![]() |
![]() |
![]() |
Na naszą planetę przylatuje kilka „spodków kosmicznych”. Pojawiają się w różnych miejscach, siejąc panikę i zdziwienie. Amerykański rząd na przekór doniesieniom świadków stanowczo zaprzecza, jakoby na ziemi pojawili się przedstawiciele obcej cywilizacji. Nieliczni wtajemniczeni wiedzą jednak, że władze USA otrzymały od przybyszów z kosmosu wiadomość. Kosmici zdenerwowani działaniami władz USA postanawiają ożywić zmarłych, żeby tym samym udowodnić swoje istnienie, a przy okazji dać pokaz swej siły. Nikt jednak nie wie o tym, że ich nadrzędnym celem jest zniszczenie rodzaju ludzkiego, którego głupota w korzystaniu z coraz to potężniejszych broni masowego rażenia może doprowadzić do zniszczenia całego wszechświata.
Jeżeli powyższa historia wydała się Wam straszliwie głupia, a przy tym mało oryginalna i generalnie beznadziejna, ale liczycie na to, że za chwilę poinformuję, iż mielizny scenariusza służą tutaj jedynie za pretekst do wielkiej zabawy kinem, to niestety muszę Was zawieść. Mamy bowiem do czynienia z „dziełem” stworzonym przez Eda Wooda, reżysera nie bezpodstawnie okrzyczanego pośmiertnie mało dumnym mianem „najgorszego reżysera wszechczasów”. O ile etykietka ta jest niewątpliwie dyskusyjna i niejeden znalazłby wielu twórców według niego bardziej zasługujących na to miano, to niewątpliwym faktem jest, że Wood zapisał się w historii kina. Znana maksyma fabryki snów głosi, że nie ważne, czy dobrze czy źle, byleby o nas mówili. O nazwisku Wooda niewątpliwie pamięta się już od kilku dekad, przypuszczam jednak, że nie taka pamięć marzyła się temu pełnemu ideałów i pasji, ale pozbawionemu talentu reżyserowi. „Plan 9 z kosmosu” jest jego sztandarowym tytułem, najbardziej znanym i najchętniej oglądanym, przez niektórych nazywanym wręcz dziełem kultowym.
Cóż więc jest takiego niezwykłego w tym filmie, że od lat przyciąga kolejnych zaintrygowanych widzów? Wood zaserwował nam okropnie głupią, pełną dziur i nielogiczności, ale na swój anachroniczno-debilny sposób uroczą fabułę; efekty, których nazywanie tym mianem obraża każdego przeciętnego technika oraz scenografię, na przykładzie której w szkołach filmowych można by uczyć, jak nie powinny wyglądać filmy fantastyczne. No i aktorstwo, a właściwie „aktorstwo”, które jest gorsze od tego prezentowanego w niektórych przedstawieniach szkolnych. Tak naprawdę nic w tym filmie nie jest udane, a widz może tylko Bogu dziękować, że reżyser ograniczył się do 79 minut. Dwugodzinny seans mógłby się zakończyć kompletnym praniem mózgu.
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
A jednak wszystko to ma pewien specyficzny urok. Reżyser z taką powagą opowiada swoją niedorzeczną historię i przedstawia ją w tak tragicznej formie, że aż czuje się potrzebę obejrzenia filmu do końca z czystej ciekawości, by przekonać się, co jeszcze można było zepsuć w tym i tak już miernym obrazie. Przed pierwszym – a niewykluczone, że równocześnie ostatnim- seansem „Planu 9 z kosmosu”, zdecydowanie wskazane jest zapoznanie się z filmem „Ed Wood” Tima Burtona. Burtonowi udało się zaciekawić postacią Wooda kolejne pokolenia kinomanów. Przedstawił go z okrutną szczerością jako beznadziejnego reżysera, nie znającego pojęcia dubli, „szyjącego” fabułę na poczekaniu, dziwaka z wieloma odchyleniami od normy, a jednak na swój sposób uroczego, imponującego siłą swej pasji i wiary w każdy projekt. Szkoda jednak, że Woodowi zabrakło dystansu do historii, które opowiadał. Większa umowność mogłaby uratować jego filmy w oczach widzów. Ale niestety mamy do czynienia z koszmarkiem filmowym, zdolnym zainteresować jedynie bardziej oddanych miłośników klasycznych filmów fantastycznych oraz widzów zaintrygowanych filmem Burtona.
Czy warto więc poświęcać swój czas na zapoznanie się z „Planem 9 z kosmosu”? Niewątpliwie tak, choćby dla konfrontacji wyobrażeń o twórczości osoby znanej jako najgorszy reżyser w historii kina z rzeczywistością. Dla miłośników kina grozy dodatkowym magnesem powinien być fakt, że w filmie tym wystąpił Bela Lugosi, legendarny aktor znany współczesnym przede wszystkim z głównej roli w filmach o księciu Drakuli. Choć określenie tego mianem występu może wydać się przesadą, ponieważ Lugosi zmarł po 4 dniach od rozpoczęcia zdjęć i bynajmniej nie powrócił zza grobu, żeby dokończyć swój ostatni film. Sprytny reżyser nie chcąc stracić gorącego nazwiska na plakacie, wmontował do filmu nieliczne sceny nakręcone ze zmarłym aktorem, nie bardzo przejmując się tym, na ile pasują one do obrazu. Brakujące ujęcia dokręcił natomiast z innym aktorem, ukrywającym swoją twarz za płaszczem. To doskonale obrazuje „profesjonalizm” reżysera i jego metody pracy. Statki kosmiczne „latające” na sznurkach, drążki dzierżone przez pilotów samolotów pasażerskich, które wyglądają jak deski do krojenia chleba oraz ogólna mizeria scenograficzna świadczą o tym, że Wood nie za bardzo przejmował się tym, jak opowiada, byle tylko dociągnąć historię do końca.
Cytując Kubę Wojewódzkiego: „śpiewać każdy może, nie każdy jednak musi tego słuchać”. Czy w czasach filmów takich jak „Wojna światów”, mając w pamięci obrazy takie jak „Łowca androidów” i „Ghost in the shell”, warto w ogóle oglądać filmy Eda Wooda? Jeżeli pragniecie obejrzeć interesujący i fascynujący obraz science-fiction, powalający klimatem oraz wykonaniem, to zdecydowanie lepsze dla zdrowia psychicznego będzie trzymanie się od filmu Wooda z daleka. Ale jeżeli jesteście miłośnikami dzieł Tima Burtona i widzieliście obrazy takie jak „Ed Wood” czy też „Marsjanie atakują”, warto zobaczyć film który je zainspirował. Zresztą „Plan 9 z kosmosu” warto obejrzeć choćby z czystej ciekawości, skonfrontowania zasłyszanych opinii z rzeczywistością i dla zdobycia nowego punktu odniesienia na przyszłość. Żeby naprawdę docenić dzieła niezwykłe, porywające wykonaniem i oryginalnością, dobrze jest również zapoznać się z czymś, stojącym na przeciwległym biegunie.












2/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!