Maria Antonina (Marie Antoinette) – It’s party time!

Kategoria: Recenzje

Trzy lata temu pewna młoda reżyserka zwróciła na siebie uwagę krytyków i widzów skromnym, ale przy tym niezwykle klimatycznym filmem „Między słowami”. Zrobiła to na tyle skutecznie, że otarła się o nagrody Akademii w dwóch najważniejszych kategoriach: za reżyserię i najlepszy film. Ostatecznie musiała się zadowolić statuetką otrzymaną w znacznie mniej prestiżowej kategorii, czyli za najlepszy scenariusz oryginalny. Osiągnęła jednak coś więcej, niż tylko zdobycie prestiżowego trofeum. Pokazała, że nie jest wyłącznie córką sławnego tatusia i potrafi mówić własnym, filmowym językiem. Jednocześnie wysoko podniosła sobie poprzeczkę – następnym projektem musiała udowodnić, że „Między słowami” to nie jednorazowa perełka, ale przejaw dojrzałego, ugruntowanego talentu. I oto nadeszła chwila, żeby oczekiwania zderzyły się z tak brutalną dla wielu twórców rzeczywistością.

Maria Antonina

Maria Antonina”, wbrew pozorom, nie została pomyślana jako świadoma odmiana tematyczna po na wskroś współczesnym „Lost In Translation”. Było dokładnie odwrotnie. Sofia Coppola zainteresowała się ekranową biografią słynnej francuskiej królowej jeszcze przed pracami nad swoim drugim filmem. Jednak problematyczny scenariusz, w którym należało uwzględnić fakty historyczne i jak najwierniej oddać charaktery autentycznych postaci sprawiał na tyle dużo problemów, że pani reżyser postanowiła od niego odpocząć, poświęcając się znacznie mniej pracochłonnemu projektowi. Tak właśnie doszło do stworzenia historii o podstarzałym aktorze i świeżo upieczonej absolwentce wydziału filozofii, którzy spotykają się w Japonii. Ostatecznie, ten właśnie scenariusz jako pierwszy trafił na ekran, a jego wielki sukces dodał córce Francisa Forda sił do nowej pracy i otworzył przed nią wiele ważnych drzwi.

Zacznijmy jednak od przybliżenia tytułowej postaci, wszakże nie wszyscy widzowie muszą się interesować historią XVIII-wiecznej Francji. Urodzona w Wiedniu potomkini Habsburgów, czyli jednego z największych europejskich rodów dynastycznych, została w wieku lat czternastu wydana za mąż za szesnastoletniego wówczas Ludwika XVI, przedstawiciela nie mniej znamienitego rodu Burbonów. Przez kilka pierwszych lat nie była w stanie zajść w ciążę i urodzić następcy tronu, wywołując tym samym niechęć do własnej osoby wśród ludu i na dworze królewskim. Bezpłodność nie wynikała z jej winy, lecz z prostego faktu, iż to młody małżonek niezbyt ochoczo zabierał się za konsumpcję małżeństwa, co z kolei spowodowane było stulejką, którą to kwestię w filmie przemilczano, ograniczając się do robienia z młodego króla seksualnego niedorajdy. Z czasem problem usunięto, a po jakimś czasie para królewska doczekała się czworga dzieci. Z biegiem lat Maria Antonina zaczęła coraz bardziej tracić świeżą akceptację ludu i stała się synonimem rozrzutności, czego głodujący paryżanie nie mogli jej wybaczyć. Królowa skończyła na gilotynie podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej w ostatniej dekadzie XVIII-wieku.

Maria Antonina

Coppola jedynie minimalnie inspirowała się faktami historycznymi. Podobno nie chciała nawet przeczytać najbardziej popularnej biografii Marii Antoniny autorstwa Stefana Zweiga, tłumacząc, że uważa ją za nazbyt ścisłą. O wiele bliższa jej wizji była książka Antonii Fraser ukazująca młodą monarchinię od ludzkiej strony. To nonszalanckie traktowanie faktów historycznych daje się niestety odczuć w filmie, szczególnie pod koniec opowieści. Reżyserka zdaje się mówić, że są one nieistotne i wiele ważnych dla finału scen zwyczajnie pomija, skupiając się na zachowaniu do samego końca beztroskiego obrazu bohaterki. Nie twierdzę, że film musiał się zakończyć na banalnej – o ile jest w ogóle na miejscu mówienie tak o czyjejkolwiek śmierci – scenie gilotynowania. Ale z tej ekranowej biografii zupełnie nie dowiemy się, jaki los spotkał młodą królową. Po macoszemu zostały potraktowane sceny przedstawiające skutki prowadzenia takiego, a nie innego stylu życia, zaś samo zakończenie i finałowe sceny pozostawiają wiele do życzenia i mogą wręcz zostać uznane za infantylne.

Zapamiętałem się trochę w ruganiu tego filmu za niefrasobliwość historyczną, ale czym prędzej muszę dodać, że kompletną artystyczną porażką „Maria Antonina” na szczęście nie jest. Rozpoczyna się obiecująco: od muzyki gitarowej towarzyszącej napisom początkowym. W tym momencie uśmiechnąłem się w duchu, bo przypuszczenia wysnuwane na podstawie zwiastuna, jakoby w filmie miała się pojawiać współczesna muzyka, okazały się całkiem słuszne. I rzeczywiście, mamy tu sporo nowofalowego brzmienia, dzięki czemu zresztą całość jedynie zyskuje. Nie jestem wrogiem muzyki klasycznej (która, nawiasem mówiąc, również z sukcesem się tu pojawia), niewątpliwie jednak to właśnie współczesne kawałki nadają pożądaną dynamikę wielu scenom, nakręcając tym samym tempo akcji. Nie jest to oczywiście nowatorskie podejście do filmu historycznego, wszakże już w kubrickowskim „Barry Lyndonie” takie zabiegi miały miejsce, jednak w kinie tak rzadko się to wykorzystuje, że zastosowanie takiej muzycznej konwencji jedynie cieszy.

Maria Antonina

Pierwsza połowa filmu to sprawne reżyserskie rzemiosło. Sofia Coppola drwi sobie z absurdalności dworskiej etykiety, chwilami ocierając się niemalże o stylistykę Monty Pythona. Sztywność i zakłamanie królewskiej świty obserwujemy oczyma młodego dziewczęcia, które znajduje się dopiero u progu dojrzałości. Z dobrze znanego i już dawno oswojonego dworu austriackiego zostaje nagle przeniesiona na zupełnie nieznany teren. Jedynym jej oparciem pozostaje ambasador Mercy d’Argenteau, w którego wcielił się świetny angielski aktor komediowy, Steve Coogan. Pomimo śmiałości, której z czasem nabiera, tak naprawdę do końca życia jest nieco zagubiona we Francji, a rozrywkowy tryb życia tej młodej władczyni jeszcze bardziej pozbawia ją kontaktu z rzeczywistością i uniemożliwia zrozumienie problemów swego ludu. W ten sposób Maria Antonina własnoręcznie i nieświadomie podpisuje na siebie wyrok śmierci. Nieśmiałe ostrzeżenia najbliższych zbywa śmiechem i beztrosko o nich zapomina, wobec czego raz jeszcze przekonujemy się, że cierpliwość ludu ma swoje granice, a kiedy nie ma on co włożyć do garnka, nadchodzi dlań czas wyjścia na ulice. A to jeszcze nigdy nie skończyło się dobrze.

Reżyserka niestety podchodzi do tej kwestii równie beztrosko, jak bohaterka i z coraz większym pietyzmem oddaje się przedstawianiu królewskich zabaw i odtwarzaniu wymyślnych toalet i fryzur, pomijając niemal zupełnie powody, które przyczyniły się do okrutnej śmierci Marii Antoniny. Zresztą – jak już wspomniałem – nawet sam jej fakt zostaje niejako przemilczany, to zaś, co obserwujemy, nie jest w stanie przejąć widza. Niestety, nie udało się stworzyć uczuciowej więzi pomiędzy oglądajacym, a bohaterką. Nie wiem, czy winić za to panią reżyser, która najwyraźniej o wiele lepiej czuje się w kameralnych filmach, czy też Kirsten Dunst, która zagrała tytułową rolę zaledwie poprawnie. Wzbudza sympatię i ładnie się prezentuje na ekranie, ale i tak pod koniec filmu jest nam zupełnie obojętne, co się z nią dalej stanie.

Maria Antonina

Film udał się więc tylko połowicznie. Co prawda, „Marię Antoninę” przez większość czasu ogląda się nawet z względną przyjemnością, chwilami nawet jest okazja, żeby się zaśmiać, jednak zdecydowanie tym razem Coppoli zabrakło iskry, żeby nakręcić coś więcej ponad sprawnego przeciętniaka o którym widzowie szybko zapomną. Kino historyczne najwyraźniej nie jest jej mocną stroną i raczej na opowieściach współczesnych powinna się skupić. Wtedy kto wie, czy nie powstanie film chociażby dorównujący klimatem „Między słowami”. A to już więcej, niż niejeden inny reżyser mógłby osiągnąć przez całe życie.

Skomentuj (Ustaw swój awatar)

Polski tytuł: Maria Antonina
Oryginalny tytuł: Marie Antoinette
Kraj: USA
Francja
Rok:
Czas trwania: 123 minut
Reżyseria:
Scenariusz:
Zdjęcia:
Montaż:
Obsada:
Maria Antonina
Ludwik XV
Ludwik XVI
hrabina De Noailles
Madame Du Barry
Ambasador Mercy
hrabina de Polignac
Vergennes
książę d'Artois
Duchess De Chartres
Ocena:  6/10
Oceń ten film na Filmaster.pl!