dialogami z Eliką z najnowszej odsłony przygód bliskowschodniego bohatera. Ba, znajdą się nawet wizualne nawiązania do „Assassin’s Creed”, gry której bez serii „Prince of Persia” raczej by nie było. Niemniej film Mike’a Newella stoi na własnych nogach i funkcjonuje przede wszystkim jako autonomiczne dzieło. Jak już wspomniałem, to bodaj jego największa zaleta.

Naturalnie mamy do czynienia z rozrywkowym blockbusterem, który – i całe szczęście – nie udaje czegoś, czym nie jest. Spektakularna estetyka „Piratów z Karaibów” (w końcu to Bruckheimer!), garść choreograficzno-wizualnych trików typowych dla postmatriksowej epoki i unoszący się nad całością nienachalny duch takiego trochę Indiany Jonesa (te plenery, ten czarujący łajdak i jego pyskata towarzyszka, nawet te pułapki w finale) – wszystko daje w efekcie lekkie i niezobowiązujące kino przygodowe, oczywiście trochę głupiutkie i oparte na schematach, ale takie są w końcu prawa baśni. Można się zżymać, że czasem bywa zbyt łopatologicznie; na przykład zasadę działania Piasków Czasu wyjaśniono tak, żeby nawet najmniej kumatemu widzowi nic nie umknęło… Nie zapominajmy jednak, że to film „dla całej rodziny”, wyprodukowany przez wytwórnię Disneya – a skoro tak, to nie ma się czemu dziwić. Rozbawił mnie także fakt (ciekawe, czy zauważony przez wiele osób), że zawiązanie intrygi – inwazję na miasto Alamut pod pretekstem potajemnej produkcji broni w fabrykach, których teraz nie można znaleźć – wyraźnie, choć nie wiadomo, czy świadomie, wzorowano na konflikcie irackim. Jest akcja, jest humor na przyzwoitym poziomie, jest na co patrzeć (tyczy się to zarówno plenerów czy efektów, jak i panny Arterton), jest aura „Opowieści z 1001 nocy” – czego chcieć więcej? „Książę Persji” nie przejdzie do annałów kinematografii jako dzieło epokowe, nawet w dziedzinie kina rozrywkowego, lecz tymczasem staje się najlepszym filmem na podstawie gry komputerowej. Co prawda biorąc pod uwagę konkurencję, nie jest to wysokie wyróżnienie, ale liczy się krok w dobrym kierunku.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Książę Persji: Piaski Czasu
Oryginalny tytuł: Prince of Persia: The Sands of Time
Kraj: USA
Rok:
Czas trwania: 116 minut
Reżyseria:
Scenariusz:



Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:


Obsada:
Dastan
Tamina
Nizam
Szejk Amar
Seso
Garsiv
Tus
Król Sharaman
Bis
Przywódca asasynów
Ocena:  4/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!