Nine – Dziewięć (Nine) – Dziewięć na pięć

Kategoria: Recenzje

Kto się interesuje corocznym wyścigiem o złotego rycerza, ten zapewne pamięta, że w roku 2003 dominowało w nim „Chicago” z 12 nominacjami, które zakończyły się zgarnięciem sześciu statuetek, w tym za najlepszy film. O tym, czy słusznie, można by dyskutować. W moim prywatnym rankingu plasuje się w ścisłej czołówce ulubionych musicali i regularnie doń wracam. Nietrudno więc domyślić się, że z pewnymi nadziejami wypatrywałem premiery „Nine – dziewieć”, czyli drugiej próby Roba Marshalla zmierzenia się z tym gatunkiem na dużym ekranie. Wszystko jednak zdawało się ostrzegać przed zbytnim napalaniem się na ten projekt. W tegorocznych przedoskarowych przewidywaniach ten tytuł praktycznie nie istniał, oceny krytyki były chłodne i w zasadzie tylko zaangażowane weń nazwiska pozwalały zachować wiarę, że coś z tego jednak wyszło porządnego. Nie wyszło…

Nine” to filmowa adaptacja scenicznego musicalu zainspirowanego „8 i ½ Felliniego. Podobnie jak w tamtym filmie oś fabuły kręci się wokół słynnego włoskiego reżysera, którego już tylko dni dzielą od startu prac nad kolejnym filmem, do którego nie napisał jeszcze scenariusza. Ba, nie ma w ogóle pomysły nań i jedyne, co wymyślił, to tytuł – „Italia”. Czas przecieka przez palce, pogmatwane relacje z kobietami (żona, kochanka, napalona wielbicielka twórczości, platoniczna miłość, widmo zmarłej matki, przyjaciółka) przyprawiają kolejnych problemów, a natchnienie jak nie chciało, tak nie chce napłynąć…

Filmów o robieniu filmów powstało już niemało. Pod tym względem „Nine” nie jest ani specjalnie oryginalny, ani wybijający się poziomem na tle innych tytułów. To, co niewątpliwie warte uwagi, to pierwszorzędna obsada. Począwszy od głównej roli, czyli mistrza w aktorskim fachu w osobie Daniela Day-Lewisa, poprzez przekrój znanych, pięknych i utalentowanych kobiet w różnym wieku, na Judi Dench, stanowiącej klasę samą w sobie, kończąc. Kogo tutaj nie ma – w żeńskiej obsadzie mamy prawdziwie międzynarodową listę pięknych kobiet. Francuzka (Marion Cotillard), Hiszpanka (Penelope Cruz), Australijka (Nicole Kidman), Włoszka (Sophia Loren), do tego nieco brytyjskiego chłodu (Dench), amerykańskiej swojskości (Kate Hudson) i seksapilu ze świata muzyki pop (Stacy Ferguson). Chwilami nie wiadomo, na kim (a raczej na czym) najpierw zawieszać wzrok. To, co jednak rzuca się w oczy i co odkrywamy przy okazji tego filmu, to że większość z wyżej wymienionych aktorek wyraźnie się postarzała; po jednych widać to wyraźniej, po innych mniej, ale w zasadzie tylko po twarzach Cotillard i Fergie nie widać wieku. No ale jako że kobietom nie wypada patrzeć w metryki, zwłaszcza takim, które wciąż potrafią podnieść ciśnienie krwi, odstawmy tę kwestię na bok.

Nie bez powodu już na wstępie skupiłem się na wizualnych przyjemnościach wiążących się z kobiecą obsadą, w recenzji wypada bowiem zacząć od pozytywów, a w przypadku „Nine” niewiele więcej opcji mi pozostało. Jasne, jest jeszcze Daniel Day-Lewis, który zachwyciłby ekranową charyzmą nawet w roli Stephena Hawkinga, ale uczciwie mówiąc, jego Guido niczym specjalnym się w pamięci nie zapisuje. Pewnie, jest zmaltretowany życiem, kolejne partie filmu odgrywane są przez aktora bez potknięć, ale nie jest to rola, którą można się zachwycać. Nie to jest jednak najgorsze. Najbardziej boli to, że po obdarciu filmu z ładnych aktorek i Day-Lewisa nie pozostaje nic więcej wartego uwagi. To, co powinno zapadać najbardziej w pamięci, uzależniać od filmu i skłaniać do kolejnych seansów, czyli warstwa wizualno-muzyczna, zawodzi na całej linii. Przede wszystkim piosenki są bez wyrazu. Wszyscy pamiętają chyba otwierającą scenę z „Chicago”. Dynamizm, pazur i eksplozja adrenaliny skutecznie nakręcała widza na cały seans. A to bynajmniej nie jedyna tego typu sekwencja w filmie. W „Nine” o adrenalinie i podnoszącej ciśnienie muzyce można zapomnieć. Piosenki są smętne, niewpadające w ucho, bez wyrazu i bez pomysłu. Aktorki ładnie się prezentują na ekranie, ale niespecjalnie od strony wokalnej. Również i Daniel nie ma pod tym względem nic ciekawego do zaoferowania. Jedna Fergie i jej przeogromnie dynamiczny numer z połowy filmu (znany zresztą już ze zwiastuna) ratuje honor filmu i rozbudza osuwającego się powoli w fotelu widza. Reszta piosenek jest na jedno, nudne i niewyraziste, kopyto, z czego jako tako zapada w pamięci jeszcze drugi (i ostatni) dynamiczny kawałek w filmie śpiewany przez Kate Hudson.

Oczywiście z musicalami zazwyczaj tak bywa, że po pierwszym seansie zapamiętuje się przede wszystkim te dynamiczniejsze utwory, przy kolejnych seansach odkrywając piękno tych spokojniejszych. Istnieje więc szansa, że również w przypadku „Nine” jakiś utwór zyska z czasem. Problem w tym, że w takim chociażby „Chicago” utwory miały coś do opowiedzenia, oprócz fantastycznej sfery wizualnej, choreografii i aranżacji oparte były na jakiś myślach zawartych w tekstach. W „Nine” piosenki są o… niczym. To znaczy teoretycznie o czymś są, ale bije z nich taki banał i nuda, że mimowolnie się wyłączałem, przestając skupiać uwagę na słowach. Poziom kapitalnego tekstowo „Mister Cellophane” w interpretacji Johna C. Reilly’ego czy kipiących cynizmem i błyskotliwością piosenek Richarda Gere pozostaje daleko poza zasięgiem twórców „Nine”. Podobny problem ciąży nad samym scenariuszem filmu, który jest błahy, pusty i totalnie nieangażujący widza. Pewnie – to musical, nie należy oczekiwać fabuły na miarę twórczości Charliego Kaufmana, ale wielokrotnie już przywoływane tutaj „Chicago” udowodniło, że w musicalowej formie można ukryć niegłupią treść, angażującą widza w wydarzenia na ekranie i skłaniającą do refleksji nad filmowym światem. W „Nine” próżno tego szukać. To tylko pusta wydmuszka i to taka ginąca w tłumie jej podobnych.



Komentarze (3) do artykułu “Nine – Dziewięć (Nine) – Dziewięć na pięć”

  • michuk pisze:

    Niesamowite jest to, że w Twojej recenzji wszystko mi się zgadza, jeśli tylko zamieniłbym każde wystąpienie tytułu „Chicago” na „Nine” i odwrotnie.

    Na tym pierwszym wynudziłem się niemiłosiernie, ze względu na zupełnie pustą fabułę, a nazbyt efektowne, przeszarżowane aktorstwo zapadło mi w pamięć jako jeden z negatywów. Ten drugi natomiast autentycznie mną poruszył i wydał mi się doskonałym dopełnieniem obejrzanego dzień wcześniej (po raz drugi) Osiem i pół.

    Dziwny jest ten świat :)

    Borys

    PS. Moje wypociny na temat „Nine” na Filmasterze: http://michuk.filmaster.pl/notka/wariacja-na-temat/  Cytuj

  • patysio pisze:

    Popieram – w ogóle nie rozumiem, dlaczego „Nine” to musical, skoro ewidentnie zabrakło pomysłów na piosenki. No i, tak z ręką na sercu, ile współczesnych aktorek potrafi grać, tańczyć i śpiewać? Chyba tylko Zeta-Jones, ale ona odrzuciła rolę.
    I jak DDL ubóstwiam, tak przez tę rolę nieco spadł w mych rankingach Gdzie się podziała jego charyzma? żona mu zabrała, czy ki czort?  Cytuj

  • Koleś pisze:

    Film który się praktycznie kończy po pierwszym numerze. Ta wariatka, ta muza, ta żona, ta mama – i ja już wiem wszystko. Po cholerę dalej oglądać ten film? Dobry musical ma to do siebie, że gdyby powyjmować z niego piosenki to dalej byłby niezły film. Tutaj aż boje się myśleć co by zostało bez piosenek, które są wyjątkowo „zadowolone z siebie”. Wszystkie utwory są zrealizowane z tak obrzydliwą dozą zadęcia, że po prostu ciężko się je ogląda. Jedyny numer, który jako tako znioslem to „Cinema Italiano”. Widać, że Rob Marshall bez minimalnego pierwiastka Boba Fosse, zmienia się z agresywnego wirtuoza w nudziarza.  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Nine - dziewięć
Oryginalny tytuł: Nine
Rok:
Czas trwania: 112 minut
Reżyseria:
Scenariusz:



Zdjęcia:
Muzyka:
Obsada:
Guido Contini
Claudia
Liliane La Fleur
Stephanie
Luisa Contini
Matka Guidia
Saraghina
Młody Guido
Donatella
Carla Albanese
Ocena:  5/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!