Moon (Moon) – Kosmos po staremu

Kategoria: Recenzje, Warszawski Festiwal Filmowy

Nie będzie w tym przesady, jeśli powiem, że ostatnio równie wyjątkowo czułem się przed seansem „Mrocznego rycerza”– wielomiesięczne oczekiwanie wreszcie się skończyło. „Moon” w reżyserii debiutanta Duncana Jonesa miał być panaceum na „transformerozę”, która toczy współczesne science fiction. Czy niezależny brytyjski film za pięć milionów dolarów potrafił sprostać tak wygórowanym wymaganiom?

Punkt wyjściowy fabuły jest prosty: w niedalekiej przyszłości (czujecie już ten klasyczny zapaszek takiego wyrażenia?) substancja znaleziona na ciemnej stronie Księżyca staje się nowym źródłem energii dla całej Ziemi. Niemal całkowicie zautomatyzowaną stację wydobywczą musi jednak obsługiwać człowiek – jest nim Sam Bell. Trzyletni kontrakt na Księżycu dobiega końca i już za dwa tygodnie bohater ma wrócić do żony i córeczki. Po tak długiej samotności ciężko o stuprocentową poczytalność – Sam coraz ciężej znosi tęsknotę, zaczyna miewać halucynacje. W takich okolicznościach dochodzi do wypadku, po którym granica między rzeczywistością a przywidzeniem zdaje się ostatecznie zachwiana. Co więcej, racjonalne wytłumaczenie późniejszych zdarzeń może być gorsze od ewentualnego pogodzenia się z obłędem.

Moon

„Moon” okazał się czymś nieco innym, niż myślałem. Gdy mówiono o inteligentnym, refleksyjnym sci-fi, oczyma wyobraźni widziałem mariaż Kubricka z Lemem. Owszem, początkowy motyw halucynacji przypomina popłuczyny po „Solaris”… i już byłem gotów pomyśleć, że taka wtórność jednak mi się nie spodoba. Na szczęście fabuła skręca w inną stronę – i to bynajmniej nie kina grozy, co mógłby poniekąd sugerować zwiastun zmontowany (a jakże!) z nielicznych dynamicznych scen filmu. Jones stawia przede wszystkim na historię, która ma stanowić wartość samą w sobie. Nie umiem ocenić, jak wielką wagę przywiązywał do refleksji nad człowieczeństwem, osobowością, tożsamością czy tęsknotą. To wszystko znajdziemy, ale nie ukrywajmy – ani oryginalności, ani głębi nie ma tu szczególnie wiele. Takie tematy, często w oparciu o podobne rozwiązania fabularne, fantastyka naukowa porusza od dziesięcioleci. Tylko że… w ostatnich latach faktycznie rzadko kiedy przychodzi nam to oglądać na ekranach.

Duncan Jones otwarcie przyznaje się do uwielbienia dla kina SF z lat 70. i początku lat 80. Jego pełnometrażowy debiut to jeden wielki hołd złożony ówczesnym produkcjom, co widać i czuć. „Moon” jest rewolucyjny w podobny sposób, jak „rewolucyjny” był muzyczny nurt Garage Rock Revival na początku bieżącego dziesięciolecia. „Takie brzmienie w dzisiejszych czasach?” – zastanawiali się wtedy słuchacze. Podobnie jest u Jonesa. Znajdziemy u niego elementy charakterystyczne dla science fiction w nieco zapomnianym wydaniu: samotność człowieka w kosmosie, pracę z dala od Ziemi, ponure korytarze stacji kosmicznej i sprzęty, które wreszcie nie błyszczą nowością, a w tle korporację, która – jak wszystkie korporacje sci-fi – ma coś na sumieniu. Powiedzmy otwarcie: oglądanie tego wszystkiego to duża przyjemność.

Moon

Czy nie żałuję braku bardziej filozoficznej warstwy, na jaką liczyłem? Trochę. Klasycznemu sztafażowi mogłyby towarzyszyć nieco świeższe przemyślenia, ale Jones najwyraźniej miał inne plany. Zamiast tego pozwala nam przez półtorej godziny oglądać Sama Rockwella w kolejnej świetnej roli, w której odbijają się przeróżne odcienie człowieczeństwa. Jeśli coś w „Moon” skłania do przemyśleń, to właśnie sposób, w jaki jego bohater reaguje na rozwój wydarzeń, jak się zmienia. Rockwellowi dane jest odegrać właściwie dwie strony tej samej postaci. Robi to subtelnie i bardzo autentycznie, co szczególnie trudne, kiedy cały film spoczywa na jego barkach.

„Moon” nie jest dziełem idealnym. To nie objawienie, bo też trudno nazwać tym mianem coś, co właściwie już gdzieś wcześniej widzieliśmy. Może również brakować konkretniejszej konkluzji, czegoś, co bardziej „wychodziłoby poza historię” – choć nie jestem skłonny uznać tego za wadę. Film Jonesa jest natomiast zastrzykiem świeżej krwi (nawet jeśli to krew z transfuzji) oraz spełnieniem obietnicy, że współczesne kino science fiction może na pierwszym planie postawić człowieka i zrezygnować z fajerwerków. Czy to możliwe jedynie w niezależnej produkcji i przy niewielkim budżecie? Oby nie. Duncan Jones udanie zadebiutował. Teraz należy życzyć mu nie tylko konsekwencji, ale także szczęścia.

Moon

Komentarze (8) do artykułu “Moon (Moon) – Kosmos po staremu”

  • Mefisto pisze:

    Nic dodać, nic ująć – bdb recenzja :)  Cytuj

  • michuk pisze:

    Mi jednak ta wtórność przeszkadzała. Ale może bym ją przełknął, gdyby nie inna wada „Moona” — zupełny brak wyczucia narracyjnego, szczególnie tak od 1/3 filmu, kiedy zaczyna wszystko dziać się szybciej. Dla mnie za szybko. Nie zdążyłem jeszcze przełknąć początkowego zachwytu nad świetną scenografią i fajnym wyciszonym klimatem filmu, a nagle zostałem zaskoczony rozwiązaniem całej akcji (mniej więcej w połowie filmu), tylko po to, aby w dalszej części śledzić zupełnie przewidywalne już losy „bohaterów”, bez napięcia, z coraz większym zniecierpliwieniem.
    Może na zbyt dużo się nastawiałem bo zachwytach krytyków i nagrodą w Edynburgu (a film widziałem tuż po Nowych Horyzontach, czyli naszpikowany oryginalnością we wszystkich możliwych barwach), ale niestety film oceniam jako kiepski, dając mu ledwo 4/10 głównie za realizację techniczną przy tak małym budżecie (chyba 3 mln USD).
    Zdecydowanie wolę już Dystrykt 9, który nie pretenduje do ambitnego kina, a więcej po nim miałem refleksji, a już na pewno frajdy.  Cytuj

    • Rafał Lisowski - Negrin pisze:

      To nie jest wtórny film, on po prostu czerpie z (zacnych) wzorców. A Twoja krytyka, jak to nazwałeś, „braku wyczucia narracyjnego”, pozwala sądzić, że jednak Cię ten cały „Moon”, mimo że niby przewidywalny, wziął przez zaskoczenie. Pomijając rzeczy oczywiste, takie jak scenografia i klimat, chyba właśnie to „zachwianie rytmu” podobało mi się tu najbardziej. Zamiast typowego wyścigu z czasem, zakończonego ostateczną konfrontacją, otrzymujemy… inne rozwiązanie.

      W recenzji celowo nie wspomniałem o „Dystrykcie 9″, nie tylko dlatego, że jeszcze go nie widziałem, ale mam już dość wymieniania tych dwóch pozycji jednym tchem, choć zdaję sobie sprawę z tego, że oba stanowią odmianę w zalewie popcornowego science fiction. Natomiast „Moon”, choć nie oszałamia, to broni się sam konsekwencją wykonania. Nie bez kozery wspomniałem w tekście o niegdysiejszym boomie na garażowego rocka. Było wielu, którzy tam też narzekali (i narzekają) na wtórność. Ale dzisiaj tam właśnie tkwi dziwna świeżość. Michuk, co sądzisz o The White Stripes? ;)  Cytuj

      • michuk pisze:

        Lubię White Stripes, a wychowałem się na Nirvanie, Pearl Jam i Soundgarden :)

        A „Moon” mnie zaskoczył, to fakt, ale niestety negatywnie. Spodziewałem się większego nacisku na kontemplację, niczym w Solaris właśnie czy w Odysei K. a dostałem… takie trochę niewiadomoco. Oczywiście mało które dzieło wytrzyma porównanie z klasykami sci-fi w wersji książkowej i kinowej, ale nie wymagam aż tyle. Po prostu formuła „Moona” dla mnie nie wypaliła i składam to głównie na karb nieudolnej reżyserii, a także scenarzysty, który chyba nie bardzo wiedział jak sensownie rozwinąć ten ciekawy pomysł no i wyszło przewidywalnie i głupio.

        Nie wiem do czego porównywać Moona jeśli nie do klasyków oraz do najnowszych produkcji sci-fi :)  Cytuj

        • Rafał Lisowski - Negrin pisze:

          Do klasyków, do klasyków, tylko że trochę innych. Ja też spodziewałem się kontemplacji (patrz recenzja), ale Jones sam w wątku na IMDb (sam linkowałeś na Filmasterze) wymieniał, jakimi pozycjami inspirował się najbardziej.

          No, po prostu z jakiegoś powodu Ci „Moon” nie podszedł, co, obejrzawszy film, w sumie jestem w stanie zrozumieć. Nie chcę się zasłaniać „większością”, bo ona potrafi się srodze mylić, ale tym razem czuję się komfortowo z myślą, że Twój głos jest jak dotąd jedynym znanym mi głosem „na nie” :) Choć z drugiej strony nie należy przesadzać z zachwytami, bo „Moon” to bardziej dobre rzemiosło niż brawurowa wizja, a reżyser przecież — oby! — dopiero się rozkręca.  Cytuj

  • Esme pisze:

    W zasadzie jestem zadowolona, że widziałam ten film, bywa bardzo piękny i klimatyczny. Rozumiem też, że taki może nie powrót, ale nawiązanie do klasyki, może cieszyć – jeśli chodzi o współczesne SF, tendencja do przerostu formy nad treścią jest wyraźna. Tylko że „Moon” ma tę samą wadę – serwuje dosyć mdłą historyjkę o tym, jak straszno jest być klonem, w oprawie wspaniałych zdjęć i muzyki napisanej przez jednego z najciekawszych filmowych kompozytorów. Oczywiście, że Rockwell dał radę, ale co z tego, skoro Jones nakręcił film bez zębów, który ogląda się dobrze, ale i zapomina łatwo.

    Science-fiction lubię właśnie za to, że bywa prowokacyjne. „Moon” poboksował się trochę ze schematami, wprowadzając do scenariusza komputer, który sprawia wrażenie przyjaznej ludzkiej duszy zamkniętej w puszce (zamiast zimnego drania o morderczych skłonnościach, jak to zwykle bywa). Niech będzie, że to fajny pomysł. Ale to dla mnie trochę za mało.  Cytuj

    • Rafał Lisowski - Negrin pisze:

      Wiesz, ciężko polemizować z uwagą o tym, że dostajemy historyjkę o tym, jak straszno jest być klonem. Ano straszno, z pewnością. Przy czym albo się w to wczujemy, albo nie, i w sumie tyle. Zgadzam się (było o tym już wyżej w komentarzach), że „Moon” nie ma filozoficznej głębi godnej Lema czy Kubricka. Ze smutnej historii klonów nie wyciągniemy jakichś szczególnych refleksji na temat człowieczeństwa, to fakt. Więc moim zdaniem niech wystarczy sama historia. I jeszcze raz potwierdzam, że „Moon” jest dziełem bardzo dobrym, ale nie wybitnym, nie epokowym – to dzieło debiutanta i jako takie warto je ze wszech miar chwalić i czekać na więcej.  Cytuj

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Moon
Oryginalny tytuł: Moon
Kraj: Wielka Brytania
Rok:
Czas trwania: 97 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Muzyka:
Montaż:
Obsada:
Sam Bell
GERTY
Tess Bell
Eve Bell
Ocena:  5/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!