![]() |
![]() |
![]() |
Znany krytyk Roger Ebert zaczął swą recenzję „Człowieka na linie” od deklaracji, że ma lęk wysokości. Ponoć to sprawiło, że film tak bardzo go zafascynował. Ja lęku wysokości nie mam, a przynajmniej nie przypomniałem sobie o nim podczas seansu. Coś innego sprawiło zatem, że patrzyłem na produkcję Jamesa Marsha szeroko otwartymi oczami, zwłaszcza że ogólnie pojęta sztuka cyrkowa nigdy nie była mi bliska. Potęga marzeń? Fakt, że bohater dokumentu osiągnął coś z pozoru nieosiągalnego? Inność jego przedsięwzięcia? A może fakt, że na świrów wszelkiego rodzaju zwykle patrzy się z zainteresowaniem?
„Człowiek na linie” opowiada o francuskim akrobacie nazwiskiem Philippe Petit, który w 1974 roku wraz z towarzyszami rozpiął metalową linę pomiędzy dwiema wieżami nieukończonego jeszcze World Trade Center, po czym przez trzy kwadranse chodził w powietrzu czterysta metrów nad ziemią. To dokument specyficzny, bo skonstruowany z opowieści Petita i innych uczestników „artystycznego przestępstwa stulecia”, fotografii, materiałów archiwalnych, oraz rekonstrukcji nakręconych specjalnie na potrzeby filmu – przy czym widz wcale nie ma pewności, kiedy ogląda autentyczne nagranie, a kiedy daje się nabrać na zręcznie sporządzony „falsyfikat”. Ba, nie wie nawet, czy powinien wierzyć w każde słowo, które pada z ust gawędziarza Petita, szczególnie że nie brak w tej opowieści rzeczy niewiarygodnych. Ale przecież Francuz udowodnił, że nie ma rzeczy niemożliwych, a jak mawiają Anglosasi, truth is stranger than fiction. Z drugiej jednak strony… mamy do czynienia ze sztukmistrzem! Zatem może nic nie jest takie, jakie się wydaje.
![]() |
![]() |
![]() |
Wydaje się zaś, że istotnie oglądamy coś, co bohaterowie filmu, a w ślad za nimi liczni krytycy z lubością nazywają artystycznym odpowiednikiem napadu na bank. Nie można myśleć inaczej, skoro Marsh świadomie konstruuje historię w ten właśnie sposób. Miesiące przygotowań, obserwacji, szpiegowania, podszywanie się pod dziennikarzy, wywiady… Rzeczy, których nie powstydziłby się sam Danny Ocean. Co niezwykłe, jeśli nie liczyć zaaranżowanych scenek w stylu kanału Discovery (który notabene współprodukował film), opowiadają nam o nich jedynie „gadające głowy”, a mimo to widz słucha zafascynowany. Ogromna w tym zasługa samego Petita, małego, piekielnie francuskiego wulkaniku energii i gawędziarza, który chyba każdego zagadałby na śmierć. Jednocześnie Marsh nie zapomina o poetyckim potencjale pokazywanej historii. Wszak chodzi tu o człowieka, który tańczył na dachu współczesnego świata. Dlatego przygotowania do wielkiego skoku przeplatają się w narracji filmu z niespiesznymi, jakby sennymi retrospekcjami, wciągającymi widza w świat, który niemal na pewno jest mu obcy.
Na wstępie wspomniałem, że nie czuję sympatii do sztuki cyrkowej. Nazwałem również Petita świrem. Na tak zwany „chłopski rozum” nie da się go obronić przed tą łatką. Potrzeba szaleństwa, swoistego opętania, by poświęcić życie przedsięwzięciom tego rodzaju. Potrzeba nieobliczalności, absolutnego braku poszanowania dla własnego życia, głodu ryzyka, niewytłumaczonej pasji i ducha wiecznego dziecka. I po co to wszystko? Co osiągnął Petit, co zrobił dla świata, co zrobił dla siebie? Czy dokonania z pozoru bezproduktywne mogą być wzorem dla innych? Czy z historii skrajnego ryzykanta zwykły człowiek może wyciągnąć wnioski na życie? Czy powinien czuć podziw, zazdrość i uznanie, czy raczej ze zdumieniem unieść brew bądź pokręcić głową z oburzeniem? Czy widok małej sylwetki zawieszonej w przestrzeni naprawdę jest tak piękny i dostojny, jak się wydaje? Czy ważniejsza jest realizacja niewyobrażalnego, czy nieodpowiedzialność człowieka, który mógł zabić nie tylko siebie, ale i ludzi na dole? Czy po osiągnięciu niemożliwego można znaleźć cel w życiu?
![]() |
![]() |
![]() |
Nie bez kozery nagromadziłem tyle pytań. „Człowiek na linie”, pomimo że to pieśń na cześć ludzkich marzeń, nie jest bynajmniej pomnikiem Philippe’a Petita. To egocentryk, który pozostawił przyjaciół, choć bez ich pomocy nic by się nie udało. Mimo że to pogodny facet i świetny gawędziarz, to bije od niego megalomania (choć z drugiej strony może uzasadniona?). W ostatniej scenie Petit, którego w „historycznych” nagraniach otaczał radosny wianuszek towarzyszy, chodzi samotnie po linie zawieszonej ledwie kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Czy w ten sposób reżyser sugeruje, że bohater jest samotny, że po tylu latach nie zostało mu nic więcej? Czy może raczej – że jest spokojny i spełniony? Znów pytania. Odbiór filmu Walsha zależeć może od nastawienia widza. Sceptyk czy cynik przewróci oczami i westchnie z przekąsem, a marzyciel rozpłynie się we wzruszeniach. Umiarkowany realista natomiast wyjdzie z kina z bagażem nowych doświadczeń, niebanalnych przeżyć oraz workiem ciekawych pytań, do których niejednokrotnie jeszcze powróci.
Na koniec zostawiłem temat, którego film pozornie nie porusza, a jednak nie sposób od niego uciec. „Człowiek na linie” jest bowiem również pięknym requiem dla World Trade Center. Z ekranu nie pada ani jedno słowo na temat tragedii, która nastąpiła prawie trzydzieści lat po wyczynie Petita. Oglądamy narodziny wież oraz „atak” – lecz inny, bezkrwawy, radosny, przeprowadzony li tylko dla sztuki. W 1974 roku budynki WTC pozwoliły zrealizować niewyobrażalny sen o podniebnym spacerze. Philippe Petit pomógł je zdefiniować. Choć brzmi to szumnie i górnolotnie, prawdziwe są wypowiedziane w filmie słowa: pomiędzy dwiema wieżami postawił trzecią, zbudowaną z powietrza. Zmienił ich geometrię. Wątpię, by ktoś po seansie „Człowieka na linie” spojrzał na zdjęcia World Trade Center tak samo jak dawniej. Od dziś w moim umyśle te nieistniejące (!) budynki są na zawsze połączone. A po środku jest człowiek na linie. Czy to dużo, czy mało? Każdy znajdzie własną odpowiedź, trudno jednak o pełniejszą realizację filozofii „l’art pour l’art”. Francuskiej, zresztą.














5/6
Oceń ten film na Filmaster.pl!
Znakomity tekst, Rafale. Rzeczywiście, po Man On Wire inaczej patrzy się na WTC. Oczyma Petita właśnie – i to jest cudowne, niespotykane. desjudiCytuj
ja się prawie nie poryczałam na tym filmie, jak mi satie zagrał, a potem nyman. więc się zgadzam. petit to postać niejednoznaczna, szalona, dziwna – ale ja się przy nim taka banalna poczułam. tekst wielce ok. film cudowny. ArtemisCytuj