Moulin Rouge! – The Show must go on!

Kategoria: Recenzje
Moulin Rouge!
Moulin Rouge!
Moulin Rouge!
Moulin Rouge!

Myślę, że każdy miłośnik kina obejrzał w życiu filmy, które pokochał od pierwszego obejrzenia. Ja przynajmniej miałem już w życiu kilka takich przypadków. Ciężko to racjonalnie wytłumaczyć, ale już pierwsze minuty oferowały coś na tyle niepowtarzalnego, że jakoś podskórnie czułem, że oto oglądam dzieło, które będę z dumą określał mianem wyjątkowego, a może nawet będzie się ono zaliczało do grona moich ukochanych filmów. Tak było z niesamowitą czołówką do filmu „Fight Club”, piosenką otwierającą „The Nightmare Before Christmas”, utworem The Strokes pobrzmiewającym w napisach początkowych „Sexy Beast”, a nawet niezwykle wyciszonym i stonowanym wprowadzeniem do „Lost in Translation”. Oczywiście zdarzały się filmy, w których cały potencjał drzemiący w twórcach został wykorzystany do osiągnięcia odpowiednio dużego wrażenia na początku, ale na nic więcej inwencji już nie starczyło. Świetnie obrazuje to choćby „Kod dostępu”, który miał widzowi do zaoferowania niewiele więcej niż wielki wybuch na początku filmu oraz drugorzędne cechy płciowe Halle Berry w całej okazałości nieco później. „Moulin Rouge” już od pierwszych minut wydawał się być kolejnym tytułem, który zostanie wpisany na moją listę filmowych miłości od pierwszego obejrzenia. Wraz z trwaniem seansu okazało się, że jest to miłość zaprawdę prawdziwa, ale niewątpliwie trudna i wymagająca czasu, by dojrzeć.

Tradycyjne logo 20th Century Fox zostaje tym razem zaprezentowane niczym w teatrze – po odsłonięciu czerwonej kurtyny. Znana wszystkim aranżacja muzyczna wytwórni zostaje odegrana przez orkiestrę poprowadzoną przez widocznego na scenie dyrygenta, jednak gdy obowiązkowy utwór zostaje odegrany, maestro rozpoczyna kolejny tym razem już znacznie bardziej klasyczny, ale od razu prowokujący nogę do przytupywania w takt muzyki. Już wtedy poczułem przyjemne podniecenie, które towarzyszyło mi przy pierwszych seansach większości moich ulubionych filmów. Po krótkim wprowadzeniu w akcję lądujemy w tytułowym Moulin Rouge. Tam na zmysły wzroku i słuchu zostaje podjęty dosłownie zmasowany atak, na który doprawdy nie byłem przygotowany. Na ekranie przewija się feeria barw, kobiecych koronek i pończoch, męskich fraków, fruwającego konfetti, wirujących w szalonym tempie ciał, ale to wszystko jest niczym wobec szaleństwa obecnego w warstwie muzycznej. Reżyser nie ograniczył się do jednego utworu, nie porwał się nawet na przeskakiwanie pomiędzy dwiema piosenkami, on zrobił totalny muzyczny misz-masz, zestawił pozornie nie przystające do siebie stylistyki, ze wszystkiego zaczerpnął inspirację i stworzył z tego zupełnie nową jakość. Istny postmodernistyczny szał. Po tej kilkuminutowej wizycie w Moulin Rouge pomyślałem, że tak właśnie muszą się czuć heroiniści po najlepszym w swoim życiu „odlocie”. Po tej scenie poprzeczka moich oczekiwań podniesiona była wysoko i niestety reżyserowi nie udało się jej przeskoczyć.

Moulin Rouge!
Moulin Rouge!
Moulin Rouge!

Przynajmniej tak wydawało mi się na początku, gdy ze zniecierpliwieniem oczekiwałem kolejnego zastrzyku adrenaliny. Reżyser nie zamierzał jednak podkręcać przez cały czas tempa filmu do takich granic, zapewne z obawy o zdrowie widzów. Ten szalony początek miał być wyraźnym sygnałem wysłanym jak najwcześniej do odbiorcy, żeby dać mu do zrozumienia, że oto ma do czynienia z czymś niepowtarzalnym – filmem czerpiącym pełnymi garściami z przeróżnych źródeł, zlepiając ich elementy w prawdziwie intertekstualną całość. Nie doceniłem tego od razu, pragnąłem zastrzyku emocji i miałem go otrzymać, ale dopiero po upływie czasu potrzebnego na przetrawienie tego, co ujrzałem. Pełnia tego co ten film ma do zaoferowania widzowi działa niczym bomba z opóźnionym zapłonem, początkowo zwodniczo spokojna, osłabiająca naszą czujność, żeby nagle eksplodować nam w twarz swoją zawartością.

Niesamowite aranżacje klasycznych piosenek, które początkowo komentujemy ze znaczącym przeciągłym pomrukiem, oznaczającym zadowolenie i aprobatę dla tego, co zrobiono z tymi utworami, „zagnieżdżają” się gdzieś w naszej głowie, nie pozwalając o sobie zapomnieć. A to już w prostej linii prowadzi do zachwytu nad tym, co kompozytorzy zdołali wycisnąć ze zdawałoby się przemielonych na wszystkie sposoby szlagierów.

Najciekawszą aranżację ma moim zdaniem piosenka „El tango de Roxanne”, oryginalnie wykonywana przez zespół The Police. Tym razem otrzymujemy bardzo szorstką wersję tego utworu, pełną goryczy, ale i drapieżności. Jest zupełnie inna niż oryginał i gdyby nie linia melodyczna i słowa, dalibyśmy sobie rękę uciąć, że to dwie różne piosenki. Jednocześnie piosenka ta jest niezwykle charakterystyczna dla tego filmu, składając się w zasadzie z trzech nałożonych na sobie aranżacji. Mamy główną linię melodyczną z tytułowym utworem, nakładający się na to tekst odnoszący się do akcji filmu wykonywany przez głównego bohatera, a wszystko to kontrastowane jest głośnym, wwiercającym się w duszę dźwiękiem skrzypiec. Po takiej mieszance nie będziecie chcieli mieć jakiegokolwiek kontaktu z oryginałem, który wyda wam się nudny i banalny.

Moulin Rouge!
Moulin Rouge!
Moulin Rouge!

Jednak prawdziwą kwintesencją tego, co film ma do przekazania widzowi, są piosenki „Come What May” oraz „The Show Must Go on”. Pierwsza opowiada o pełnym oddaniu się miłości, na przekór wszelkim trudnościom i przeszkodom. Mówi o tym, że prawdziwą wartością w życiu jest miłość i dzielenie się nią oraz gotowość do poświęcenia temu uczuciu wszystkiego, bez względu na konsekwencje. Jest to jednocześnie kontrast dla mocno podkreślonego w filmie cynizmu, nieuchronnie związanego ze światem rozrywki, którego uosobieniem jest druga z piosenek.Nieśmiertelny utwór Queen, którego publiczne wykonanie dla wielu artystów byłoby równoznaczne z artystycznym samobójstwem. Próba dorównania temu, co zaprezentował Freddie Mercury jest już na starcie skazana na porażkę. Luhrmann jednak nie pozostał wierny oryginałowi, nie rywalizował z wersją stworzoną przez zespół Queen, ale zaczerpnął z niej to, co najważniejsze i zaprezentował w zupełnie nowy sposób. Nie wyobrażam sobie „Moulin Rouge!” bez tej piosenki. Nieważne, co się dzieje, nieważny jest ból i wszelkie smutki, koniec świata czy czyjaś tragedia, przedstawienie i tak musi trwać. Jeżeli żyje się dla rozbawiania publiki, dla tejże samej publiki powinno się oddać życie na ołtarzu sztuki. Śmierć na scenie, będąca marzeniem wielu gwiazd estrady o idealnym zakończeniu kariery, tak naprawę dla większości stanowi coś nieosiągalnego, gdyż mało kto posiada wystarczająco dużo pasji i woli walki, żeby w taki sposób odejść z tego świata. Większości śmiertelników i to nieważne, czy mówimy o szarych ludziach czy też gwiazdach z pierwszych stron gazet, nie będzie dane odejść w glorii przy świetle reflektorów. Moulin Rouge jest jednak wyjątkowym miejscem, tutaj wszystko jest nierealne, kolorowe, nastawione na wzbudzanie najintensywniejszych doznań. Również śmierć musiała więc zostać odpowiednio podkreślona. Stanowiąc idealne zakończenie historii o wielkiej miłości, przestaje być jedynie ostatnim elementem cyklu życia, a staje się częścią wielkiego przedstawienia, które uczyni bohaterkę nieśmiertelną.

Zabawa i miłość, dwie jakże ważne dla człowieka kwestie zostały ukazane w tym filmie w sposób wyolbrzymiony, przesycony intensywnością obrazu i dźwięku, ale tym samym przypominają o tym, żebyśmy zatraceni w pogoni za pieniędzmi i dostatnim życiem nigdy o nich nie zapomnieli. Historia miłości głównych bohaterów ma wprawdzie tragiczny finał, ale jednocześnie jest w nim promyk nadziei. Uzmysławia nam, że to, co czynimy za życia i ludzie, w których sercach pozostawimy po sobie trwały ślad, mogą uczynić nas nieśmiertelnymi. Będziemy żyli tak długo, jak długo inni będą o nas pamiętali.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Moulin Rouge!
Oryginalny tytuł: Moulin Rouge!
Kraj: USA
Australia
Rok:
Czas trwania: 126 minut
Reżyseria:
Scenariusz:

Zdjęcia:
Muzyka:




Montaż:
Obsada:
Satine
Christian
Henri Toulouse-Lautrec
Harold Zidler
Książę
Argentyńczyk
Audrey
Nini Legs-in-the-Air
Warner
Doktor
Ocena:  10/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!