![]() |
![]() |
Przypomina mi się pewien dowcip, zasłyszany bodajże w filmie „Ziemia niczyja” Danisa Tanovicia: Czym się różni pesymista od optymisty? Otóż pesymista mówi, że gorzej już być nie może, a optymista na to: „Może, może!”. Co prawda w odniesieniu do nowego dzieła powracającego do formy Woody’ego Allena powyższe jest jedynie luźną dygresją, to jednak i z dowcipu, i z filmu wypływa podobny wniosek: jedynie od nas samych zależy, w jaki sposób postrzegamy jedną i tę samą sytuację – nic samo z siebie nie jest ani „dobre”, ani „złe”.
Takie właśnie przesłanie ustami czwórki kawiarnianych intelektualistów, których poznajemy w pierwszej scenie, serwuje nam Allen w swym najnowszym obrazie. Jest wieczór, na dworze pada deszcz, a oni przy kolacji dyskutują o – jakże by inaczej – sensie życia. Dwaj z nich to autorzy teatralni, przy czym jeden pisze komedie, drugi zaś tragedie. Istotą towarzyskiego sporu staje się to, który z tych gatunków tak naprawdę oddaje istotę naszej egzystencji. Czy życie to śmiech, czy łzy; czy bardziej napawa nas ono strachem, czy nadzieją – takie pytania, znane chyba większości z nas, zaprzątają myśli nowojorskich dyskutantów. Pozostała dwójka, w przekonaniu, iż w istocie to tylko dwie strony jednego medalu, stawia przed parą autorów swoiste wyzwanie, przedstawiając im szkielet sytuacji, która podobno zdarzyła się parze ich znajomych. Oto do drzwi ich mieszkania, podczas gdy oni zajęci są przyjmowaniem i zabawianiem ważnych gości podczas obiadu, niespodziewanie dzwoni młoda kobieta imieniem Melinda. Stawiają przy tym pytanie: czy jest to materiał na komedię, czy na dramat?
W ten oto sposób rodzi się zasadnicza treść filmu „Melinda i Melinda” – dwie przeplatające się ze sobą historie, zrodzone w głowach pisarzy, ilustrujące ich pogląd na życie. Na pozór wydaje się, że spaja je tylko i wyłącznie tytułowa Melinda, a i to jedynie swym imieniem, twarzą oraz ciężką (choć niejednakową w obu przypadkach) przeszłością. W wersji tragicznej jest ona bowiem depresyjną, niezrównoważoną neurotyczką, w komediowej zaś – nie tracącą nadziei kobietą, której „po prostu” nie powiodło się w życiu. Stąd zresztą tytuł filmu, sugerujący, iż w dwóch alternatywnych opowieściach uczestniczą dwie różne Melindy, w odmienny sposób przyjmujące to, co stawia przed nimi los.
![]() |
![]() |
Reszta postaci przypisana jest ściśle do jednego tylko wątku, choć w obu przypadkach bohaterka obraca się rzecz jasna w ukochanym przez Allena środowisku nowojorskich intelektualistów i artystów: aktorów, reżyserów, muzyków. Sumienne streszczenie w tym miejscu zagmatwanego biegu dwóch opowieści mija się jednak z celem; odebrałoby zresztą także część przyjemności z oglądania „Melindy i Melindy”. Dość rzec, iż niemal wszyscy – nie tylko tytułowa bohaterka (czy może bohaterki?) – desperacko szukają miłości, oczywiście po to tylko, by znaleźć ją w zupełnie nieoczekiwanych miejscach. Kryzysy małżeńskie, zdrady, trójkąty, zauroczenia, brak zrozumienia, rozwody i oczywiście seks – zagmatwana nowoczesna miłość odgrywa w filmie centralną rolę. Bohaterowie zakochują się w bohaterach, którzy zakochani są już w innych bohaterach, marzących o jeszcze innych bohaterach. Pod koniec filmu nikt nie jest z tym, z kim film zaczynał. Allen pełną gębą.
Choć pozornie oglądamy dwie całkiem różne historie, luźno złączone jedynie punktem wyjścia, dość szybko zaczynamy dostrzegać coraz więcej subtelnych cech wspólnych. Motywy z jednego „wariantu” w przewrotnie odmienionej wersji pojawiają się w drugim, postacie – często całkiem inne – wypowiadają te same kwestie, istotne sceny odbywają się w tych samych miejscach. Przede wszystkim jednak zauważamy, iż ogólnoludzki trzon tych opowieści – owo poszukiwanie, znajdowanie i tracenie miłości – mimo odmiennego tonu całości nie tyle jest podobny, co wręcz taki sam. Od chwili, gdy zdamy sobie z tego sprawę, z rosnącą uwagą zaczynamy śledzić nie tyle rozwój wydarzeń, co sposób, w jaki postrzegają je bohaterowie oraz w jaki na nie reagują. Dociera do nas przesłanie filmu; wiemy już, że tragedia musi skończyć się źle, zaś komedia dobrze, skupiamy się więc na tym, jak niewiele je jednak w istocie odróżnia.
W tragedii znajdujemy bowiem elementy humoru, komedia zaś podszyta jest dramatem. Choć najwięcej ciętych Allenowskich dialogów, trafnych puent i ogólnie rzecz ujmując powodów do śmiechu dostarcza oczywiście ta druga część, również w pierwszej nie zabraknie fragmentów, przy których, mimo powagi sytuacji, po ustach będzie nam błądził uśmiech. „Sąsiedztwo” komedii uświadamia nam bowiem – lub też utwierdza nas w słusznym przekonaniu – jak cienka i względna jest granica między tragedią i śmiesznością. Z drugiej zaś strony, zrozumiawszy jak dramatyczne są w istocie wydarzenia, które w „komedii” prowadzą do zabawnych konkluzji, spojrzymy na nie w trochę innym świetle. Komedia, jak mówi jeden z kawiarnianych bohaterów, nie może istnieć bez tragedii, tragedia zaś bez komedii.
![]() |
![]() |
Jak już wspomniałem, prawdziwą bohaterką „Melindy i Melindy” – oczywiście poza dwoistą ludzką naturą (oraz tym razem pozostającym nieco bardziej w tle Nowym Jorkiem) – jest miłość. Nieokiełznana miłość, której kolei nie sposób przewidzieć i której nikt nie potrafi się oprzeć. Gwałtowna, taranująca wszystko i w ostatecznym rozrachunku niemożliwa do uniknięcia. Bohaterowie zakochują się, gdy tego zupełnie nie planują, raniąc w ten sposób tych, których ranić za nic w świecie nie chcieli. Allen, w swym scenariuszu prowadząc relatywistyczną grę szczęścia z nieszczęściem, stawia sprawę jasno: nie mamy żadnej kontroli nad swymi uczuciami. W miłości nie ma winnych; miłość nam się po prostu przytrafia. Nie ma tu dobra i zła; czyjeś szczęście zawsze dla kogoś innego będzie przyczyną nieszczęścia.
„Melinda i Melinda” to dobry film, którym Woody Allen udowadnia, że wciąż na wiele go stać. Błyskotliwy, intrygujący, choć jednocześnie zabawny i lekki scenariusz da nam z pewnością do myślenia, zaś dobra aktorska spotęguje tylko ten efekt. Pod tym względem wyróżnić należy przede wszystkim świetnie i niezwykle wiarygodnie grającą obie role tytułowe Radhę Mitchell, ale również innych aktorów, w tym większość obsady części tragicznej, na czele z czarnoskórym Chiwetelem Ejioforem grającym uwodzicielskiego kompozytora Ellisa, a także komika Willa Ferrella, odtwórcę allenowskiej roli dobrodusznego bezrobotnego aktora Hobie’ego, będącego filarem części komediowej. Choć w tym ostatnim przypadku drażnić może fakt, iż słuchając jego kwestii cały czas czujemy, że powinien je wypowiadać sam Woody, to jednak interesujące jest to, jak Ferrell odmienił tę znaną nam dobrze postać samą tylko swą fizjonomią, którą jakże różni się od małego, wątłego Allena, oraz fizycznym sposobem gry. Choć filmowi nie brak drobnych wad – w sekwencjach dramatycznych fantastycznym partiom dialogów towarzyszą też kwestie słabsze, mało wiarygodne – należy pamiętać, iż to, co oglądamy na ekranie, to fikcyjna historia tworzona przy kawiarnianym stole. Wiarygodność ma prawo zejść więc na dalszy plan, ustępując pierwszeństwa myśli przewodniej filmu.
Ostatnie filmy reżysera – po części zasłużenie, po części mniej – zbierały nie najlepsze recenzje. „Melinda i Melinda” powinna zmienić ten stan rzeczy. Allen w swój charakterystyczny sposób mówi nam coś ważnego o życiowych priorytetach. Skoro komedia i tragedia to w życiu pojęcia względne, nie ma przeciwwskazań, by nawet w swych niepowodzeniach dostrzegać całkiem niezły materiał na farsę. Ja się z Woodym zgadzam całkowicie. Podsumowując dyskusję, kawiarniani dyskutanci konstatują przecież, że naprawdę liczy się to, by żyć i bawić się swoim życiem, bo w każdej chwili może się ono skończyć ot, tak.











7/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!